fot. Filip Łepkowicz

Wycięty z obrazka

Jeśli ktoś ma twarz, to on. Od początku nad nią pracuje, zasłaniając czarnymi okularami, skąpo doświetlając żarzącym się papierosem, krzywiąc w grymasach i dwuznacznych uśmiechach.

PRZYŁAPANIA

Dość liczne fotografie przedstawiają faceta, który nie dba o konwencjonalną urodę, lekceważy pociągający wygląd, nie wystawia się na pokaz, lecz jedynie (i aż) daje się przyłapać.

Przyłapany wygląda, jakby sromał się z tego powodu, a jednocześnie zdaje się chyba rad ze swej nieoczywistej widzialności. Tkwi w tym pewna intencja: zagrać na nosie przekonaniu, że portret chwyta i utrwala jakąś – choćby chwilową – prawdę. To niemożliwe, gdyż twarzą jest piszące się na niej życie, a nie żaden jednorazowy epizod.

To znana zagrywka poety – oznajmić czytelnikowi, że ten nic (lub prawie nic) o nim nie wie, choćby przeczytał wszystkie wiersze, przesłuchał kompletu płyt, z tekstu wypruł nitki najważniejszych tradycji, policzył podsłuchane frazy, zliczył obsesje.

 

Nie znajdą

Znajdą stosy papieru, wersje i skreślenia.

Znajdą zdjęcia, im starsze – tym niewinne bardziej.

Grymasy będą chcieli odtwarzać na swoich

konkursach recytacji. Nie znajdą jedynie

wiosennego dnia, dzisiaj, milczącego miasta,

fantomów o zapachu, co nie śnił się nigdy –

i niezgody na wyrok.

 

„Nie znajdą” tego, co pozostało niepowiedziane, zachowane dla siebie, zabezpieczone w intymnym zakamarku, do którego autor nie udzielił wstępu? Czy też chodzi o to, co pozostaje niewyrażalne, rozciągnięte pod słowami, gdyż zbyt kruche, delikatne dla nich?

Trudno powiedzieć. Być może Świetlickiego – bo przecież o Marcinie Świetlickim tu mowa – autokreacje, mające na celu wytworzenie wrażenia własnej niepochwytności, są nie tylko (jak uważa się często) akcją przeciw uprzedmiotowieniu, instytucjonalizacji, zaszeregowaniu, różnorakim praktykom mobilizowania do takiego, a nie innego sposobu istnienia, lecz czymś ponad to – okrężnym i przekornym wskazaniem na źródła metafizyczne.

Zatem „nie znajdą” go, jednak nie dlatego, że poeta wymyka się i kluczy, ucieka i nie godzi się na „wyroki”, lecz ponieważ nie należy w całości do siebie i po prostu nie może opowiedzieć siebie całego. „Nie znajdą” kogoś, kto sam siebie znaleźć nie był w stanie.

IMPULSY

Religijne impulsy w twórczości Marcina Świetlickiego nie uszły uwadze krytyki, mimo to nie należy ich przeceniać. Zagłuszone przez ironię, odpierane przez „nieprzysiadalność”, zasłonięte przez treści doraźne czy publicystyczne, anegdotki i obrazki z codzienności, w końcu wymazują się, blakną, aż stają się – w zgodzie z zamiarem pisarza – na powrót niezobowiązujące.

Marcin Świetlicki, „Muzyka środka”, wydawnictwo a5, Kraków 2006

 

Poecie łatwiej zaakceptować opinię, że jest zupełnie niepoważny, niż zdanie, że jest zupełnie poważny.

Zupełna powaga przystoi po śmierci, przed śmiercią być zupełnie poważnym – nie wypada. Zanim dowiemy się, czym ona – śmierć – jest, nie godzi nosić się tak, jakby się wiedziało. Czuć jej stałą bliskość, a wiedzieć, czym jest, to różne sprawy.

Metafizyczne zaplecze Świetlickiego opisał i pokazał w antologii „Nieoczywiste. 77 wierszy religijnych” Wojciech Bonowicz; warto dodać, że dostrzeżono je również w Poznaniu. Otóż autor jest pierwszym i bodaj jedynym laureatem Nagrody im. ks. Jana Twardowskiego, którą ufundowało Wydawnictwo Świętego Wojciecha.

Odnotowuje to większość jego biogramów – warto, żeby i fundator odebrał swoje prawo do dumy. Sądzę bowiem, że tamtego roku, bodaj 2008, próbowała się wznowić historia, której potrzebujemy niczym wody. To historia porządnego myślenia o religii jako związku pragnienia, dociekliwości i pokory wobec – duże słowo, lecz konieczne – tajemnicy. Wiersze Świetlickiego składają się między innymi z tych trzech składników – w odróżnieniu od masy niewiele znaczących wierszy pobożnych.

ROZSTĘPY

Potrzebujemy reformacji. Autor „Schizmy” jej nie wywoła, bo nikt nie da już temu rady, a przecież wydaje mi się trochę… luterański.

