fot. Michał Sita, YAGA. Agata Kalinowska

YAGA

Monografia w twardej oprawie w kolorze leśnej zieleni. Na froncie zdjęcie trofeum, ustrzelonego i wypchanego bażanta, lekko zagłębione w matowej okładce. A w środku ciężki przyjemny papier w odcieniu kości słoniowej i jedno, najwyżej dwa zdjęcia na rozkładówce, zawsze z dużą ilością światła dookoła. Wyeksponowane spokojnie, dające miejsce do tego, by je z uwagą studiować. W tej szlachetnej formie, jednoznacznie odwołującej się do tradycji, zamyka się współczesna baśń o miłości, jaką proponuje Agata Kalinowska. O jej bezkompromisowym fotograficznym dzienniku, zamkniętym w tej książkowej formie, z autorką rozmawia Michał Sita.

Michał Sita: To bardzo intymny dziennik. W jakim momencie życia byłaś, gdy go prowadziłaś? Co cię spotykało?

Agata Kalinowska: Pracowałam wtedy za barem. To się w sumie tak rozkręciło, że jak znalazłam pracę za barem, to z napiwków kupowałam klisze i je wywoływałam. To był jakiś 2008 rok. Zdjęcia i życie zaczęły się nawzajem nakręcać – szukałam sytuacji, które są ciekawe i dziwaczne, łaziłam wszędzie, gdzie można było je znaleźć, ale też coraz śmielej kierowałam aparat w stronę bliskich mi ludzi. Z tego, co pamiętam, trochę chciałam być skandalistką z tym lesbijsko-melanżowym kontentem, otworzyć przede wszystkim okno do tego świata ludziom z zewnątrz, ale też reprezentować swoich.

 

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Ten dziennik powstawał na przestrzeni ponad dekady, więc są w nim wszystkie mocne chwile tego okresu: rozstania, romanse, przyjaźnie, które z różnych powodów się skończyły, przeprowadzka za granicę, powrót do Polski, mnóstwo imprez.

Mój kumpel mówi, że wokół mnie wydarzają się zawsze absurdalne sytuacje i chyba trochę tak jest. Ostatnio siedzieliśmy nad rzeką i po stromym przęśle mostu jakaś dziewczyna biegała w tę i z powrotem ze słuchawkami na uszach. Wyglądało to przerażająco, baliśmy się, że na naszych oczach wpadnie do wody i się zabije. Piotrek spojrzał na mnie i powiedział: Ale wiesz, że gdyby ciebie tutaj nie było, to jej też by nie było? To projekcja twojego mózgu.

 

Ja jestem trochę szalona i pielęgnuję to w sobie, i mam wrażenie, że ma to odzwierciedlenie w niektórych zdjęciach.

Ale dużą część moich fotografii stanowią też zdjęcia z sytuacji tak sielskich i miłych, że one dopiero później przez przyszłe, trudne do przewidzenia zdarzenia, mają sens. Trzeba to wyczuć, dać każdej chwili szansę.

 

M.S.: Kiedy, kogo fotografujesz?

A.K.: David Shrigley zrobił kiedyś animację pt. „Who I am and what I want”, w której główny bohater – bezwstydny, niebezpieczny psychopata – mówi: „I do drink heavily on occasion. For instance when I’m sad. Or happy. Or bored”.

 

Tak to u mnie wygląda z robieniem zdjęć.

