fot. Wojciech Hildebrandt

Wybuduję sobie zamek

Któż się tak nie bawił w piaskownicy? Wiaderko, łopatka i kupa piachu wystarczyły, by zbudować zamek z piasku. Zwykle z takich zabaw się wyrasta. A co się dzieje jeśli nie? Gdy dziecięce wizje ktoś dorósłszy realizuje potem w gigantycznej skali?

Historia polskiej architektury pisana jest zamkami i pałacami. Każdy ród, który chciał coś znaczyć w Rzeczypospolitej potrzebował godnej własnych ambicji rezydencji. Słynęły w Europie siedziby kresowych królewiąt. Do legendy przeszły te Podhorce Koniecpolskich, Sobieskich i Rzewuskich, czy Nieśwież Radziwiłłów. Jak długa i szeroka była Rzeczpospolita, tak toczyła się budowlana batalia kto ma wspanialszą siedzibę. To domy wyznaczały społeczną hierarchię. Chłop dostawiał ganek do swojej chałupy, zazdroszcząc zagrodowemu szlachcicowi. Właściciel zaścianka wstawiał pośrodku swego drewnianego dworu wysoki, murowany portyk, by pałac udawał. Często syn zostawiał starych rodziców we dworze, by obok pałac wystawić. Co z tego, że większość pokojów nigdy nie została zagospodarowana, zimą na głucho zamknięta i ciemna. Gdy na karnawałowy bal zjechali kuligiem sąsiedzi, było się czym pochwalić. Nic to, że cały tydzień wcześniej próbowano nagrzać wyziębione komnaty i w paradnej sali świec wetknięto w żyrandole sto razy więcej, niż używano ich na co dzień. Pałac nie był pałacowi równy, więc rosły magnatom w rezydencjach kolejne piętra, boczne skrzydła, oranżerie, ananasarnie, limoniarnie. Stajnie z marmurowymi żłobami i lustrami i wodotryski w ogrodach. A co! Pokazać się i królom dorównać to był zadanie życia.

Skończyło to się jak skończyło. Szlak trafił Rzeczpospolitą i przyszła swoja kolej także na tych, co ją przehandlowali. Zaborcy skutecznie wyrównali w dół budowlane ambicje Polaków. Nie stało już nowych „małych Wersali”. Czasy rozbiorów to nie były czasy wielkiego budowania. I wojna światowa, a potem rewolucja na kresach wschodnich wielu pałacom i zamkom przyniosła zagładę. Po odzyskaniu niepodległości też nie wróciła dawna koniunktura na nowobogackie rezydencje. A pod koniec II wojny światowej Armia Czerwona z upodobaniem paliła i wysadzała w powietrze siedziby polskich panów. I tak zostało ich wiele. Nawet przybyło tysiące nowych pałaców i zamków, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, na Mazurach, Pomorzu, Ziemi Lubuskiej, Śląsku. Te przez ponad czterdzieści lat komunizmu, te ostatnie były obce podwójnie, nie dość że były symbolem znienawidzonej klasy bogaczy, to jeszcze były niemieckie aż do fundamentów. Szkopy sami uciekli, a polskich posiadaczy zamków i pałaców pogoniono pod pretekstem reformy rolnej. Wymyślono nawet zakaz zbliżania się do swoich dóbr na odległość mniejszą niż 30 km. I zaczęły się czasy bezlitosnej zemsty na zamkach i pałacach, które w niektórych regionach Polski trwają do dzisiaj.

Ostatnie rezydencje magnackie, czy siedziby najbogatszych przemysłowców, budowano na początku XX wieku, już tylko siła rozpędu historii. I wszystkim się wydawało, że to koniec ostateczny tej formy architektury. Nie sprzyjała im polityka i finanse. Po II wojnie zabrakło prawdziwych fortun, a żerujący na nieustających brakach wszelkich towarów dorobkiewicze, zwani prywaciarzami, skrzętnie ukrywali swoje majątki. Wszelkie wyróżnianie się tępione było przez socjalistyczne władze z całą bezwzględnością. A nowoczesność zdawała się prowadzić architekturę zupełnie w inną stronę. Wszyscy sądzili, że nieodwracalnie.

