fot. Materiały prasowe

Zaznajamiając się z Poznaniem

O wspólnej historii jeziora Rusałka i cmentarza na Miłostowie, stadionie im. Edmunda Szyca i gwarze poznańskiej - z profesorem Rafałem Rosołem rozmawia Karolina Król.

Karolina Król: Tuż przed początkiem pandemicznych obostrzeń odbyło się seminarium „Rusałka: odwracanie jeziora”, na którym prezentował Pan referat pt. „Rusałka i Miłostowo. Wspólne konteksty”. Jednym z postulatów tego spotkania miało być przywracanie pamięci o żydowskim dziedzictwie i historii Poznania.

Rafał Rosół: Seminarium, które odbyło się w Baraku Kultury, było związane z nowymi odkryciami macew w jeziorze Rusałka. Chcieliśmy o tym porozmawiać. Każda z zaproszonych osób przygotowywała mini referat. Bardzo ciekawe było dla mnie między innymi wystąpienie Anny Ziółkowskiej, dyrektorki muzeum w Żabikowie, która mówiła o obozach pracy przymusowej dla Żydów w Poznaniu.

 

Rzeczywiście zależało nam na przywróceniu pamięci. Krótko potem powstała tablica upamiętniająca Żydów przymusowo pracujących przy budowie Rusałki. Oprócz opisu znajduje się na niej bodaj jedyne zachowane zdjęcie, które pokazuje tych ludzi. 

Podczas seminarium mówiłem o Miłostowie, niemal całkowicie nieznanym i zapomnianym. Wiadomo, że na Miłostowie są macewy − doliczyłem się ich około dwustu. Mowa oczywiście o macewach zachowanych w gorszym stanie, ponieważ inne już w czasie wojny zostały wykorzystane do rozmaitych celów. Jest tam też kilka powojennych grobów żydowskich.

 

Jednak to, co całkowicie umyka uwadze, to masowe groby, w których zostali pochowani ludzie z Poznania i okolic.

Kontaktowałem się z zarządcą cmentarza i okazuje się, że około połowa z osób, które są tam pochowane – a jest ich ponad tysiąc – jest znana z imienia i nazwiska. Chcę dotrzeć do materiałów archiwalnych i spróbować przywrócić pamięć o tych ludziach.

Coraz częściej zaczynamy zauważać rzeczy, które nie do końca są w porządku. Nie udało się nic zrobić z poznańską synagogą przy Wronieckiej, choć symptomatyczne było na przykład zamknięcie znajdującej się w niej pływalni, co w dużej mierze było związane z Euro 2012, tzn. z zadbaniem o to, aby za sprawą tej dużej imprezy wizerunek poznania nie ucierpiał. Myślę, że to bardzo dobra strona piłki nożnej.

 

KK: Skoro już jesteśmy przy tym sporcie – wydaje Pan wkrótce książkę „Chorągiewki z tałesu. Piłka nożna, antysemityzm i Zagłada” , w której mowa będzie również o stadionie im. Edmunda Szyca.

RR: Niedawno w książce Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak dotyczącej poznańskiej Wildy znalazłem informację o chłopcu, który w czasie wojny, mając dziesięć lat, został zmuszony do patrzenia na egzekucję odbywającą się na tym stadionie. W swojej książce napisałem o tym obiekcie sportowym jeden rozdział.

 

Z archiwum prywatnego profesora Rafała Rosoła

Z archiwum prywatnego profesora Rafała Rosoła

Moim punktem wyjścia i istotnym elementem narracji jest „Stadion”, film dokumentalny, który można obejrzeć w serwisie YouTube, oparty na opowiadaniu „Droga na stadion” Wojciecha Sławińskiego.

To historia wojenna przeniesiona obrazem do dzisiejszego Poznania. Głównym bohaterem jest Abram, fikcyjna postać. Poprzez jego los poznajemy losy stadionu. Abram mieszkał na Wildzie. Widział, gdy stadion był budowany, a później otwarty w 1929 roku. Marzył, żeby zagrać tam w Warcie Poznań, która wtedy była jednym z czołowych polskich klubów piłkarskich. Później chłopak wyjechał z miasta i trafił do jednego z gett, z którego następnie został przywieziony do Poznania. Pracował tutaj jako więzień przymusowy, osadzony na stadionie, na którym pragnął grać.

Zainteresował mnie nie tylko poznański stadion, ale i stadiony w innych miastach. Dotarłem później do przerażających informacji dotyczących tego, co się działo w Chile w czasach dyktatury Pinocheta. Oczywiście już wcześniej o tym słyszałem, ale moja wiedza była bardzo powierzchowna. Stadiony w Santiago były wykorzystywane jako obozy koncentracyjne.

 

Stadion im. Edmunda Szyca, pierwotnie zwany Stadionem Miejskim, jest miejscem bardzo pechowym.

Najpierw samo rozpoczęcie budowy długo się przeciągało. W końcu udało się to w 1929 roku podczas Powszechnej Wystawy Krajowej. Podobno już podczas uroczystości otwarcia jedna z trybun nie była całkiem bezpieczna. Nie można było stadionu użytkować, później dokonano niezbyt gruntownej naprawy. W latach 30. wprawdzie odbywały się na nim mecze (także międzynarodowe), ale tuż przed wojną postanowiono, że powinien zostać rozebrany. Rozpoczęte prace przerwała wojna. Naziści założyli tu obóz pracy przymusowej. Od lat 90. stadion wręcz straszy, ponieważ jest okropnie zaniedbany. Bardzo często zarasta, choć czasem kosi się tu trawę.