 

Ironiczność i grymaśność nie są w jego przypadku ani wartością, ani celem; chyba przeceniamy rolę, którą odgrywają w tej poezji.

Niestarannie maskują szeroko rozciągający się i łatwy do odkrycia etyczny grunt, na którym opiera się jego twórczość.

Kluczowy jest dla niej rozstęp między etyką projektowaną, wymaganą, deklarowaną i mnogością przepisów na bycie człowiekiem moralnie akuratnym a sferą prawd, której nie warunkują społeczne trendy, zmienne sytuacje, aktualne światopoglądy, tym bardziej zaś mody i koniunktury. Więc Świetlik kopie się z duszkiem czasu.

A to mówi – jak zapiekły konserwatysta – przeciw powierzchownej, zaledwie stylistycznej lewicowości czy ślepej wierze w nowoczesność, a to znów przeistacza się we wrażliwca, liryczną membranę, rejestrującą drgnienia i zgrzytnięcia nadchodzącej katastrofy:

 

Polska dziesięć

Albowiem trzeba się bać. Twarz ma

przeciętą Wisłą i chlaśniętą Odrą.

Twarz ma w odwiecznym grymasie

jak u rodzącej kamień. Jak u

piszącej esemesa w nieznanym języku.

 

I trzeba się bać. Teraz miłość jest bezsilna,

jest tylko w deklaracjach

oraz deklamacjach. Wszelkie poranne złudzenia

przemieniają się w gorzki wieczór. Jest

później, niż myślicie.

 

Marcin Świetlicki, „Drobna zmiana”, Wydawnictwo a5, Kraków 2016

Uogólniony lęk, którego bardzo dużo rozlewa się nie tylko po wierszach z ostatniego tomu „Ale o co ci chodzi?” (2019), nie jest słabością; na odwrót – daje dostęp do niematerialności, jest rodzajem dodatkowego zmysłu, służącego do odczuwania presji przemijania, swoistej prekluzji, czyli terminalności naszego istnienia. Działa w stosunku do zdarzeń, scen, incydentów, drobiazgów, analizuje ich aurę, to przędziwo z czasu i przestrzeni, układa związki impulsów i następstw, demaskuje „poranne złudzenia”. Przekłada doświadczenie indywidualne na zbiorowe – i z powrotem, by ostatecznie przystać na własną osobność:

 

30 grudnia

Nic się nie kończy.

Jeden, jaskrawo jeden.

Złudy już nie chcą łudzić,

wycofują się.

Nic się nie kończy.

Ta zastygła ucieczka

właściwie jest powrotem.

 

Separacja moralisty, który boi się więzów i nie wierzy w więzi. Bo wspólnoty („Podchodzi aż do gardła złudzenie wspólnoty”) powstają raczej wokół zła niż dobra (chociaż ich liderzy zawsze twierdzą inaczej). Towarzystwa literackie i stolikowe rządzą się pretensją i pychą. Elity to robaczywość. Zostaje odosobnienie, zasilane przez lęki i niedające się uśmierzyć łaknienie sensu.

Marcin Świetlicki, „Ale o co ci chodzi”, Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2019

 

Tak, odrębność Świetlickiego to nie samotność, nie eskapizm, a raczej indywidualna odpowiedzialność – przed Bogiem? Przed prawdą?

A jeśli odpowiedzialność, to i praca, i walka. Monadyczność nie wyklucza wojowniczości, swobodnego użycia wszelkich rodzajów poetyckiego uzbrojenia – humoru, szyderstwa, kpiny, ironii, parodii. Inaczej mówiąc: Kierkegaard, który chciałby być Lutrem, a musi być Świetlickim.

Nie recenzuję ostatniego tomu „Ale o co ci chodzi”. Po dwóch poprzednich, znakomitych, sprawia wrażenie, jakby zabrakło mu spójności, cierpliwości, ambicji wybicia się ponad własne dokonania. Zamiast rozmachu mamy rozrzutność, nawet dezynwolturę; interesujący gest, na który mogą pozwolić sobie wyłącznie pisarze wybitni.

Jednak gdyby ktoś uznał to za słabość niewybaczalną, to podsuwam mu wątek psi. Chodzenie, bycie z psem, bycie psem. Wobec upływu czasu i niezdolności do zamieszkiwania złudzeń – wspaniały.

 

Cytowane wiersze pochodzą z tomu Marcina Świetlickiego „Ale o co ci chodzi” (2019).

 

CZYTAJ TAKŻE: Oczy, głosy, zmarszczki. „Spotkanie innego rodzaju” Hansa Magnusa Enzensbergera

CZYTAJ TAKŻE: Między nami. „Niedyskrecje” Piotra Sommera

CZYTAJ TAKŻE: Pani ogrodu, tropicielka słów. Krystyna Miłobędzka, „Spis z natury”