fot. Monika Stolarska

Niewidoczna bliskość niewyobrażalnego

Spektakl „Modern Slavery” w reżyserii Bartka Frąckowiaka wystawiony w Teatrze Polskim w Poznaniu na otwarcie festiwalu teatralnego „Bliscy nieznajomi” ukazywał współczesną wersję pracy niewolniczej. Uświadamiał, że zjawisko to nie dotyczy odległych czasów czy lądów, ale stanowi podszewkę naszej codzienności.

ZAUWAŻYĆ NIEWOLNIKA

Praca niewolnicza. Pierwsze skojarzenia mogą być różne – w zależności od naszych lektur, obejrzanych filmów. Dla jednych będzie to południe USA i plantacje bawełny, dla drugich starożytność i trud wznoszenia piramid. Jeszcze dla innych kontekst bardziej współczesny, ale raczej odległy od miejsca, w którym żyjemy.

Bartek Frąckowiak i jego zespół zaprezentował „spektakl/reportaż” – wyniki ogromnej pracy śledczej, której rezultatem była między innymi prezentowana na scenie mapa restauracji warszawskich, w których wykorzystuje się przymusową pracę wyzyskiwanych obywateli i obywatelek Ukrainy.

Tym, wokół czego owo śledztwo się koncentrowało, była najgłośniejsza dziś w Polsce historia dotycząca pracy niewolniczej, czyli warszawska sprawa Mirosława K. To z aktami tej sprawy mogliśmy się jako widzowie zapoznać; jej fragmenty były prezentowane, odczytywane.

Skromny formalnie spektakl „Modern Slavery” bardzo oszczędnie – może aż nazbyt – używający środków teatralnych był wysiłkiem na rzecz ukazania tego, co najtrudniejsze: zauważenia, że coś tak niewyobrażalnego jak praca niewolnicza jest naszą codziennością.

ĆWICZENIA Z PARANOI

Każdy kęs w drogiej restauracji, krewetka w koktajlu, suszone włoskie pomidory – wszystko to okupione jest czyjąś utratą wolności. Ten „spektakl/reportaż” był zapisem wysiłków, które trzeba było podjąć, godzin pracy, dzięki którym niewidoczny wyzysk i obecność niewolnictwa tuż obok nas stały się widoczne.

Widzowie wraz z kolejnymi minutami przedstawienia zapoznawali się z poszczególnymi warstwami śledztwa – ze zdjęciami, kartami akt, nagraniami świadków, prokuratora. Czuliśmy się coraz bardziej osaczeni przez paranoiczną atmosferę spektaklu.

„Modern Slavery”, reż. Bartosz Frąckowiak, fot. Monika Stolarska

„Modern Slavery”, reż. Bartosz Frąckowiak, fot. Monika Stolarska

Od początkowej postawy niedowierzania przechodziliśmy do postawy bycia otoczonym przez wszechobecną pracę niewolniczą. W trakcie spektaklu, jak i po nim, co zostało poruszone podczas dyskusji z twórcami, pojawiały się niepokojące pytania: czy mogę zjeść krewetkę? czy jest jakaś restauracja, która nie wykorzystuje pracy niewolniczej? co jeść, gdzie jeść, co kupować?

 

Spektakl „Modern Slavery” był ćwiczeniem z „chłodnej paranoi”, nie epatował formą, nie szantażował krzykiem ofiar, powoli – jak w wojnie pozycyjnej – rozmiękczał nasze struktury obronne.

Dzięki temu obronna strategia wyparcia tego, co niewyobrażalne, była trudniejsza. Przedstawienie było też ćwiczeniem z wyobraźni socjologicznej, czyli umiejętności wiązania własnych, najbardziej osobistych doświadczeń z tym, co systemowe, globalne.

Służyła temu dobrze zmiana planu pomiędzy pierwszą częścią spektaklu (poświęconą w całości śledztwu związanemu z niewolniczą pracą obywateli Ukrainy w ponad 70 warszawskich restauracjach) a częścią drugą, w której widzowie przenosili się do Włoch (i mogli wraz z zespołem zrekonstruować śledztwo dotyczące niewolniczej pracy kilku tysięcy Polek i Polaków na włoskich farmach i plantacjach między 2002 a 2006 rokiem).

Owa zmiana dobrze korespondowała z polsko-ukraińskim idiomem tegorocznego festiwalu, wskazywała na możliwość znalezienia się zarówno pośród ofiar, jak i wśród beneficjentów handlu ludźmi. Końcowa partia spektaklu pokazująca, że niewolniczo pracujących Polaków we Włoszech zastąpili imigranci z krajów afrykańskich, dodała niepokojącą klamrę uniwersalizacji.

FORMA PRZYSŁONIONA

„Modern Slavery” nie był przyjemny w odbiorze, rekonstruował – jak to skomentowano w dyskusji – atmosferę słusznie ponurą. Scena teatralna, przypominająca piwnicę paranoicznego tropiciela spisku, który czerwoną nitką łączy zdjęcia, akta, nazwy, szpargały, rachunki, nazwiska, mapy i miejsca – była maszynerią skonstruowaną na tyle skutecznie, że zabierała nas zarówno w empatyczną podróż rekonstrukcji losów poszczególnych ofiar, jak i w zimną opowieść o funkcjonowaniu współczesnego kapitalizmu jako systemu.