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Przez lata wypracowywałam w sobie instynkt patrzenia na rzeczywistość pod kątem jej treściwości i wyłapywania chwil, które mają w sobie napięcie, autentyczność, jakąś magię, dowcip, gęstość. Jestem dość klasyczną reprezentantką prekariatu i utożsamiam się bardzo mocno z moją trwającą dekadę przeszłością barmańską, poprzetykaną rozdawaniem ulotek w stroju kawałka pizzy, zbieraniem jabłek w Hiszpanii i winogron we Francji, pracą w fabryce przy taśmie przy ważeniu kurczaka do kanapek, pracą na polu porów w Anglii – sporo tego było. Kroiłam też wędliny i sery w Tesco i bardzo się wstydziłam, jak spotykałam tam kogoś znajomego. Ale wiedziałam też, że te historie są częścią mnie, mojego backgroundu ekonomicznego i rodzinnego i wynikającej z niego konieczności łapania jakiejkolwiek pracy, żeby przetrwać. Wpływało to na to, w jaką stronę kierowałam swoją uwagę. Dlatego np. zdjęcia barmanek i barmanów w różnych sytuacjach są opowieścią o środowisku, któremu, podobnie jak lesbijkom i osobom queerowym, brakowało pogłębionej reprezentacji. W tym sensie fotografuję grupy niedoreprezentowane, obrosłe w legendy miejskie i stereotypy, podczas gdy te style życia wylewają się w swojej ekspresyjności i nieprzewidywalności poza anegdoty, domysły i proste interpretacje. W środowisku barmańskim jest na przykład bardzo dużo używek. Ale też wiele decyzji życiowych prowadzących do pracy za barem bierze się z sytuacji niepewności ekonomicznej, z potrzeby szybkiego zarobku, z traum, z przeżyć rodzinnych, potrzeby ekscesu.

 

To życie w szarej strefie – tak traktuję barmaństwo i pracę w gastronomii, bo jest to bardzo szemrany zawód przez furtki, które otwiera wraz z nocnymi znajomościami oraz przez możliwość, nazwijmy to po imieniu, robienia ludzi w chuja.

To jest margines gospodarki, który styka się ze światem kryminalnym oraz z życiem ulicznym i jego bohaterkami i bohaterami, jak np. złodzieje sklepowi czy osoby bezdomne. Bezdomni zawsze kombinowali, jak się przekimać w knajpie, a złodzieje próbowali opychać skradziony towar barmankom i barmanom. Najczęściej były to ciuchy albo perfumy, czasami jakaś elektronika. Nie fotografowałam ani złodziei, ani bezdomnych, ale próbowałam uchwycić wibrację tego nocnego życia z jego sytuacjami granicznymi, jak p.. bójki, ćpanie czy przypadkowy seks w różnych konfiguracjach, ale też miłością, do której trochę wstyd się było przyznać, bo to by oznaczało słabość i psułoby zabawę. W tle tego wszystkiego były moje intymne i przyjacielskie związki z ludźmi.

 

M.S.: Kim jesteś w tych sytuacjach?

A.K.: Jestem osobą ze środka, insiderką. Wiesz, tutaj bardzo łatwo o zarzut wykorzystywania i braku etyki w tym, co się później pokazuje, i faktycznie jest to problematyczna kwestia. Ludzie nie chcą widzieć siebie poza pozą, którą mogą kontrolować. Takie obnażenie się wymaga odwagi. Dlatego też wrzuciłam do „YAGI” swoje nagie zdjęcie, żeby może to trochę wyrównać. Tak naprawdę to ja w tej książce obnażam się najbardziej.

 

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

M.S.: Miłość, powracająca tu jak refren, rozgrywa się w konstelacji określonych osób, miejsc, zdarzeń, w bardzo wyrazistym świecie, jaki buduje się z twoich zdjęć. Jaka jest ta miłość?

A.K.: To jest zawsze miłość trochę niestabilna, trudna. Czasami jest po prostu fantazją, którą trzeba zawlec pod szubienicę i uciąć jej głowę zanim zacznie się rozrastać. Wszystkie moje miłości były ostatecznie nietrwałe, nie wytrzymywały braku stabilizacji, struktury, w której mogłyby się ugruntować, oczekiwań rodziny, braku hajsu. Oczywiście zawsze było też mnóstwo dramy. Większość dziewczyn, z którymi byłam, jest teraz w relacjach z mężczyznami.

 

Ale to nie jest potwierdzenie tezy, że z mężczyznami jest lepiej i że seks bez penisa to jakiś głupi wymysł. To dużo bardziej skomplikowana kwestia.

