fot. Maria Krześlak-Kandziora

Zawężone pole obserwacji

W lutym przeprowadziliśmy się i wywiesiliśmy karmnik. Pierwsze pojawiły się sikory – bogatki i modre. Ruchliwe, szybkie, wyciągały słonecznik i przytrzymując w pazurkach, sprawnie rozłupywały osłonkę, przycupnąwszy na brzegu doniczki. Wróble przyleciały jakiś czas później, może tydzień, może nawet więcej? Zbierały to, co spadło sikorom i rozsypane w doniczkach ziarna. W końcu zainteresowało je, skąd sikory biorą słonecznik.

Lockdown

Tymczasem w świecie ludzi ogłoszono kwarantannę i zamknięto nas w domach. Zamknięte lasy, parki, stan epidemii i strach. Zamiast włóczyć się po bezdrożach położyłam lornetkę na parapecie i zaczęłam tęskne obserwacje dostępnych skrawków nieba, zielonych skwerów.

 

To wtedy okazało się, że poznański Łazarz może być całkiem znośny.

Balkon zapełniony roślinami, jednym drzewem, „motylim krzewem” budlei, skrzynką z posadzonymi ziemniakami, stał się ptasim ogródkiem. Nie ma tam miejsca nawet na krzesełko dla człowieka. Wiszą doniczki z lawendą i goździkiem, wypuszcza zielone forpoczty dzika mięta przyniesiona z kompostową ziemią. Wróble szybko opanowują przestrzeń. Lewy róg balkonu codziennie służy im za ambonę, gdzie przesiadują, pokrzykując w sobie wiadomym celu.

Bliżej

Skupiam całą uwagę na tym jedynym łatwo dostępnym skrawku przyrody. Podlewam jałowiec i zauważam, że chwilę później wróble spijają krople wody z krzaka. Pojawiają się gołębie. Zjadają to, co wróble wyrzucają z karmnika.

 

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

Na gołębie zawsze patrzy się trochę krzywo, a przecież to one były tu pierwsze, urządziły się w miastach, bo gdzieś musiały. Pewnego dnia spadł deszcz, woda zebrała się w zagłębieniu pojemnika na kompost. Przyłapuję gołębia, który z wyciągniętą szyją pije długo wodę. To mnie rozczula, kałuże szybko wysychają, gołębiowi chce się pić.

Umieszczam w donicy budlei kamienną miseczkę wielkości dwóch złączonych dłoni. Wróble piją i kąpią się, czasem nawet w duecie. Potem wskakują na gałązki krzewu i zawzięcie czyszczą pióra. Ewidentnie rytuał – drapanie z prawej strony łebka, drapanie z lewej, pod jednym skrzydłem, pod drugim, energiczne ruchy dzioba i nóżek wyglądają jak taniec dziwacznego czupiradła. To ciekawe, że wróble piją małymi łyczkami – nabierają wody i unoszą łebki jakby przepłukiwały gardła. Gołąb przysysa się do źródła i po prostu przełyka.

Zmiany

Tymczasem zniknęły sikory, buszują w drzewach po drugiej stronie ulicy.

 

Wróble i jeden przygodny mazurek opanowały karmnik. Po początkowych problemach wiedzą już, jak na niego usiąść i wydobyć to, co najbardziej smakuje. Łuskają słonecznik inaczej niż sikory, cierpliwie obracając go w dziobku, aż odpadnie niejadalna łuska.

Sikory modre oddały się ważniejszym sprawom, ale nadal wpadają z interesami. Z energią małych barbarzyńców szarpią suchą lawendę, szałwię i zabierają w sobie wiadomym kierunku całe „nadziobia” pachnącego dobra. W maju dołożą do tego wybujałą miętę pieprzową. To muszą być pachnące domy, te sikorze. Bogatki w ogóle już nie zaglądają.

 

Za to przylatuje kawka szarpać sznurek od prania, zajrzały szpaki, ale to jednak nie dla nich, za mało trawnika, za mało dżdżownic. W deszczowy dzień coś „churkotnęło” i na balustradzie ciężko usiadł zmoknięty grzywacz. Ale nie radzi sobie, balkon jest dla niego za ciasny; gdy po sąsiedzku gniazdo zbudują sroki, przeniesie się w spokojniejszy rejon.

Nie tylko jedzenie

W kwietniu i maju nadal napełniam karmnik zbożem. Wróble podfruwają przez cały dzień, tuż przed zmierzchem pojawiają się większym stadem. Ale żerują mniej, spokojniej, rzadziej. W apogeum sezonu rozrodczego balkon jest areną niezliczonych wróblich walk, toków (podskakiwanie z zadartym ogonem i zwieszonymi skrzydłami, jakby w bojowym przyczajeniu) i seksu.

 

Mniej jedzą, więcej piją, gdy słońce przypieka, zawzięcie się kąpią.

Siadają na bambusowych raszkach, na których opiera się winorośl i usiłują ukraść konopny sznurek do podtrzymywania rośliny. Kapituluję, odcinam fragment, tnę na małe kawałki, żeby ptaki się w nie nie zaplątały. Na drugi dzień po sznurku nie ma śladu.

 

Tajemnice wróbli

„Co robią ptaki przez cały dzień?” – zapytał mnie ktoś na jednym ze spacerów ornitologicznych. To jest ciekawe pytanie. Myślę, że jedzą, prowadzą życie społeczne i rodzinne, obserwują. Zauważyłam też, że wróble urządzają sobie coś na kształt drzemki.

 

Sikory to żywe srebro. Nie dziwię się, że jedzą tyle, ile ważą – mam wrażenie, że są w nieustannym ruchu.

Wróble potrafią przysiąść w zaciszu doniczki, jakby w grajdołku i zwolnić. Patrzę, jak w takim momencie wolniej ruszają łebkiem, nie rozglądają się tak intensywnie, nie wydają żadnego odgłosu. Po prostu siedzą, popatrują, jakby chwilę musiały odsapnąć. Uwielbiam wtedy na nie patrzeć. Nie wiem, co robią, ale myślę sobie, że może rzeczywiście łapią oddech, bo ich życie jest niesamowicie intensywne.

Powrót

Ósmego maja przyleciały jerzyki. Akurat uchyliłam drzwi balkonu, żeby ptakom dolać wody i podlać rośliny. Do mieszkania wpadł ostry wizg.

 

fot. Maria Krześlak-Kandziora

fot. Maria Krześlak-Kandziora

A ja znów tak bardzo się wzruszyłam. Znowu im się udało, przyleciały z południowej Afryki, żeby tu, na Łazarzu, Jeżycach, w Poznaniu wychować dzieci. Niech im się powiedzie.

Ptasiarze znowu mogą pojechać do lasu. Pakując lornetkę do plecaka, myślę, że czas epidemii, zamknięcia nie jest stracony. Jeszcze nigdy nie żyłam tak blisko wróbla. Już dawno nie widziałam wiosny dzień po dniu zmieniającej świat za oknem.