fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Barwny człowiek z szarych czasów

Urodzony w Szamotułach Janusz Grabiański, w latach 60. XX wieku był największym światowcem polskiej ilustracji. Wydawał książki w Wiedniu, miał autorską trasę w Stanach, a „Elementarz” Falskiego z jego ilustracjami przez dekady był prawdziwym bestsellerem.

NIESPEŁNIONY PILOT

Każdy, kto chodził do szkoły w późnym PRL-u, doskonale zna tę okładkę: na białym tle widnieje dziewczynka w czerwonym golfie, obok chłopiec w zielonym sweterku i obowiązkowym białym kołnierzyku, a pośrodku nich trochę rozczochrany psiak. Gdy w 1975 roku Polacy zobaczyli nowe wydanie „Elementarza” Falskiego z ilustracjami Grabiańskiego wpadli w zachwyt, a podręcznik przez dziesięciolecia był prawdziwym bestsellerem, którego reprinty ukazują się zresztą do dziś.

 

„Nie jest to już podręcznik odbijający anachroniczną dla współczesnego dziecka rzeczywistość, lecz książka nawiązująca do realiów dzisiejszego życia, obserwacji i doświadczeń dzisiejszego siedmiolatka. Znalazło to wyraz przede wszystkim w tematyce ilustracji Janusza Grabiańskiego, ukazujących różne środowiska, nowoczesność i postęp techniczny w mieście i na wsi” – pisała 30 kwietnia 1975 „Trybuna Ludu”.

Dziennikarz propagandowej prasy wcale nie przesadzał: obraz PRL-u z „Elementarza” był wyidealizowany, ale Grabiański nie umiał robić innych ilustracji – był doskonałym akwarelistą, świetnie operującym światłem, kolorem i gestem, a w połowie lat 70. był najczęściej wydawanym polskim ilustratorem w USA i w Europie.

Nie zaniedbywał jednak polskich wydawców: publikował w Naszej Księgarni, projektował znaczki pocztowe z kotami i psami, prowadził autorski cykl graficzny w „Skrzydlatej Polsce” i zaprojektował najpiękniejsze plakaty reklamowe dla polskich linii lotniczych LOT.

Janusz Grabiański

Janusz Grabiański, Mazowsze, ok. 1973 r., fot. Joanna Grabiańska

Żyjąc w tamtych czasach, nie sposób było się z jego twórczością nie zetknąć. A Janusz Grabiański zawsze marzył o tym, żeby być pilotem. Ale ze względu na problemy z sercem skończyło się na kursie szybowcowym. Został więc malarzem i ilustratorem, co dla jego rodziny wcale nie było takie oczywiste.

 

UTALENTOWANY I EKSTREMALNIE PRACOWITY

Talent prawdopodobnie odziedziczył po wuju od strony mamy, czyli Wacławie Masłowskim, który był całkiem niezłym malarzem regionalistą, chętnie prezentującym w swoich obrazach ziemię szamotulską i miejscowe zabytki. Ze wspomnień matki Janusza Grabiańskiego, Haliny wynika, że Masłowski przyjął posadę nauczyciela rysunku w szamotulskim gimnazjum im. Piotra Skargi trochę z konieczności – miał coraz mniej zamówień na swoje prace, a potrzebował stałego dochodu, gdyż został ojcem.

Janusz Grabiański

Halina Grabiańska z synami, ok. 1935 r., archiwum Andrzeja Grabiańskiego

Ale dzięki temu, że osiadł w miasteczku na stałe i jego dom był miejscem spotkań lokalnych twórców i pedagogów, Halina Grabiańska (wówczas jeszcze Fibich) zainteresowała się kulturą. Jednak z przyszłym mężem połączyła ją przede wszystkim wielka miłość do muzyki i tańca. I choć oboje pochodzili z Poznania, Janusz Grabiański urodził się w 1929 roku w szamotulskim szpitalu pod okiem zaprzyjaźnionego lekarza.