Kiedy jesteś w relacji z kobietą, ciągle musisz udowadniać, że się nie wygłupiasz. Moje środowisko daje akceptację i często to wystarcza, żeby było względnie dobrze, ale wartościowanie jest na każdym kroku – rozpad związku heteronormatywnego jest na pierwszym miejscu, bo tam był sakrament albo akt prawny, związek hetero jest „bardziej”, bo na przykład zaowocuje dziećmi albo towarzyszą mu zobowiązania finansowe. To się czuje i najbardziej przykro jest wtedy, kiedy takie podejście jest wśród bliskich osób. Nie za bardzo poważnie traktuje się moje związki, są gorsze, członkowie rodziny wspierają finansowo tylko rodzeństwo w związkach heteronormatywnych. Nie użalam się, ale to jest wpisane w rzeczywistość systemowo, jest w społecznym id, w małych, malutkich tropach i kodach. Wszędzie, serio. Ja tłumaczę sobie tę rzeczywistość spoza mojej bańki artystyczno-barmańskiej w kategoriach rozkładu sił. Siła jest tutaj w zasobach: w pieniądzach, pozycji, statusie, ale też w umiejętności obronienia swojej pozycji i obronienia się przed przemocą.

 

Dwie kobiety w relacji są zazwyczaj bardzo słabo ustawione w hierarchii siły. Na przykład gdyby nie wsparcie mężczyzn i instytucji, „YAGA” nigdy by nie ujrzała światła dziennego.

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Miłość to trudny temat w moim życiu. Nie umiem jej oddzielić od traum i strachu, dlatego nauczyłam się zamykać ją w bajce, w opowieści. Zakochiwać się w tak perwersyjnie nierealny sposób, że wolę czasami opowieść w mojej głowie od rzeczywistości. Z jednej strony jest to źródło ogromnego, nieskończonego piękna, z drugiej temat na terapię. Ale ja mam straszny problem z nadmiernym nazywaniem wszystkiego, czego doświadczamy, robienia takiego symbolicznego porządku za pomocą słów i definicji.  Jak powiedział ostatnio mój przyjaciel, który poszedł porozmawiać o miłości do chłopaka z terapeutą i usłyszał, że ma zaburzenia obsesyjno-kompulsywne – to jest po prostu nieeleganckie. Nazywać moją miłość zaburzeniem. Muszę się z tym zgodzić. Postanowiłam, że wezmę udział ceremonii z szamanem i zobaczę, gdzie to mnie zaprowadzi. To jest bardziej moje, stany graniczne to moja specjalność.

 

M.S.: Jaką funkcję w tej opowieści pełni przemoc?

A.K.: Obrazy przemocy otwierają w „YADZE” taką puszkę Pandory – krew leje się strumieniami, z podłogi odpadają panele, w tle cały czas są używki. Najmocniejsze zdjęcie z książki – moim zdaniem – łatwo przeoczyć. Jest to mój portret, jak śpię, zrobiony przez kogoś na imprezie – twarz podtrzymywana za brodę do zdjęcia. Miałam wtedy zapaść i mogłam się nie obudzić.

 

Pamiętam, jak wywołałam tę kliszę i cała była w ćpuńskich zdjęciach z tamtej nocy, która oczywiście przerodziła się w dzień.

Do 14:00 tłumaczyłam jakiemuś kolesiowi, dlaczego nie będziemy uprawiać seksu. Przeraziło mnie, jak blada jestem na tej focie, totalnie mnie zmroziło ze strachu. Ja tej przemocy aż tak nie widziałam, bo żyłam w niej. W samym środku bójek pijackich, rozbijania szklanek na twarzy młodych kobiet, w smrodzie, jaki zostawał po bezdomnych w kiblu w Ambasadzie. To był bar otwarty całą dobę, więc działy się tam czasami straszne rzeczy: absurdalne do granic obłędu. Zbijaliśmy to śmiechem i używkami, ja się zawsze cieszyłam, jak coś się odpierdoliło i można było o tym opowiadać, ale ta praca mnie mocno dopada teraz po latach. Trochę chyba też rozumiem, czemu chciałam ją wykonywać. Przyzwyczaiłam się do przemocy i zaczęła być dla mnie przezroczysta, dlatego trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu tak to wyglądało.

