fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Wypisani z życia

„Gdybyśmy byli kotami, nikt by nas nie zatrzymał” – w czasie jednego z protestów uchodźcy wypisali to hasło na kawałku kartonu. Oni tkwią, to jest cała ich nie-aktywność. Stąd pomysł z teatrem ruchu, próba pokazania tego ograniczenia – o spektaklu poruszającym temat imigrantów opowiada jego dramaturg, Przemysław Pilarski. Przedstawienie zobaczymy w niedzielę na Malcie.

KUBA WOJTASZCZYK: Po co nam kolejna sztuka o imigrantach?

PRZEMYSŁAW PILARSKI: W dniu, w którym rozmawiamy, Komisja Europejska wszczęła procedurę m.in. przeciwko Polsce – w związku z odmową przyjęcia uchodźców. Więc, właśnie po to. W telewizji imigrantów już nie chcą pokazywać, opatrzyli się, ale oni tam ciągle czekają. A my udajemy, że nas to w ogóle nie dotyczy.

Zauważyłeś spadek zainteresowania tematem imigrantów?

Pomysł na tekst pojawił się przy okazji pracy nad poprzednim spektaklem Strefy, który robiliśmy z grupą warsztatowiczów, wśród których były osoby z różnych stron świata. Najpierw miała być to część tamtego projektu. Alicja Borkowska pokazała mi wtedy zapis whatsappowej korespondencji wolontariuszy UNHCR pracujących w obozach. Zdecydowaliśmy się rozwinąć to w osobny spektakl. Ola Bożek-Muszyńska i Kasia Stefanowicz, które odpowiadały za choreografię przy „Narysowałam więcej, niż tu widać”, zaproponowały formę opartą o teorię ruchu Rudolfa Labana. Do dziewczyn dołączył Mamadoo Goo Ba. I tak to się mniej więcej zaczęło.


„Gdybyśmy byli kotami, nikt by nas nie zatrzymał” zaczyna się od kwestionariusza. Każdy, kto przybył do obozu dostaje też numer. To budzi złowrogie skojarzenia…

Może i złowrogie, ale jak najbardziej trafione. Ci ludzie są przecież uwięzieni w obozach, z których nie mogą się ruszyć. Stąd zresztą tytuł spektaklu. „Gdybyśmy byli kotami, nikt by nas nie zatrzymał” – w czasie jednego z protestów uchodźcy wypisali to hasło na kawałku kartonu. Oni tkwią, to jest cała ich nie-aktywność. Stąd pomysł z teatrem ruchu, próba pokazania tego ograniczenia.

Pojawia się też pytanie „A gdybyś był Europejczykiem, to…?”. Cały czas sądzimy, że jesteśmy lepsi od Syryjczyków, Afgańczyków, Irakijczyków?

Pogarda dla „ciapatych” nie bierze się przecież ze specyficznego poczucia humoru Polaków. To okazywanie sarmackiej wyższości. Każdy „Inny” jest gorszy – czy to będzie Syryjczyk, gej, Żyd, Ukrainiec, inwalida. Nie wiem, czy jest to „typowo polska” cecha, na pewno jednak bardzo widoczna. A najgorsze, że obecna władza właśnie na tym żeruje, na tym zbija polityczny kapitał. Ale jak tak dalej pójdzie, to my przestaniemy być Europejczykami; Europa, co by o niej nie mówić, oparta jest na zupełnie innych wartościach.

W sztuce osoby z różnych grup na granicach państw, do których docierają imigranci, przesyłają sobie nawzajem dzienne raporty. Sytuacja nie jest najlepsza, dochodzi do przepychanek z policją, ludzi jest za dużo, a wolontariusze (?), pewnie z przyzwyczajenia, używają np. emotnikonów. Czy nasz „zachodni” język jest niekompatybilny z opisem zagrożenia, którego tak naprawdę nie znamy?

Myślę, że emotikonów używają wszyscy, więc to nie jest kwestia „zachodniości” tego języka, tylko języka w ogóle. Wolontariusze są w bardzo trudnej sytuacji, lokalne władze nie patrzą na nich zbyt przychylnie. A uchodźcy nieustannie potrzebują jakiejś pomocy. Ktoś się rozchorował, ktoś zaczyna rodzić dziecko, ktoś inny zgubił żonę. I nie można być zmęczonym, powiedzieć komuś, żeby przyszedł jutro, bo dziś już zamknięte.

