fot. archiwum redakcji

Wojna nigdy się nie skończy

Reżyser spektaklu „Królowa Margot. Wojna skończy się kiedyś” tchnął życie w, interpretowaną już na wiele sposobów, ramotkę Aleksandra Dumasa. Pomogła mu, często zwodnicza, popkultura. Nie bez przyczyny tytułowa bohaterka i jej rodzeństwo wyglądają jak żywcem wyjęci z rodu Targaryen w serialu „Gra o tron”.

W Poznaniu czasami można. Można wiele, pomimo artystycznego skostnienia. Pojawiają się inicjatywy, które stoją obok wielkich widowisk, festiwali z pompą. Tak jest przy okazji Spotkań Teatralnych „Bliscy nieznajomi”, ich tegoroczną odsłonę zatytułowano „One”. Dyrektor festiwalu Paweł Szkotak oddał scenę Teatru Polskiego spektaklom mówiącym o kobietach, których biografie często miały ogromne znaczenie dla ruchu feministycznego. I właśnie to „brzydkie” słowo na F dokonuje aneksji stolicy Wielkopolski, mam nadzieję, że na dłużej niż tylko na czas trwania „Bliskich nieznajomych”.

Poza spektaklami, zainteresowani mogli uczestniczyć m.in. w fantastycznej debacie „Erotyka kobiet”. Alicja Długołęcka, Inga Iwasiów, Joanna Krakowska i moderatorki Agnieszka Gajewska oraz Iwona Chmura-Rutkowska rozmawiały m.in. o kobietach jako podmiotach pożądających, ale też pożądanych. Spotkanie stanowi dopełnienie prezentowanych spektakli, a feministycznym laikom daje narzędzia interpretacyjne, pozwalające odczytywać szeroko rozumianą sztukę, nie tylko tę obecną na majowym festiwalu.

Dzień po debacie odbyło się przedstawienie „Królowa Margot. Wojna skończy się kiedyś”. Reżyser Wojciech Faruga tchnął życie w, interpretowaną już na wiele sposobów, ramotkę Aleksandra Dumasa, pomogła mu, często zwodnicza, popkultura. Nie bez przyczyny tytułowa bohaterka i jej rodzeństwo wyglądają jak żywcem wyjęci z rodu Targaryen w serialu/powieści „Gra o tron” (Małgorzata i Karol to Daenerys i Viserys!). Maria De Touchet (świetna Jagoda Krzywicka) śpiewa Dolly Parton, dwórki tańczą do dźwięków gitary elektrycznej w rękach biskupa, a zakochany w Margot hugenot spokojnie odnalazłby się w „Buntowniku bez powodu”. Całość dopełnia fenomenalna scenografia autorstwa Agaty Skwarczyńskiej (odpowiedzialnej także za światło oraz kunsztowne kostiumy), mistrzowska oprawa muzyczna Joanny Halszki Sokołowskiej i bardzo oszczędna, acz robiąca wrażenie, choreografia Damiana Kwiatkowskiego (wcielającego się w postać Henryka III).

 

Wydaje się jednak, że odniesienia do Hollywoodu, są sympatycznym mrugnięciem oka tylko do tej części widowni, która faktycznie obcuje z kulturą popularną, zwolennicy klasycznego teatru, mogą pogubić się w inscenizacyjnym chaosie.

Z wielowątkowej powieści Dumas dostajemy (na szczęście!) tylko wyimek, można powiedzieć – kameralny dworski dramat, pełen intryg, morderstw, zdrad. Istne szesnastowieczne „House of Cards”. Tym samym kulminacja spektaklu, czyli wyrżnięcie hugenotów przez chrześcijan, jest tylko odległym echem wydarzeń w kraju, dopływającym do bohaterów niczym posty na twitterze – w sposób niepełny, szeptany.

Masakra innowierców to tylko dodatek, wokół niego co prawda kręci się fabuła, lecz nigdy nie wysunie go na pierwszy plan. W centrum znajdują się kobiety. Każda, nawet najmniejsza rola, jest ważna i poruszająca istotną kwestię męskiej opresyjności wobec bohaterek.

 

Królowa Margot (dobra Magdalena Łaska), początkowo – podczas zaślubin z Nawarczykiem – wypadająca na zblazowanego podlotka, który nie rozumie zasad dworskiej gry, w rzeczywistości jest pozbawioną własnego języka, zlęknioną kobietą, zmuszoną do odegrania istotnej roli w historii Francji.

Małgorzata to figurantka, ledwie pionek na szachownicy, rozstawionej przez braci i, starającą się trzymać wszystkich w szachu, matkę Katarzynę Medycejską (świetna Marta Gzowska-Sawicka); zawistną, nie stroniącą od kupczenia ciałem córki w celach politycznych, ciągle węszącą zagrożenie. Strach Katarzyny o wypracowaną na dworze pozycję, powodowany jest traumą z przeszłości, gdy zmuszona była kłaniać się kochance własnego męża i prosić ją, by wstawiła się u króla o jej, Medycejskiej, zapłodnienie.

Małgorzata zdaje się zrozumieć postępowanie matki dopiero wtedy, gdy jej brat Henryk i jego pomocnicy niemal ją zgwałcą za romans z hugenotem. Wtedy to okrzepnie z naiwnego myślenia, że uda jej się ominąć pole walki z męskim światem wielkiej polityki. Kobiety, pożądające władzy są zobligowane by iść na ustępstwa, współdzielić rządy, czy wpływać na mężczyzn, by dopiąć swego. „One” nie mają wolnej ręki. Jeżeli jednak wyzbędą się ambicji i zupełnie się podporządkują, mogą skończyć jak Maria, żona Karola, na wpół zwariowana, zamknięta w czterech ścianach wiejskiej posiadłości.

Zakończenie spektaklu to słowa następcy tronu – Henryka: „Trzeba się ładnie ubrać do kościoła i włożyć koronę”. Wypowiada je nad ciałem brata, który, przez niepowodzenie planu Katarzyny, ginie zamiast Nawarczyka. Historia zatacza koło – ponownie bohaterki i bohaterowie zmuszeni są wejść w kolejną narzuconą rolę, bo przebywanie na dworze to niekończąca się gra, zdaje się mówić reżyser. Ten, kto umiejętnie ją przeprowadzi – zgarnie najwięcej.

Wątpliwości nie pozostawia fakt, że od kobiet wymaga się więcej, są zobligowane do udowodnienia, iż rzeczywiście „nadają się” do wejścia w męski świat; nie jako ciało, lecz równoprawna partnerka. I to nie zmieniło się do dziś.