 

M.S.: Niemal można uwierzyć, że forma tradycyjnej baśni, jaką ta książka przybiera, zaklina rzeczywistość. Ale gdy już prawie udaje się uwierzyć w tę iluzję i wtapiamy się w przedstawiony tu świat, rzeczywistość nas dopada. Bajkowe krajobrazy, symboliczne detale, sielankowe zdarzenia – sceneria tej opowieści o czarownicach – rozgrywa się przecież tu i teraz, w Polsce dzisiejszych realiów. Brutalność przesączająca się do tego świata z jego otoczenia uderza w twoich zdjęciach raz za razem. A jednocześnie to nie jest manifest spisany z pozycji słabości. To ty, bardzo skrupulatnie, dyktujesz warunki. Określasz symbole, jakie służą do opowiedzenia o twoich relacjach, wybierasz rekwizyty. Masz pełną kontrolę nad tą historią, wplatając w nią swoje bohaterki.

A.K.: Tę kontrolę osiągnęliśmy razem z Łukaszem Rusznicą, on wykonał lwią część pracy nad sekwencją. W pracy nad „YAGĄ” korzystaliśmy z mojego archiwum i najstarsze zdjęcia z książki mają już ponad dziesięć lat. Myślę, że cały czas warto podkreślać skrupulatność i czasochłonność tej pracy nad narracją fotograficzną.

 

Wszystko ma znaczenie: kolejność, puste kartki i przestrzenie, wielkość zdjęć.

Ta opowieść buduje się na emocjach i atawizmach, w czym pomaga też trochę shock value, jaką niesie za sobą portretowanie przemocowych, dziwnych, wieloznacznych sytuacji. Najpierw jest emocja, potem dopiero myśl. To jest kierunek, w którym chciałam iść. Ale jest to przecież przede wszystkim książka o miłości. Przemycam też pożądanie i na tym mi bardzo zależało – dzikie, mokre pożądanie, bez przepraszania. I fantazję, która jest moim zdaniem najważniejszą strategią przetrwania osób nieheteronormatywnych wychowanych w opresyjnym środowisku. Musimy sobie tworzyć świat od nowa, często w zupełnej samotności życia z tajemnicą. Taki świat, w którym nie będziemy odrażający czy chorzy, w którym nie będziemy ludzką anomalią. Niektórzy po drodze tracą rodzinę i przyjaciół, doświadczają bezdomności, naprawdę zaczynają od zera.

 

Jak byłam nastolatką, to chciałam być Daredevilem. Dopiero po latach zrozumiałam, dlaczego komiks o Daredevilu tak mną wstrząsnął. On miał tajemnicę i jego drugie, nocne życie zaprzeczało temu, że nie ma dla niego nigdzie miejsca.

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Ale musiał się ukrywać przez to, że był inny. Tak jak ja po latach ukrywałam się nocami za barem. Takie postacie są niebezpieczne dla status quo. To była historia innego, jego świat wyostrzonych zmysłów był przepiękny i fascynujący. W jakiś sposób to była właśnie historia o tym, co ja czułam, dusząc w sobie to, kim jestem, nie mając na to nawet słów, przede wszystkim bojąc się, że mnie to na zawsze wykluczy. W odruchu obronnym romantyzowałam samotność, przygotowywałam się na nią.

 

M.S.: Jak twoje bohaterki znajdują się w tej publicznej sytuacji, którą to ty, na własnych warunkach, stwarzasz?

A.K.: Dziewczyny? Różnie. Niektóre z nich lubią, jak im robię zdjęcia, inne zgadzają się raz na pół roku, ale te zdjęcia wtedy wychodzą sztosowe, bo to są zazwyczaj bardzo wyjątkowe sytuacje. Teraz fotografuję raczej tak, że się umawiam z ludźmi. Ja nie czuję, wiesz, że stwarzam te sytuacje. Ja ich szukam, to są zazwyczaj milisekundy, najczęściej nie zdążam nawet wyciągnąć aparatu, więc albo zapominam, albo o tym piszę. Staram się być uważna i naiwna. Naiwność mi pomaga, nie pozwala na cynizm.

 

M.S.: Pełną symbolicznych scen opowieść czyta się jak baśń. To baśń o miłości? O jej poszukiwaniu?

