fot. Mariusz Forecki

Zagłębie rokitnikowe

Rokitnik jest konsekwencją zmian przemysłowych i przekształcenia terenu. To postapokaliptyczna pozostałość po wyzysku ekosystemu. Nie ma mowy o żadnym „powrocie do natury” – mówi Diana Lelonek, laureatka Paszportu „Polityki” w kategorii sztuk wizualnych.

MICHAŁ SITA: W waszej najnowszej akcji ekologicznej Anna Siekierska pod postacią dzika towarzyszyła ci na scenie, gdy odbierałaś paszport „Polityki”. My spotykamy się w Koninie w związku z innym partyzanckim działaniem, dotyczącym przemysłu węglowego w Wielkopolsce. W grudniu przemyciłaś sok z tutejszego rokitnika na konferencję szczytu klimatycznego w Katowicach.

DIANA LELONEK: Na galę „Polityki” przyszłam z Anną Siekierską w stroju lochy. Anna od jakiegoś już czasu realizuje swój projekt „Usługi międzygatunkowe”, występuje w obronie praw zwierząt, ten strój jest jego częścią. Wprowadziłam ją na nielegalu. Cel był taki – użyć chwili medialnej uwagi do apelu przeciwko planom praktycznie całkowitego wytępienia dzików w ramach rzekomej walki z ASF. Informowałyśmy też o Strajku dla Ziemi i zaprosiłyśmy na demonstrację pod Sejmem. Myślę, że minuta w TVN została dobrze wykorzystana.

Słoiki na szczyt klimatyczny też wniosłam nieoficjalnie. Pierwotnie miałam prezentować sok z rokitnika w pawilonie Dobry Klimat, miejscu z założenia służącym edukacji na temat zmian klimatycznych, ekologii i tym podobnych, ale okazało się, że przestrzeń na warsztaty wynajęła Jastrzębska Spółka Węglowa, która opowiadała dzieciom, że świat bez węgla nie może istnieć, a koks jest paliwem ekologicznym. Były tam też Lasy Państwowe, warsztaty Ministerstwa Środowiska…

 

Podziękowałaś i uruchomiłaś stoisko obnośne.

Rozłożyłam stolik przy Rondzie Sztuki, gdzie sporo osób przewijało się w drodze na konferencję. Była tam baza aktywistów, ludzie czekali na przystanku, była więc okazja do wielu rozmów, a częstowanie ludzi sokiem okazało się skutecznym otwarciem rozmowy.

Soki hałdy rokitnikowej pojawiły się też w Climate Hub – miejscu zorganizowanym w kontrze do oficjalnej konferencji. Na samą konferencję też je przemyciłam, mimo że prześwietlali ludzi jak przed wejściem do samolotu. Ktoś przede mną musiał się napić z otwartej butelki, żeby pokazać ochroniarzom, że ma tam zwykłą wodę. A plecak wypchany słoikami z rokitnikiem jakimś cudem przeszedł kontrolę. Dzięki temu ministoisko rokitnikowej hałdy znalazło się w samym centrum konferencji. Na Szczycie Klimatycznym byłam reprezentantką nie tylko rokitnikowej hałdy, ale też mojej organizacji Center for the Living Things. Był to bardzo pracowity pobyt.

 

Sok smakował?

Bardzo!

 

Dlaczego rokitnik?

Diana Lelonek – zdjęcia z projektów

Stoisko hałdy rokitnikowej, fot. Marcin Wysocki     

We wschodniej Wielkopolsce działają kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego. Powodują ogromne szkody w lokalnym ekosystemie, nieodwracalną degradację tego terenu. Działalność odkrywek przede wszystkim osusza okolicę w promieniu wielu kilometrów wokół miejsca wydobywania węgla. Dotyczy to całego Pojezierza Gnieźnieńskiego. Zespół naturalnych jezior polodowcowych po prostu znika.