Rodzina prowadziła wędrowny tryb życia, bo narodziny drugiego syna, Andrzeja (1933), przypadły na kryzys ekonomiczny. Młode małżeństwo mieszkało tam, gdzie mogło dostać pracę. Osiedlali się na kilka lat we Wronkach, w Poznaniu, na Śląsku, a czas okupacji przetrwali w Krakowie, gdzie po wojnie Janusz rozpoczął studia na miejscowej Akademii Sztuk Pięknych.

Janusz Grabiański, wiedząc, że chce zajmować się ilustracją książkową i plakatem, po drugim roku studiów przeniósł się do Warszawy, bo właśnie tam pracownię ilustracji prowadził Jan Marcin Szancer, a plakatem zajmował się Józef Mroszczak – inicjator Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie, które później rozsławiło polskich plakacistów na całym świecie.

Po zrobieniu dyplomu kariera Janusza Grabiańskiego rozwija się niezwykle szybko – jest bowiem ekstremalnie pracowity. Jeszcze w trakcie studiów u Szancera realizuje zlecenia dla Książki i Wiedzy, a tuż po studiach dostaje stałą pracę grafika w Iskrach, gdzie projektuje okładki książek, w tym słynnej serii „Naokoło Świata”. Jednocześnie pracując na etacie, przyjmuje zlecenia na ilustracje dla dzieci od Naszej Księgarni i bierze udział w licznych konkursach na plakat. Gdy w 1959 roku ilustruje „Rudzię” Jadwigi Wernerowej, zgłasza się do niego wiedeński wydawca Überreuter. Kariera Grabiańskiego wchodzi na wyższy, międzynarodowy poziom.

Janusz Grabiański

Jadwiga Wernerowa, „Rudzia”, il. Janusz Grabiański, Nasza Księgarnia, Warszawa 1959

CICHY GWIAZDOR

W latach 60. dla Austriaków ilustruje „Biblię”, Szekspira, dla Amerykanów z Watts – „Big book of Animals”. Grabiański jest na ustach wszystkich w Polsce i w Europie, rusza do Stanów na cykl spotkań autorskich. Jest prawdziwą gwiazdą – i ubiera się jak gwiazda.

 

Mieszka w pięknym domu w Falenicy, przyjaźni się z Konwickim i Siemionem. Nosi angielskie garnitury, dobre okulary, jeździ sportowym mustangiem i podróżuje po świecie. Ale wciąż pozostaje cichy, skromny i pracowity, zawsze znajduje czas dla polskich wydawnictw.

Koledzy ilustratorzy mu zazdroszczą – i może słusznie, bo przez cały PRL nikt nie prześcignął go w liczbie zagranicznych edycji swoich publikacji. Ale sukces zawodowy, materialny i uwielbienie czytelników (dostaje listy od dzieci z całego świata) to piękny obrazek dla ówczesnych mediów lubiących chwalić się polskimi artystami jak towarem eksportowym.

Życie osobiste nie było już tak wesołe. Wieloletnia batalia rozwodowa z pierwszą żoną – Krystyną – oraz kłopoty zdrowotne (a dokładnie: niedokrwienie serca) nie pojawiały się w ówczesnych relacjach prasowych. I to właśnie problem z sercem przyczynił się do jego przedwczesnej śmierci.

Janusz Grabiański zmarł nagle na zawał 20 października 1976 roku, u szczytu swojej kariery, kilka miesięcy po wpisie na Listę Honorową Nagrody im. H. Ch. Andersena.

CZYTAJ TAKŻE: O wadze roztropnych słoni (Elmer i Pomelo)

CZYTAJ TAKŻE: Młodym i młodszym – bez lukru i uproszczeń. Recenzja „Wilczków” i „O tym można rozmawiać tylko z królikami”

CZYTAJ TAKŻE: Zakamarki: nieco inne spojrzenie na dziecko. Rozmowa z Katarzyną Skalską