A.K.: To na pewno jest baśń o miłości, tylko że ta miłość już jest w tych zdjęciach. Nie muszę jej szukać. Ja jestem bardzo ufna i ciągnie mnie do ludzi głównie przez ciekawość. Uczę się świata przez kontakt i w takim bezinteresownym dzieleniu się historiami i przeżywaniu razem świata w całym jego potencjale jest właśnie ta baśniowość, o której wspominasz. Wakacje w tym roku zaczęły się dla mnie w Sokołowsku – pojechałam tam z moją współlokatorką na pałę, pożyczonym autem, bez noclegu i planu i przeżyłam tam jakąś totalną epifanię. Tańczyłam ze stopami na korzeniach drzewa i patrzyłam w jego koronę i to uczucie kontaktu z czymś tak potężnym jak stare, ogromne drzewo, mnie rozniosło. Po powrocie do miasta zaczęłam jeździć rowerem, ale obsesyjnie, w każdej wolnej chwili, coraz dalej za miasto. Przestałam czytać, oglądać filmy i seriale, tylko jeździłam rowerem i spotykałam się z ludźmi. Przeżyłam najpiękniejsze, najdziksze chwile od dawna, odzyskałam coś takiego w sobie, o czym myślałam, że już kompletnie przepadło.

 

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Od dawna nie zgadzam się na cynizm. Bronię tego, jak czuję świat, i szukam swoich ludzi, żeby to z nimi dzielić.

Miłość romantyczna bardzo mocno się zmienia. Ludzie, niektórzy jeszcze zupełnie po omacku, szukają nowych jej form, buntują się przeciwko takiej miłosnej zaborczości, która zabiera ci perspektywę. Mają coraz większą odwagę się rozstawać. Ja wiem, że potrzebuję być wśród dzikich ludzi, którzy dopuszczają moją dzikość, jakkolwiek głupio to brzmi. Dla mnie najbardziej pełna miłość jest w przyjaźni.

 

M.S.: Łukasz Rusznica opowiadał przy okazji festiwalu TIFF, gdzie twoja książka miała swoją premierę: geje są tresowani do czytania opowieści o miłości w heteronormatywnych hollywoodzkich romansach, potrafią się w nich odnajdywać, identyfikują się z bohaterami, rozpoznają w ogólnej kompozycji takich historii ich uniwersalny przekaz. W drugą stronę jest o wiele trudniej. Egzotyka lesbijskiej opowieści o miłości sprawia, że przeciętny odbiorca nie potrafi dostrzec, że narracja ubrana w te wszystkie detale jest po prostu poetycka i uniwersalna, że dotyczy ich w równym stopniu.

W swojej książce używasz postaci Baby Jagi, funkcjonującej poza marginesem, ale posiadającej równocześnie narzędzia, by podważyć ustalone standardy i im zagrozić. To archetyp oporu? Archetyp siły?

A.K.: To, co najbardziej osłabia kobiety, to fakt, że często się je napuszcza przeciwko sobie w jakiejś chorej rywalizacji o status, miejsce w społecznej hierarchii. Baba Jaga jest archetypem i jednocześnie postacią z baśni, ale tych zapomnianych i wypartych postaci kobiecych jest jeszcze więcej. Straszy się nimi dzieci: Zobacz, będziesz jak ta baba spod czwórki, nikt cię nigdy nie zechce. Większość swojego życia obserwowałam, jak kobiety polegające na naturalnych instynktach były ośmieszane, obgadywane, często niszczone w mniej lub bardziej gwałtowny sposób, doprowadzane do szaleństwa. Królował rozumny świat i dyktatura faktów wypowiadanych pewnym głosem.

 

Taki świat pamiętam z dzieciństwa. Dojrzała kobieta nie miała wartości bez mężczyzny.

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Mocno przeżyłam moment, kiedy pojawiło się słowo mansplainer. Ono było zrównaniem kobiecych doświadczeń, pokazywało skalę pogardy i ignorancji niektórych facetów, ale też dominującą narrację kulturową. Pomyślałam sobie: Wow, byłam pewna, że tylko ja się tak czuję! Przez wiele lat mojej młodości, gdy mężczyźni mnie poprawiali albo przerywali mi w połowie zdania, myślałam, że po prostu w naturalny sposób jestem od nich głupsza – mniej zapamiętuję, nie mam umiejętności wypowiadania swoich opinii z taką pewnością siebie, nie mam siły przebicia i to jest moja wina. Teraz wiem, że mnóstwo kobiet doświadczało tego samego i że dla niektórych to nadal jest codzienność. Ale wyłonienie tej figury dupka i pokazanie jego śmieszności było kolejnym krokiem do zrozumienia, jak bardzo zawiłe są systemy poniżania kobiet i że można niektóre ich momenty obnażyć. W końcu.