Tak samo dzieje się z polami uprawnymi – plony są mniejsze, gdy w pobliżu działa kopalnia. W sąsiedztwie odkrywki Tomisławice i Drzewce powysychały lasy łęgowe. Codzienność mieszkańców też jest trudna, kopalnia wysiedla całe miejscowości – znikają wsie i więzy społeczne. Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy na Obóz dla Klimatu i zobaczyłam stojące pośrodku pola pomosty zbudowane na wysuszonych obecnie jeziorach – wrażenie było uderzające.

Zaczęłam regularnie dokumentować zmiany, które powoduje odkrywka. Wtedy właśnie – na hałdach suchej, jałowej ziemi – zauważyłam krzewy rokitnika. Dowiedziałam się, że to jedna z nielicznych roślin mogących żyć na takim terenie, dlatego jest nasadzana i rozpoczyna proces rekultywacji.

 

To postapokaliptyczna pozostałość po wyzysku ekosystemu, który miał tu miejsce. Poruszyło mnie to. Pomyślałam, że w tym przekształconym krajobrazie to być może jedyna rzecz, która ma w sobie również jakiś pozytywny element.

Postanowiłam użyć tej dwuznaczności – rośliny występującej tu w konsekwencji degradacji, jednocześnie bogatej w witaminy, nadającej się do przetworów. Skoro nic lepszego nam nie zostało, napijmy się chociaż zdrowego soku prosto z hałdy.

 

Rokitnika jest tu tyle, że dałoby się produkować z niego soki na przemysłową skalę?

 

Rokitnik, fot. Mariusz Forecki

Przemysłowa skala to określenie, które jest tu raczej zagrożeniem niż pożądanym rezultatem. Przemysł węglowy doprowadził te tereny do stanu nieodwracalnych zmian.

Dla mnie najciekawszym aspektem rokitnika jest właśnie to, że to krzew, który trudno byłoby wykorzystywać w skali przemysłowej. Zbieranie go jest pracochłonne, wymaga uwagi. To taki powrót do małego domowego przetwórstwa w kontrze do hegemonii kopalni. Partyzancki gest wykradzenia rokitnika z terenów odkrywki i oddania go ludziom.

Z rokitnika można zrobić naprawdę sporo – przetwory, olej, kosmetyki. Pomyślałam o nim w charakterze lokalnego produktu, alternatywnego wobec węgla – symbolu regionu. Rzuciłam więc hasło „zagłębie rokitnikowe” zamiast „zagłębie węglowe”.

 

Nie o to chodzi, by zastąpić rokitnikiem przemysł – to niemożliwe – ale rokitnik może być świetnym medium służącym komunikowaniu o potrzebie transformacji.

 

W swojej wcześniejszej praktyce artystycznej zdarzało ci się konstruować takie postapokaliptyczne krajobrazy jak billboard w Warszawie, na którym gmach Ministerstwa Środowiska zarasta puszcza. Wyobrażona zemsta drzew na Janie Szyszko. Pod Koninem pracujesz inaczej, komentując charakter konkretnego miejsca z jego złożoną charakterystyką.

Diana Lelonek, fot. Mariusz Forecki

Pierwszy raz, tak naprawdę, zajęłam się realnym krajobrazem antropogenicznym w „Center for the Living Things”tyle że tamta praca, realizowana w skali pojedynczych przedmiotów, stanowiła komentarz bardzo szerokiego zjawiska. Dotyczyła nadprodukcji odpadów, co jest problemem globalnym. Przedstawiłam go za pomocą pojedynczych śmiecioroślinnych obiektów, jakie wyciągnęłam z nielegalnych wysypisk. Uzupełniam cały projekt o zdjęcia dokumentacyjne ilustrujące, skąd poszczególne śmieciorośliny się wzięły. Umieszczam też te informacje i udostępniam na Google Street View, budując wirtualne spacery po terenie każdego z nielegalnych wysypisk.