 

Stadion E. Szyca dawniej, fot. z archiwum Rafała Rosoła

Stadion E. Szyca dawniej, fot. z archiwum Rafała Rosoła

Były jednak tutaj i dobre chwile. W 1972 roku Lech Poznań wygrał mecz z Zawiszą Bydgoszcz przy obecności 60 tysięcy ludzi i Lech wówczas po raz pierwszy wszedł do ekstraklasy (wtedy to była I liga).

 Mimo wszystko jednak, to bardzo pechowe miejsce. Dotarłem kiedyś do Księgi przysłów polskich Samuela Adalberga z końca XIX wieku. Jedno z nich mnie bardzo zdziwiło, ponieważ nie sądziłem, że takie przysłowie w ogóle istnieje:

 

„Najpoczciwszy Żyd szubienicy wart”.

 

To szokujące. Inne przysłowie natomiast bardzo moim zdaniem pasuje do sytuacji związanej ze stadionem – to przysłowie mówiące o miejscu, w którym nic się nie układa, bo jest pechowe. Brzmi tak:

 

„Musiano tu Żyda zabić”.

 

Za każdym razem, gdy przejeżdżam przez Wildę obok tego stadionu, mam w głowie właśnie to przysłowie.

Na samym stadionie w czasie wojny zginęło około 300 ludzi, w tym duża część w czasie egzekucji. Szacuje się, że takich egzekucji wykonano około stu. Wspomniana przeze mnie relacja o „”wycieczce szkolnej” wskazuje na to, że ludzie mogli przyjść i oglądać te makabryczne wydarzenia, jednak nie znalazłem więcej materiałów na ten temat.

Zdaje się, że Bianka Rolando mogłaby o tym powiedzieć coś więcej, o czym świadczy jeden z jej wierszy poświęconych temu stadionowi wraz z wiele mówiącym przypisem

 

KK: A skąd u Pana zainteresowanie Poznaniem? Wcześniej mieszkał Pan i pracował w innych miastach, a jednak to właśnie Poznań stał się elementem zainteresowania – myślę między innymi o spacerach śladami inskrypcji łacińskich. czy książce dla dzieci wyjaśniającej słowa gwarowe.

fot. Materiały promocyjne

fot. Materiały promocyjne

RR: Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od chęci poznania miasta. Najpierw chodziłem na rozmaite spacery organizowane np. przez przewodników miejskich PTTK, starając się obejrzeć miasto z różnych stron. Później zapisałem się na kurs dla przewodników PTTK, który trwał prawie dziewięć miesięcy, dzięki czemu dowiedziałem się o Poznaniu jeszcze więcej.

 

Zacząłem zajmować się na przykład inskrypcjami łacińskimi w Farze, które – jak się okazało – są opisane jedynie w niewielkiej części.

Niektóre z nich zawierają błędy, co wynika często z niezbyt dokładnego odrestaurowywania napisów (zwłaszcza tych malowanych). Część moich prac zatrzymała pandemia ze względu na utrudniony dostęp do archiwów.

Później zacząłem się zajmować recepcją antyku w Poznaniu, przede wszystkim kwestią rzeźb przy Teatrze Wielkim. Planuję wydać o tym książkę, a na razie złożyłem do druku dwa artykuły na ten temat. Aby dokładniej zbadać okoliczności powstania rzeźb i zapoznać się bliżej z ich twórcami, musiałbym udać się do bibliotek zagranicznych, najlepiej w Berlinie, a obecnie nie jest to takie proste. W czasie pandemii do niektórych miejsc dostęp mają tylko studenci i pracownicy naukowi danego uniwersytetu.

 

KK: A co z gwarą?

RR: To była dla mnie część zaznajamiania się z Poznaniem. Chciałem lepiej zrozumieć to miasto. Interesowało mnie na przykład, w jaki sposób mówiło się tutaj przed wojną. Jestem językoznawcą, więc język jest dla mnie bardzo ważnym źródłem poznawania. Wertowałem słownik gwary poznańskiej, w którym znajdowały się także przykłady użycia poszczególnych wyrazów. Gdy poznałem już całkiem sporo słów, chciałem rozpropagować wiedzę o tych, których młodzi poznaniacy już nie znają.

 

W tym mieście jest także bardzo dużo osób przyjezdnych, zupełnie nieznających tutejszej gwary.

Długo myślałem nad formą. Wiedziałem, że chciałem napisać coś dla dzieci, ale dopiero po upływie mniej więcej połowy roku zdecydowałem się na bardzo prostą formę – czterowersy, które mają tłumaczyć dane słowo, a nie być w gwarze poznańskiej. Z rymowankami miałem do czynienia już wcześniej. Zawsze fascynowały mnie rozmaite zabawy literackie. Nawet od tego zacząłem swoją przygodę z publikowaniem tekstów!

 

fot. Materiały promocyjne

fot. Materiały promocyjne

Moje wprawki literackie ukazały się w rubryce „Czytelnicy do piór!” w „Gazecie Wyborczej” dwie dekady temu.

Po jakimś czasie wróciłem do pisania i postanowiłem zebrać wszystko w jedną książkę, sporo również dopisując – i tym sposobem ukazała się ,,Potrawa osłów greckich, czyli literatura nieco na opak”.

Poświęcona gwarze książeczka ,,Heksa na hulajpecie, czyli fraszki z naszego fyrtla” jest w pewnym sensie kontynuacją dawnych literackich zabaw.

Podziel się kulturą!