Emotikon to próba nadania temu chaosowi jakiejś ramy. Jest ok, dajemy radę, miłego dnia! Ale jest to pusty znak, bo język nie radzi sobie w takich sytuacjach. Użycie emotikonów miało również podkreślić absurd tego zderzenia na granicy: z jednej strony ludzie, którzy mają bardzo ograniczoną przestrzeń ruchu, ekspresji, czegokolwiek. A z drugiej – ci, którzy w bardzo ograniczony sposób mogą im pomóc. To mniej więcej tak, jakby jedno drzewo chciało podejść do drugiego, żeby osłonić je przed burzą. No nie da się. Ale przecież coś trzeba robić. Przynajmniej dobrą minę do złej gry.

Zwracasz uwagę, że dzieci imigrantów nie potrafią bawić się w dom, czy sklep… Już tego nie pamiętają czy stanowi to za zbyt bolesne wspomnienie niedawnego, normalnego życia?

Scena zabawy nie jest sceną dokumentalną, to kolejna próba refleksji na temat języka. W domu powieszonego nie mówi się o sznurku, a czy w obozie dla uchodźców możliwa jest zabawa w dom? Widziałem gdzieś video z dziećmi imigrantów, bawiącymi się w wojnę. A może to były dzieciaki na ulicy w Aleppo….?

Z drugiej strony, gdy pojawia się bajka o księżniczce jest nią Księżniczka Śmietniczka, która później zmienia się w Szeherezadę. Ta baśniowa postać, tak jak imigranci, zmuszona była opuścić własny kraj…

A kiedy wróciła do Bagdadu, musiała wymyślić sposób na to, żeby przeżyć. Zaczęła opowiadać baśnie. Ucieczka w świat fantazji to jedyna możliwa ucieczka z sytuacji bez wyjścia. Inna sprawa, że Szeherezada uratowała się w ten sposób przed śmiercią, więc może to nie najgorszy pomysł.

Szeherezada jest trochę jak nowo narodzony Slavko z twojej sztuki, któremu rodzice śpiewają: „Za wodami tylko krew i gruz. I śmierć/ Za wodami tylko pokruszony beton”…

Syryjczyk Slavko to taki trochę błąd w Matriksie. Gdzieś tam jest świat, w którym wszystko dobrze się układa, i oto nagle pojawił się wśród nas przybysz z równoległej rzeczywistości. Ale on faktycznie tu jest. I to nie bajka. Może Syryjczyk Slavko i Polak Mohammed wezmą kiedyś ślub w Warszawie lub Damaszku? Trzeba marzyć. Przypominam: Szeherezadzie uratowało to życie.

Na końcu jasno pokazujesz, że imigranci nie chcą być Europejczykami, tylko chcą wrócić do Aleppo, bo tam, mimo że pod gruzami, jest ich dom. Istnieje szansa, że przeciwnicy udzielania im pomocy to zrozumieją?

Nie wiem, czy wszyscy chcą wrócić do Aleppo. Ale ten wątek bardzo często pojawia się w ich wypowiedziach. W idealnym świecie każdy powinien móc decydować o sobie. W świecie coraz bardziej odbiegającym od ideału można przynajmniej wypracować takie procedury, które pozwoliłby tym ludziom poczekać w godnych warunkach na zakończenie wojny. Wiadomo, co się stało z żydowskimi uchodźcami po tym, kiedy Amerykanie odmówili przyjęcia statku, na którym uciekli z III Rzeszy. To nieprawda, że historia lubi powtarzać się jako farsa. Historia lubi się powtarzać. A my nie lubimy wyciągać z tego wniosków.

 

„Gdybyśmy byli kotami, nikt by nas nie zatrzymał”, reżyseria Alicja Borkowska, dramaturgia Przemysław Pilarski, występują: Goo Ba, Aleksandra Bożek-Muszyńska, Katarzyna Stefanowicz, wizualizacje wideo: Maria Porzyc, muzyka: Ray Dickaty. Spektakl odbędzie się 18 czerwca, o godz. 22 na Placu Wolności (w ramach festiwalu Malta).

 

PRZEMYSŁAW PILARSKI – scenarzysta, dramatopisarz, dramaturg. Autor scenariuszy programów i seriali telewizyjnych oraz filmów krótkometrażowych. Współautor książek, m.in. „Jak facet z facetem” (z seksuologiem Andrzejem Gryżewskim). Jego sztuka „Reality show(s). Kabaret o rzeczach strasznych” zdobyła główną nagrodę oraz nagrodę dziennikarzy w IX edycji Metafor Rzeczywistości zorganizowanych przez Teatr Polski w Poznaniu (2016).