 

Wszystko to wynika z założenia, by prezentować naturę w takiej formie, w jakiej ona faktycznie funkcjonuje. Zwykle mamy do czynienia z klasyczną wizją przyrody, ładne krajobrazy, turystyczne migawki. Moje podejście to nieco urealnia.

 

Śmieciorośliny przeniosłaś do laboratorium, które zbudowałaś w poznańskim ogrodzie botanicznym. Tam je hodujesz, nadajesz im właściwe nazwy gatunkowe i stamtąd transportujesz do galerii.

Center for the Living Things, fot. Diana Lelonek

Laboratorium to po prostu resztki opuszczonej szklarni, zardzewiałej i do niczego nieprzydatnej naukowcom botanikom pracującym w ogrodzie. A dla mnie to idealna siedziba instytutu Center for the Living Things. Zarośnięta w nieplanowany sposób szklarnia z roślinami, które same się tam pojawiły, bo naukowcy już od dawna tego miejsca nie używali.

Ogród botaniczny w Poznaniu jest pod tym względem bardzo ciekawy. Jest tam część publiczna, zadbana i zaprojektowana, część badawcza – dostępna dla pracowników i trzecia część, rodzaj antyogrodu z opuszczonymi budynkami gospodarczymi, teren przechwycony z powrotem przez rośliny. To rzeczywistość, która mnie najbardziej interesuje.

 

Naturalne otoczenie dla śmiecioroślin. Tam czują się najlepiej?

Pewnie najlepiej czuły się na wysypiskach, z których je zabrałam. Ale w szklarni nadal zmieniają się i rosną. Poszczególne śmieciowe obiekty jednego roku porośnięte są innymi gatunkami niż rok wcześniej. To ciągły proces. Niektóre z nich fotografuję co jakiś czas, dokumentując te zmiany. Zdarza się też, że śmieciorośliny wyjeżdżają stamtąd na wystawy czasowe. I na te okazje mają skonstruowane specjalne gabloty z systemem nawadniania.

 

Ta zabawa z naukową metodą i rzetelnością hodowli jest niesamowicie przekonująca. Zbierasz swoje śmieciorośliny i robisz z nimi coś, co wygląda jak badania…

Częściowo są to badania. Gatunki są sprawdzane – rzetelnie, pod mikroskopem – z pomocą naukowczyni z wydziału biologii. Metody badawcze traktowane są dosyć swobodnie, Center for the Living Things jest w swoich poszukiwaniach innowacyjne i nie trzyma się procedur.

 

Pokazujesz w ten sposób świat od strony roślin, nie ludzi?

 

Pokazuję, że klasyczne myślenie o naturze jest już zdezaktualizowane właśnie przez fuzje między użytkowym przedmiotem ludzkim a roślinami czy zwierzętami adaptującymi ludzkie wyroby do swoich potrzeb.

Jedna ze śmiecioroślin. Projekt Diany Lelonek, „Center for the Living Things”.

To ciekawe, że klasyczna klasyfikacja gatunków przestaje pasować do tych sytuacji. Jeżeli jakiś mech jest określony w klasycznym ujęciu jako występujący na skałach, a ja go znajduję na styropianie, to utrzymanie klasycznej definicji tego mchu wymagałoby, by uznać styropian za jakiś rodzaj kamienia. A może trzeba by poszerzyć klasyfikację mchów o cały szereg skałopodobnych podłoży?

Dlatego zaczęłam wymyślać nowe nazwy dla tych szczególnych zależności, które zaczerpnięte są z obserwacji rodzaju otoczenia, w jakim dana forma przyrodnicza występuje. Czasami używam do tego brandów, jak Adidas, gdy znajdę zarośnięte markowe śmieci. Podkreślam w ten sposób jedność obiegu materii w ekosystemie i kapitalizmie, bo są ze sobą ściśle związane właśnie przez liczbę odpadów.

Śmieci wywołują rezultaty, których nie mogliśmy wcześniej przewidzieć, takie jak plastikowy plankton, śmieciowe wyspy czy właśnie wyszukiwane przeze mnie śmieciorośliny.