 

Czytam teraz „Biegnącą z wilkami”, gdzie Clarissa Pinkola Estes przywołuje postać La Loby – kobiety zbierającej kości, z których układa wilka i ożywia go pieśnią.

Śpiewa nad odtworzonym z suchych kości szkieletem, aż ten zaczyna z powrotem porastać tkankami, skórą i sierścią. W pewnym momencie wraca w niego życie. Wilk podnosi się i zaczyna biec w stronę księżyca, aż w końcu zamienia się w dziką, roześmianą, nagą kobietę. Nie wiem, czy opór i siła wystarczają do opisu tych kobiet z mitów i baśni. One posiadają szczególną mądrość, która jest niezbędna do rozwoju duchowego, do przeżycia przemiany. A to już ociera się o magię, która z kolei przenosi nas z powrotem w świat mitów, baśni i psychodelicznych tripów. Nie lekceważyłabym tych ostatnich. Ayahuasca czy peyotl to magiczne rośliny dla niektórych kultur Ameryki Środkowej i Południowej, pokazujące zażywającym je osobom ich własną wewnętrzną potęgę i mistyczne moce, tylko że ten proces odbywa się przez wkraczanie w świat uśpionej jaźni i snów, w niekontrolowane szaleństwo. To jest też świat, do którego nieuchronnie prowadzą nas nasze własne instynkty, jeżeli nie jesteśmy zatruci cywilizacyjnym przebodźcowaniem i zmęczeniem wynikającym ze wzmożonej produktywności, często na skraju wyczerpania duszy. Musimy w końcu zrozumieć, że kluczowe jest zachowanie równowagi, ale też w tym świecie na maksa ciężko jest to wyważyć.

 

M.S.: W zdjęciach nie ma wyrachowania i kalkulacji. Tu skrajne emocje grają pierwszoplanową rolę. Wrażeniowy jest twój blog, emocjami ustrukturyzowana była robocza makieta książki, która stanowiła pierwszą próbę przełożenia twoich zdjęć na formę druku. Ale tu, w postaci gotowej publikacji, na emocjonalną karuzelę nakładają się jeszcze dodatkowe warstwy narracji. Jak porównujesz te formy przekazu? Ten chaotyczny strumień obrazów, jakie pojawiają się w sieci, z dopracowaną, poetycką formą książki?

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

A.K.: Widzę, jak ludzie reagują na „YAGĘ”. Są pod wrażeniem jej ciężaru, szlachetności, elegancji. Poupychanie zdjęć, dla których naturalną formą prezentacji poza siecią jest zin, w formę szanowanej, budzącej respekt książki z grubą okładką, jest celowym zabiegiem. Książkę zaprojektowała Agata Bartkowiak, której styl na pewno nie jest punkowy czy trashowy, i to też był instynkt Łukasza Rusznicy, żeby nas połączyć: elegancki styl Agaty i moje bałaganiarstwo.

 

M.S.: To przesunięcie jest mocnym gestem. Tak, jak twoja książka, mógłby wyglądać katalog królewskich sreber albo bibliofilskie wydanie „Baśni” braci Grimm. Tą szlachetną formą wynosisz na piedestał intymną fotografię zdającą sprawę z codzienności. Dotychczas twoje zdjęcia przypisane były do chaotycznej mozaiki internetowego bloga albo do trashowego zina. Zresztą estetyka fotografii, zrobionych na filmie małym automatycznym aparatem, właśnie do tych mediów się odwołuje, wskazuje analogie z fotograficznymi blogami Kuby Dąbrowskiego czy Karoliny Zajączkowskiej. Tu, poprzez przerysowaną formę na wskroś tradycyjnej książki, dzieje się coś całkiem nowego.