A tymczasem, po roku 1989 odzyskana wolność rykoszetem zaznaczyła się w naszej architekturze. Puściły sztywne i idiotyczne normy budowlane, zaczęły się też masowe wobec budowlanego prawa samowole. Wyszły z Polaków, dotychczas przyczajone najgorsze cechy, pieniactwo i warcholstwo. Szybko znalazła swoje odzwierciedlenie wśród szybko wzbogaconych nuworyszy staropolska zasada – zastaw się, a postaw. Postaw sobie zamek. A co! Kto bogatemu zabroni. A że żadnego sensu to nie ma, bo udawana obronność śmieszna tylko jest, to nic.

Nie tylko czasy się zmieniły. Kiedyś szlachetnie urodzona młódź kształciła się w Europie. Stamtąd czerpano wzory, sprowadzano architektów Włoch i Francji. Ziemianie sami znali się na architekturze i potrafili włączyć się w proces projektowania swoich rezydencji. Nie przypadkiem w programie nauczania dla szkół rycerskich, w drugiej połowie XVIII wieku widniał przedmiot architektura! A i historia sztuki miała swoje miejsce w kanonie edukacji człowieka wykształconego. A dzisiaj? Wiedzę o architekturze zastąpiły obrazki z internetu. A tam plastikowe zamki z Disneylandu wydają się ładniejsze od jakichś Wersali.

W tym powrocie do form dawno przebrzmiałych, w wolnej Polsce pierwsi byli Cyganie. Ich często niedokończone, potworne wille w stylu barokko-rokokokko straszą przy wjeździe do wielu polskich miast. Cóż, niełatwo było przesiąść się z kolorowego, konnego wozu, do murowanej rezydencji. I nie przypadkiem widziałem wyelegantowaną cygańską rodzinę, warzącą strawę, przy ognisku, na łące przed własnym pałacem.

Polscy inwestorzy szybko poszli w ślady Romów. Żeby wymienić zamkopałac w Łapalicach na Kaszubach. Tam to cierpiący na przerost ambicji stolarz dostał pozwolenie na budowę domku o powierzchni 170 metrów kwadratowych, a z rozpędu wzniósł ich 5000. Miało być elegancko, z czystością formy i z przełamaniem standardów. Sam ochoczy zapał nie wystarczył, więc zachwyceni turyści tysiącami nawiedzają tę kuriozalną ruinę, upstrzoną dwunastoma wieżami.

Można też swoje chorobliwe ambicje zaspokoić inaczej. Jak w Bobolicach, w Jurze Krakowsko Częstochowskiej, gdzie właściciel malowniczych ruin, zabudował je jakby nigdy nic. I odtąd na wszystkich serwisach turystycznych pojawiały się zdjęcia nowego zabytku, który nigdy wcześniej tak nie wyglądał. Kto by się taki mi drobiazgami przejmował. Konserwator, swój człowiek, nie protestował, bezinteresownie oczywiście. A podochocony inwestor kupił już sąsiedni zamek w Mirze i cichutko naprawia mury. Hurrapatrioci z Warszawy zaczęli jawnie nawoływać do odbudowy wszystkich zamków kazimierzowskich. Co prawda bez podania źródeł finansowania, ale dla drukujących pieniądze to nie problem. Aż strach się bać.

Nie wszyscy wiedzą, że Wielkopolska ma w tej zamkowej rywalizacji wybitne osiągnięcia. Na zachód od Kościana, w Katarzyninie, od kilku lat trwa gigantyczna inwestycja. Na gołym polu wyrosło gmaszysko o czterech wieżach w narożnikach. Pośrodku głównej elewacji piętrzy się na kilka pięter ponad dach, ślepa, betonowa ściana. Ubogacona plastikowymi oknami. Niby jeden z zamków nad Loarą, ale bez Loary i bez całej ich historii. Albo nadmuchana do absurdu kopia pałacu w Tarcach, też w Wielkopolsce zresztą. Myślałby ktoś, że oto jesteśmy świadkami narodzin nowej siedziby magnackiej, jakiejś odhibernowanej książęcej rodziny. Nic z tego. To skromny właściciel hurtowni i paru sklepów, buduje dom weselny Cztery Wieże.

