fot. archiwum redakcji

Wizjoner bez wizji. Premiera w Teatrze Wielkim w Poznaniu

Wbrew oczekiwaniom, to nie „Rycerskość wieśniacza” w reżyserii Leszka Mądzika, wizjonera i legendy polskiego teatru, okazała się wydarzeniem. Zachwyciły „Pajace”, reżyserski debiut Krzysztofa Cicheńskiego – koncepcją, oryginalnym rysunkiem postaci i aktualnością podejmowanych tematów.

Premiera „Rycerskości wieśniaczej” Pietro Mascagniego w reż. Leszka Mądzika i „Pajacy” Ruggiero Leoncavalla odbyła się w Teatrze Wielkim 31 stycznia, ja oglądałem drugie przedstawienie – 1 lutego, z nieco inną obsadą niż premierowa.

Leszek Mądzik postanowił przenieść akcję „Rycerskości wieśniaczej” z dala od neapolitańskiej wioski końca XIX wieku, ale trudno dokładniej określić geograficzną przestrzeń przedstawienia. Pewne tropy podają kostiumy, skądinąd bardzo wysmakowane (autorstwa Zofii de Ines), ale to jednak nie wystarcza. Reżyser zrezygnował z dosłowności na rzecz symbolu i metafor, szkoda tylko, że tak prostych, iż prawie banalnych. Większość przedstawienia rozgrywa się w czarno-szarej przestrzeni, która w zależności od treści libretta staje się placem, świątynią lub ulicznym zakamarkiem. Wewnętrzny czas i miejsce akcji, są symbolizowane przez – umieszczoną w głębi sceny – obrotową dekorację i mam wrażenie, że na tym skończył się pomysł reżysera na ciekawą inscenizację.

Postaci anemicznie snują się po scenie, przez co dramatyzm muzyki Mascagniego staje się płaski, traci wyraz. Jak to możliwe, by Leszek Mądzik, artysta tak wrażliwy na barwy, nie uchwycił istoty muzyki, tak bogatej w nastroje? Oto w libretcie opery radosny nastrój Wielkanocy, a u Mądzika – posępna czerń i wszyscy w żałobie. Nie mam pretensji, że reżyser poważył się dodać własne sensy i nie poszedł drogą uświęconej tradycji. Problem w tym, że jego koncepcja jest nieczytelna, wydaje się być następstwem myśli, znanych wyłącznie twórcy. Publiczność nie dostaje żadnego klucza, dzięki któremu mogłaby dotrzeć do źródeł takiego rozwiązania. Spektakl sprawia wrażenie koncertu w kostiumach.

 

Niestety, niewiele dobrego można też powiedzieć o jego stronie muzycznej. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, aby w roli Santuzzy obsadzić Barbarę Kubiak, ale zakrawa to na prowokację i teatralny sabotaż.

Kondycja wokalna śpiewaczki budzi we mnie trwogę. Poza krzykliwymi i intonacyjnie nieczystymi górami, nie było w jej śpiewie ani jednego jasnego elementu, który choć na chwilę rozświetliłby półmrok sceny. Blada średnica i brak dźwięczności dolnych rejestrów głosu, wywoływały przykre odczucia u widzów. Pamiętam głos Barbary Kubiak sprzed kilku lat, dziś odnoszę wrażenie, że z jego urody niewiele zostało. Najbardziej zaskakujący wydaje się brak tego rodzaju wibracji, która odpowiada nie tylko za nośność dźwięków, płynących ze sceny, ale służy także podkreśleniu artystycznego wyrazu. Pochwalić należy jednak grę aktorską śpiewaczki - żywą i sugestywną, wypływającą z ducha muzyki.

Chybionym pomysłem obsadowym wydaje się także młody tenor Wojciech Sokolnicki, którego głos daleki jest od dramatycznego ideału. Nie ta barwa, nie ten wolumen, nie ta tessitura. W partii Turiddu bezwzględnym wymogiem jest sprawny górny rejestr, a tego zabrakło. Co nie oznacza, że Sokolnicki jest złym śpiewakiem! Po prostu, Turiddu to nie partia dla niego.

 

Dużo dobrego można powiedzieć natomiast o Sylwii Złotkowskiej, kreującej rolę Mammy Luci. Nieduża to partia, ale świetnie przygotowana, z dużą muzykalnością. Dodajmy do tego świetną grę, wyważoną i powściągliwą, dzięki temu dobrze skrojoną.