 

Opis tego, jak układy przyrodnicze wyglądają z punktów widzenia innych niż ludzkie – to twoje zadanie?

Kiedyś miałam takie ambicje. Coś z tego podejścia mi pewnie zostało, bo bez podobnych podstaw nigdy bym nie zwróciła uwagi na moje śmieciorośliny. Ale nie jest tak, że chcę wejść w rolę roślin, myśleć jak one. Chodzi raczej o próbę poszerzonej empatii albo uważności na działanie innych gatunków, o zaobserwowanie ich.

Jeżeli w lesie znajdzie się plastikowa butelka, to szereg organizmów będzie próbował znaleźć dla niej jakieś zastosowanie. Śmieciowe rośliny to coś takiego, na co za mało zwracamy uwagę, a jeżeli spojrzeć na powierzchnię ziemi, tereny nietknięte, nieprzekształcone przez działalność ludzką – to są to jakieś nieliczne przypadki znajdujące się pod prawną ochroną. Cała reszta planety jest antropogeniczna.

 

Takie wyobrażenie raju nietkniętego ręką człowieka to fikcja?

Oczywiście, dlatego podważam takie narracje. Zupełnie jak w ogrodzie botanicznym, gdzie pokazuje się gatunki różnych stref geograficznych, ale nie ma działu roślin ruderalnych albo działu postnaturalnego, z odtworzoną hałdą poprzemysłową i prezentacją gatunków, jakie na niej rosną. Moim zdaniem to jest właśnie natura, która nas otacza. Trzeba to wziąć na klatę. Do tego doprowadziliśmy.

Chyba dlatego zwracam uwagę na śmieciorośliny – brakuje mi realnego oglądu natury, zrelacjonowania tego, jaka ona faktycznie jest. Chodzi mi też o wyobrażenie sobie możliwych scenariuszy tego, co będzie dalej. Zrozumienie, że natura nie działa osobno, taka zmiana w naszej świadomości bardzo wiele by wniosła.

 

Nie chodzi ci o rozsadzanie koncepcji, w których funkcjonujemy, dla samego tylko ćwiczenia semantycznego. „Zoe-terapię”, twoją pracę prezentowaną w Zamku Ujazdowskim, dałoby się tak zinterpretować, gdyby funkcjonowała poza całą resztą twoich działań. Mogłaby być odczytana jako koncept, w ramach którego pleśnie i grzyby zżerają zdobycze filozofii europejskiej, przejmując pałeczkę.

Jedna ze śmiecioroślin. Projekt Diany Lelonek, „Center for the Living Things”.

„Zoe-terapia” jest elementem pewnego procesu, w którym jedno wynika z drugiego. Była ważnym momentem, kiedy z czysto fotograficznej działalności przeszłam w pracę z obiektami i zaczęłam eksperymentować jak w laboratorium. To był stopień do stworzenia Center For Living Things i do późniejszych projektów.

W przypadku rokitnika jeszcze głębiej działam w zewnętrznym świecie, na tkance realnego problemu zakotwiczonego lokalnie. To już nie jest próba dekonstruowania terminu „antropocentryzm”. W „Zoe-terapii” było to działanie w przestrzeni teoretycznej refleksji, a tu mamy konkretny problem.

Coraz bardziej zaczynają mnie kręcić: wychodzenie z galerii i takie projekty, które są niemożliwe do określenia – czy są sztuką, czy może są całkowicie czymś innym? – jak działalność badawczo-edukacyjna w ogrodzie botanicznym, zorganizowana wokół Center For Living Things.