A.K.: Ale też bardzo ważna w „YADZE” jest historia, która nie jest ani ułożona chronologicznie, ani nie polega na szybkim połączeniu dwóch zdjęć, które budują razem sytuację szybkiego spięcia, z czego korzystam w internecie, bo tam jest mało czasu na oglądanie i trzeba wyciągnąć z ludzi szybką reakcję, atawistyczny impuls. Inaczej buduje się potężną, wielowątkową narrację książki, która tak jak mówisz, jest bardzo poetycka, nie tylko w treści, ale też w formie.

 

Dlatego „YAGĘ” powinno się oglądać wiele razy, jednocześnie wyłapując ukryte tam sensy i napięcia. Ona się odsłania powoli, ale przeżywanie tego to jakaś totalna frajda.

Tak też się czułam, oglądając „How to Look Natural in Photos” Beaty Barteckiej i Łukasza Rusznicy. Odjechałam na tej książce.

YAGA. Agata Kalinowska, zdjęcia książki Michał Sita

Poetyka języka wizualnego, jeśli przestaniemy się jej bać i pozwolimy sobie na luksus skupienia, otwiera przed nami nowe, ekscytujące rejony transferu emocji na tak wielu poziomach, że to może zwalić z nóg.

 

M.S.: Ta książka zamyka dla ciebie pewien rozdział?

A.K.: Książka, wystawa to jakieś punkty zwrotne. Podsumowania, domknięcia. Na mnie już naprawdę była pora, żeby domknąć jakiś okres w życiu. Tak naprawdę wystarczy parę tygodni, żeby wyrosnąć z tej historii, w której próbujesz coś zamknąć. Ja już jestem trochę gdzie indziej, ale w dobrym sensie – podążam tropami z „YAGI”. Ciągle nie mogę przeżyć, jak bardzo Łukasz Rusznica miał rację. Jak składaliśmy „YAGĘ” i ja się czasami buntowałam, bo miałam zupełnie inną wizję tego, jak należy pracować z ogromną ilością zdjęć, to on mi powtarzał, że dorosnę do tej książki. Dokładnie tak się stało. Rozmawialiśmy też o tym, że każda książka jest początkiem kolejnej. Mam tak ekscytujący pomysł na to, co zrobię dalej, że już nie mogę się doczekać, kiedy będę miała czas pracować nad nowymi zdjęciami. Już zaczęłam coś próbować.  Wiem, że nie mogę przestać robić zdjęć, tak samo jak nie mogę przestać jeździć rowerem. To są takie strefy mojej osobistej wolności, których bronię jak lwica. Jak biała jaguarzyca. Bez tego mnie nie ma.

„YAGA”

fotografie i esej: Agata Kalinowska
sekwencja: Agata Kalinowska & Łukasz Rusznica
praca kuratorska: Łukasz Rusznica, projekt graficzny: Agata Bartkowiak
przygotowanie do druku: Krzysztof Krzysztofiak, wydawca: BWA Wrocław Galerie Sztuki Współczesnej
partner: TIFF Festival, rok wydania: 2021, język publikacji: polski, angielski
typ okładki: twarda, wymiary: 200×265 mm, ilość stron: 176, ISBN: 978-83-63505-50-9

Agata Kalinowska – fotografka, pisarka i barmanka związana z BWA Wrocław, Ośrodkiem Postaw Twórczych i wrocławską sceną barmańską. Interesują ją doświadczenia prekariatu, które dokumentuje na blogu relativelyhuman.blogspot.com. Prace Agaty były pokazywane zarówno w Polsce, jak i za granicą. Jej wystawa „Tylko się nie zakochaj”, prezentowana w galerii Miejsce przy Miejscu we Wrocławiu w 2015 roku pod kuratelą Łukasza Rusznicy, biła rekordy popularności. Jej makieta książki „SCUM” znalazła się na shortliście Kassel Dummy Award w 2018 roku oraz w finale Gomma Grant 2019. We wrześniu 2021 roku nakładem BWA Wrocław ukazała się „YAGA”, która powstała we współpracy z Łukaszem Rusznicą (notka biograficzna pochodzi z materiałów prasowych wydawcy).

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0