Nie najlepiej brzmiała orkiestra, gdybym miał poszukiwać geometrycznych porównań, uznałbym, że była to gra kwadratowa. Gabriel Chmura nie przedstawił żadnego ciekawego pomysłu na partyturę „Rycerskości wieśniaczej”. Kilka lepszych momentów zdarzyło się w intermezzo i finale, jednak to zdecydowanie za mało. Mechaniczna gra, zbyt duży wolumen, często zbyt wolne tempa, które jak sądzę, miały dodać lub podkreślić liryczny nastrój, nie przekonały mnie. Tak to się zwykle kończy, kiedy dyrygent nie idzie za śpiewakiem, a każe mu się dostosować. Nie można grać forte, kiedy śpiewak ma zbyt mały wolumen, bo zmusza się go w ten sposób do forsowania głosu. Tak było między innymi w przypadku Barbary Kubiak, której dyrygent nie pomagał, a nawet, wprost przeciwnie - przeszkadzał. Niektórych wpadek wokalnych można było uniknąć, gdyby czujność dyrygenta była bardziej wyostrzona na to, co dzieje się na scenie.

 

W zupełnie inny świat przeniósł widzów młody reżyser Krzysztof Cicheński, który postawił na uwspółcześnienie „Pajaców” i był to strzał w dziesiątkę.

Zamiast tradycyjnych postaci pajaców zobaczyliśmy na scenie społecznych outsiderów, którzy tworzą swój alternatywny świat. Akcja toczy się w opuszczonym budynku, w którym schronienie znaleźli squatersi – pajace. Realistyczna dekoracja buduje specyficzną aurę dla wydarzeń. Na środku sceny umieszczone zostało obrotowe podwyższenie - scena dla przedstawień pajaców. Od początku spektaklu, siedzi na nim pogrążona w rozpaczy Neda. Granicę obszaru nieszczęścia wyznaczają powbijane w scenę noże, co z jednej strony symbolizuje śmierć, z drugiej zaś - zapowiada tragiczny finał opery. Cicheński podejmuje ważny wątek krytyki społecznej. Wiejską publiczność comedii dell’arte zamienia w wytworne, współczesne towarzystwo, żądne taniej sensacji, pozbawione ambicji przeżywania wyższych wartości artystycznych. To ludzie rozsmakowani w tanich historyjkach serialowych, oczekujący skandalu, który stanowi dlań najwyższą wartość. Zgromadzona publiczność, nieoczekiwanie zostaje poddana wiwisekcji uczuć, staje się świadkiem morderstwa. Zabawa okazuje się realnością, pojawia się wstyd i zażenowanie. Trudno o bardziej przemyślaną i konsekwentną wizję reżyserską, aktualną i ważną dla współczesnego odbiorcy, bombardowanego miałką kulturą telewizyjnych produkcji.

W roli Nedy oczarowała mnie Martyna Cymerman, obdarzona pięknym sopranem, o wyraźnej średnicy i koloraturze, artystka bardzo muzykalna, świetna aktorsko, przykuwająca uwagę publiczności. Bardzo dobrze zaprezentował się też młody baryton Michał Partyka, dysponujący głosem o rozległej skali i ciemnej barwie. Duet z pierwszego aktu „Neda! Silvio! A quest'ora che imprudenza!” był jednym z najpiękniejszych, jakie w ostatnich latach miałem okazję słuchać. Wielkie i głośne brawa należą się odtwórcom ról nieszczęsnych kochanków, którzy są bodaj największą muzyczną ozdobą poznańskich „Pajaców”.

Mimo, że rolę złośliwego Tonia, śpiewał Jaromir Trafankowski, prolog należący do jego partii wykonał Andrzej Filończyk, i to z niemałym powodzeniem, co publiczność nagrodziła rzęsistymi brawami. Sam Trafankowski wypadł blado, mało było w jego partii precyzji i dbałości o szczegóły, artysta miał wyraźne problemy z rytmicznym śpiewaniem i intonacją.

„Pajace” w reżyserii Krzysztofa Cicheńskiego okazały się spektaklem ważnym i dającym nadzieję na lepsze czasy dla polskiej reżyserii operowej. Na takie wydarzenie operowe czekałem od lat.

Fragmenty spektakli publikujemy dzięki uprzejmości Teatru Wielkiego w Poznaniu.