 

Siłą spektaklu było to, co można nazwać „researchem” – tysiące godzin pracy, setki zdjęć i dokumentów były swoistym szantażem. Widz nie mógł odeprzeć faktów, nie mógł uciec w łatwe odparcie spotkania z „realnym” poprzez niezgodę na wizję zespołu. Bo to nie z wizją został zmuszony obcować, ale z wybebeszanym archiwum „sprawy”.

 

Jednakże to, co było siłą „Modern Slavery”, okazało się też jego słabością. Treść przysłoniła i „zjadła” formę.

Praca włożona w śledztwo, mnóstwo znalezionych dowodów na to, że współczesne niewolnictwo nas otacza zewsząd, była tak ogromna, że zabrakło domknięcia.

Częstokroć formalne popisy przesłaniają pustosłowie, beztreściowość – tu nadmiar treści przytłoczył, wymknął się spajającej ją formie.

„Modern Slavery”, reż. Bartosz Frąckowiak, fot. Monika Stolarska

„Modern Slavery”, reż. Bartosz Frąckowiak, fot. Monika Stolarska

Wychodząc, znaliśmy fakty, nie mogliśmy ich odeprzeć, owszem zapoznaliśmy się z paranoiczną atmosferą wszechogarniającego śledztwa, z jego wynikami, ale nie zostaliśmy ową paranoją zarażeni, zahipnotyzowani.

Rozumiem lęk reżysera i zespołu przed formalnym „zagadaniem” doświadczenia, które jest losem osób wykorzystywanych współcześnie w pracy niewolniczej. Jednakże asceza i oszczędność formalna powodowały, że spektakl pozostawał głównie doświadczeniem intelektualnym.

Ów brak ujawnił się w czasie dyskusji po przedstawieniu, w której wziął udział zespół wraz z reżyserem i Ireną Dawid-Olczyk, prezeską La Strady – Fundacji Przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu. Dopiero w głębokiej, pełnej osobistych momentów rozmowie spektakl się dopełnił.

UJAWNIĆ NIEWYOBRAŻALNE

W dyskusji okazało się także, że spektakl – mimo swoich warszawskich źródeł – jest też bardzo lokalny, nasz poznański, wielkopolski. Jak zauważyła Irena Dawid-Olczyk, to właśnie w tej słynącej z etosu pracy Wielkopolsce w ostatnich latach obywatele Ukrainy doświadczyli ciężkich wypadków w nielegalnej pracy. W jednym przypadku mieliśmy nawet do czynienia z wywiezieniem pracownika, który zasłabł w pracy do lasu, gdzie zmarł, nie uzyskawszy pomocy.

„Modern Slavery”, reż. Bartosz Frąckowiak, fot. Monika Stolarska

„Modern Slavery”, reż. Bartosz Frąckowiak, fot. Monika Stolarska

Obecny na sali Witold Horowski, były Konsul Honorowy Ukrainy w Wielkopolsce, podkreślił, że nagłośnienie tych spraw świadczy, że wypadków tych nie ukryto, nie zepchnięto do niewidocznej sfery. Dzięki temu, że udało się je upublicznić, przy zaangażowaniu mieszkańców Wielkopolski można było zorganizować pomoc dla ofiar.

Niewolnictwo jest w naszym pobliżu, żeby to dostrzec, potrzebujemy ogromnej pracy intelektualnej, aby „połączyć kropki” i ujawnić niewyobrażalne.

Spektakl „Modern Slavery” tę intelektualną pracę wykonał wzorowo, napełnił nas treścią, zabrakło tylko dopełnienia dokonanego przez pracę emocjonalną, formalnego domknięcia, które uruchomiłoby w nas pracę egzystencjalnej przemiany.

 

Spektakl „Modern Slavery” został pokazany w Teatrze Polskim w Poznaniu w ramach Festiwalu Bliscy Nieznajomi: Ukraina.

„MODERN SLAVERY”
reżyseria: Bartosz Frąckowiak
scenografia: Anna Maria Kaczmarska
muzyka, dźwięk: Krzysztof Kaliski, Maciej Szymborski
koncept: Bartosz Frąckowiak, Natalia Sielewicz
dramaturgia: Natalia Sielewicz
światło: Michał Głaszczka
mapy i wizualizacja danych: Jakub de Barbaro
aktorzy i aktorki: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Maciej Pesta, Martyna Peszko, Anita Sokołowska, Konrad Wosik

 

CZYTAJ TAKŻE: Teatralna różnorodność. Sezon teatralny 2019/2020

CZYTAJ TAKŻE: W pogoni za szczęściem – „Pippin”

CZYTAJ TAKŻE: Szansa bycia razem. Teatr Biuro Podróży