„W utrzymanym w stylu klasycystycznym (sic!) obiekcie znajdować się będą 52 pokoje, dające łącznie 110 miejsc noclegowych. We wnętrzach hotelu mieścić się będą także dwie dwupoziomowe sale balowe z tarasami zewnętrznymi oraz dwie sale konferencyjne. Dzięki temu nowy hotel będzie miejscem, w którym organizowane będą zarówno wesela i okolicznościowe przyjęcia, jak i szkolenia, biznesowe spotkania oraz firmowe eventy. Dodatkowe goście do swojej dyspozycji będą mieli restaurację, bowling, bilard, basen, gabinety zabiegowe, kompleks saun oraz kort tenisowy”. Tyle zapowiada reklama nowego zamczyska, otwarcie wkrótce.

Na koniec mam sensację zamkową na pierwsze strony tabloidów. Pora odkryć tajemnicę budowanego w pełnej konspiracji zamku w Stobnicy, w Puszczy Nadnoteckiej, niedaleko Obrzycka. Wielka inwestycja prowadzona jest na wyspie położonej na zalewie. Całość ukryta w lesie, za wysokim płotem. Plotki mówią, że pracownicy budowlani mają zakaz mówienia o tej inwestycji, nie wolno jej fotografować, rekwiruje się nawet komórki wchodzącym na budowę.

Budynek stanowić będzie formę piętrzącej się bryły zwieńczonej dominantą, z 15 kondygnacjami w wariancie minimum, a 29 pięter w wariancie maksimum. „Na szerokiej bazie dolnej kondygnacji zaprojektowano zestaw brył piętrzących się w górę i stopniowo wytracających wysokość. Najwyższym akcentem będzie smukła dominanta. (…) Budynek zaprojektowano z płaskimi dachami-tarasami, (…) z dużą różnorodnością form: balkony, wykusze, nadwieszenia i prześwity”. Tak informuje dokument do którego dotarłem. Budynek ma mieć prawie 48 metrów wysokości w wariancie minimum, a 70m w maksimum. Przewidywane kominy kotłowni mają mieć skromne 40 metrów wysokości. Powierzchnia zabudowy to 10 lub 14 tys. m2.

Teren inwestycji znajduje się na chronionym obszarze Natura 2000 Puszcza Notecka, który z założenia wyklucza duże inwestycje budowlane. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie przeszkodziło to uchwalić planu, w którym akurat w tym miejscu, na pustkowiu, w lesie, przewidziano możliwość zabudowy wielorodzinnej. Cud prawdziwy. Podobnie zadziwia Raport o oddziaływaniu tej wielkiej inwestycji na środowisko. Jeden profesor i czterech doktorów, całym swoim autorytetem poparło te inwestycję. „Konstytucyjna zasada zrównoważonego rozwoju wymaga wzięcia pod uwagę nie tyle samych racji przyrodniczych – ale, rozsądnej równowagi pomiędzy racjami przyrodniczymi, społecznymi i gospodarczymi. W takim ujęciu zaniechanie inwestycji jest wariantem mniej korzystnym”.

Naukowcy analizując możliwość rozbijania się ptaszków o ściany zamczyska, porównali nową inwestycje do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Zaraz jednak dodali, że ten warszawski jest wyższy. Oczywiście, zdaniem naukowców, wycięcie sosnowego lasu pod inwestycję nie przeszkadza przyrodzie. Wszyscy chcą nowego zamku. Czy tu ktoś kpi z prawa?

Nie. Po prostu wszyscy kochają zamki.