 

W ten sposób wracamy do Konina. Analizując twoje dotychczasowe projekty, soki z hałd kopalnianych wydają się najbardziej postapokaliptycznym z nich. Nikogo już nie przekonujesz, jak w przypadku „Center for the Living Things”, że żyjemy w świecie naznaczonym katastrofami ekologicznymi. Teraz, funkcjonując w nim na co dzień i godząc się z tym faktem, możemy podejmować lepsze lub gorsze decyzje. Śmieciorośliny były potrzebne, by pokazać, że nie ma już romantycznej przyrody. Rokitnikowe soki to już kolejny krok.

Diana Lelonek, fot. Mariusz Forecki

Rokitnik jest konsekwencją zmian przemysłowych i przekształcenia tego terenu. Tu nie ma mowy o żadnym „powrocie do natury”.

Bazujemy na tym, co zostało po przemyśle, a są to właśnie wzgórza rokitnikowe zajmujące miejsce wcześniejszych równin i pól uprawnych, jezior i wsi. To teren nieustannie przekształcany od dziesięcioleci. To nasz punkt wyjścia.

Nie oszukujemy się, że jest inaczej, rozglądamy się dookoła i przyjmujemy do wiadomości, że wszystko jest tu pochodzenia antropogenicznego. Region stoi też przed wyzwaniem wymyślenia swojej przyszłości, po odejściu od węgla. Mówiąc o zmianach lokalnych pod Koninem, komentuję element globalnych wyzwań, przed którymi stoi w tym momencie świat.

 

Jakie jest twoje zadanie, jako artystki wizualnej, w kontekście terenów pokopalnianych?

Zauważam pewne detale w mikroskali. Podkreślam jeden warty wyróżnienia element krajobrazu. Poprzez niego mówię o lokalnych problemach. Sieję rokitnikowy ferment i daję początek dyskusji. 

 

W ten sposób zataczasz koło, wracając do świata sztuki. W oparciu o rokitnik proponujesz nową ikonografię poodkrywkowych terenów?

Jedna ze śmiecioroślin. Projekt Diany Lelonek, „Center for the Living Things”.

Ikonografia to duże słowo, mnie interesuje aspekt praktyczny. Ciekawa jest też dla mnie wizualna strona tych soków, które powstały przed COP24.

 

„Rokitnikowa hałda” czerpie z konceptu i estetyki ekobrandów, ale jej logo, etykiety, cała identyfikacja wizualna zbudowana została na zgrzycie. Ekowłaściwości są złamane tym, że wszystko pochodzi z terenów kopalni.

„Rokitnik z hałdy” już nie brzmi tak dobrze, „naturalny sok z hałdy” nie wydaje się zdrowy. W kontekście identyfikacji tego brandu pojawia się też fotografia – dokumentuję tutejszy krajobraz i jego zmiany, używam tych zdjęć w charakterze elementów etykiet. Są czarno-białe i dosyć ponure, dodatkowo pojawiają się opisy konkretnych skutków działalności odkrywek.

Tu pojawia się też pewne ryzyko – coraz częściej modny ekotrend wykorzystują nie tylko małe spółdzielnie, ale też duże korporacje. Kapitalizm nawet z katastrofy jest w stanie zrobić modny produkt.

DIANA LELONEK – (ur. 1988 roku) artystka, doktorantka Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Główne pola jej zainteresowań to fotografia i instalacje intermedialne związane z bioartem oraz akcje w przestrzeni publicznej, za pomocą których analizuje relacje między ludźmi i innymi gatunkami. Zrealizowała indywidualne wystawy m.in. w CSW Zamku Ujazdowskim, w MOCAK-u w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie, na Fotofestiwalu w Łodzi, w Rodriguez Gallery. Nominowana do prestiżowych nagród artystycznych w Polsce, laureatka Paszportu „Polityki” 2018 w kategorii sztuk wizualnych.

 

ZOBACZ TAKŻE: Diana Lelonek – zdjęcia z projektów

CZYTAJ TAKŻE: Dzielimy się tym, co wiemy. Rozmowa z członkami kolektywu Ostrøv

CZYTAJ TAKŻE: Mayumi Suzuki: Potrzeba rekonstrukcji