fot. Marta Konek, na zdj. Anna Jarczyńska-Pełka

Zielarka z Zabrodzia

Rozejrzyj się wokół. Znasz zioła, które rosną wokół twojego domu? Może jakichś jest szczególnie dużo? Pomyśl o tym, bo może rośliny mówią, w czym niedomaga twój organizm i podsuwają odpowiednie lekarstwo.

W końcu jesteśmy częścią tego świata i choć nie rozumiemy, albo nie widzimy tych wzajemnych interakcji, to wzajemnie na siebie wpływamy.

 

Leszek, mąż Anny mówi, że do niego w ten sposób zagadywała jasnota purpurowa, której szczególnie dużo wokół domu zaczęło rosnąć. Miał wtedy kłopoty z nadciśnieniem, więc Anna zaserwowała mu ziołową kurację.

O dziwo pomogło, więc z mniejszym dystansem zaczął się przyglądać ziołowej pasji żony. Dzisiaj sam znosi do ogrodu rośliny do posadzenia i wyszukuje zioła, które mogą się przydać w domowej apteczce albo do kosmetyków wyrabianych przez Annę . 

 

„Kiedyś pytałem – po co ci to zielsko, a dzisiaj sam zbieram.” – śmieje się i pokazuje kępy piołunu posadzone wokół domostwa.

 

„Ziołowa pasja towarzyszy mi od dzieciństwa. Najpierw z mamą mniszek zbierałam.” – mówi Anna Jarczyńska-Pełka.

 

I opowiada dalej, że dowiedziała się od sąsiadów z miejscowości, z której pochodzi, że jej dziadek pszczelarz ludzi we wsi leczył. Może więc gdzieś w genach ma zapisany ten dar do pomagania ludziom?

 

Najpierw jednak musiała pomóc sobie, bo po latach pracy w korporacji, po latach intensywnego eksploatowania organizmu, nagle zaczęła jej się śnić święta Hildegarda. Zaczęła czytać i sprawdzać, kim jest owa święta. Zaczęła rozmyślać, dlaczego nagle w jej życiu się pojawiła i co to może dla niej oznaczać.

 

„Zaczęłam drążyć, czytać o zielarstwie, o zdrowym żywieniu. Zaczęłam zdobytą wiedzę wykorzystywać w praktyce, a bo to dzieci zachorowały, a to ktoś z bliskiego otoczenia.”

 

Tak ją to wciągnęło, że skończyła kurs zawodowy zielarz fitoterapeuta w Instytucie Zielarstwa Polskiego i Terapii Naturalnych. Ukończyła także kursy czytania chorób z twarzy, biorezonansu.

 

„Aż któregoś dnia ciało powiedziało – masz już dość korporacji, nie wstajesz i nie idziesz do pracy.” – mówi.

 

Przez jakiś czas mieszkali na Kujawach, teraz zatrzymali się w Zabrodziu. Czy zostaną tutaj na stałe? Tak do końca chyba jeszcze nie wiedzą. Czytają znaki płynące ze świata i zastanawiają się, czy to jest to miejsce, w którym zapuszczą korzenie.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

Bo Zabrodzie, szanowni państwo, to taki koniec świata. Dzika północ Wielkopolski, sam skraj można powiedzieć. Wcale niełatwo tu dotrzeć, bo zasięg ucieka i nawigacja nie zawsze chce działać. Trochę jak w bajce – za górami, za siedmioma rzekami, w środku ogromnego lasu w małej chatce na kurzej łapce…

No dobrze, z tą chatką to może przesada, ale rzeczywiście dziko tu i pięknie, a droga kończy się nad rzeką, przy spalonym moście, więc dalej niż do brodu się nie pojedzie.

 

„Mieszkamy nad Piławą, więc co rano idę się z rzeką przywitać. A woda jest tu tak czysta, że raków pełno i rybiego drobiazgu.” – mówi Leszek  

 

A ptaki to taki hałas robią wiosną, że ani radio, ani telewizor nie jest potrzebny. Drogą do sklepu jest może ze siedem kilometrów, ale jak się przejdzie kładką na rzece i dalej, ścieżką przez las, to z półtorej kilometra będzie.

 

„Korporacja pozwoliła mi zapracować na tę wolność.” – mówi Anna.

 

Oni tu odpoczywają, nigdzie się nie spieszą, ale widzą, jak sąsiedzi o czwartej trzydzieści wstają, żeby do pracy na siódmą do cywilizowanego świata dojechać. O ile oczywiście przejechać można, bo jak śnieg zasypie, to kilka dni mija, nim drogowcy im drogę przetrą.

Zostać w Zabrodziu…

Anna wymienia te aspekty, które za osiedleniem się na stałe w Zabrodziu przemawiają. Bo tereny tu czyste, nie skażone rolniczą chemią, więc po zioła śmiało sięgać można. Grzybów tu dostatek. Tereny są atrakcyjne dla turystów, bo nie tylko lasy ich przyciągają, ale i rzeki, na których spływy kajakowe są organizowane. 

W tygodniu to takie spokojne, bezludne miejsce. Natomiast w weekendy pojawiają się rowerzyści, kajakarze, grzybiarze, więc raczej nie byłoby problemu z organizacją szkoleń i warsztatów zielarskich, gdyby się na to zdecydowała, ale…

 

„Ja nie jestem jeszcze przywiązana do tego miejsca. Jeszcze ostateczna decyzja nie zapadła, że tu zostaniemy.” – Anna śmieje się, że zielarz jest tam, gdzie są zioła i że może jeszcze tych właściwych dla siebie nie znaleźli.

 

Póki co ogród z zamiłowaniem uprawia, zioła zbiera, kosmetyki z ziół robi, cudne mydełka tworzy, szkolenia o ziołach prowadzi. 

 

„Jeśli ktoś myśli, że z zielarstwa można się utrzymać to nie, tak się nie da. Natomiast zielarstwo zmienia życie.” – Anna opowiada, że wyciszyła się, ma zupełnie inne spojrzenie na człowieczeństwo, na funkcjonowanie ludzkiego organizmu.

 

Nauczyła się dostrzegać, ile trzeba uważności i pieczołowitości, by zebrane zioła przekazały uzdrawiającą energię tym, którzy z nich korzystają. 

 

„Człowiek się zaczyna bardziej duchowy robić. Mówią, że zielarz, to jak czarodziej, jak szaman…”

 

I coś w tym chyba jest, bo przy stosowaniu ziół patrzy się na pacjenta holistycznie. Zielarz nie koncentruje się na jednym, wąskim wycinku, na jednym objawie, ale bada, co się z człowiekiem w jego życiu dzieje, bo wszystkie choroby, wszystkie dolegliwości, zaczynają się od głowy i tego, czym ta głowa jest obciążona.

 

„Uczeni jesteśmy tego, że jak pojawia się choroba, to bierzemy tabletkę i po problemie.” – Anna mówi, że z ziołolecznictwem jest inaczej.

 

Zioła mają bardziej zapobiegać, niż leczyć i na to, żeby zadziałały, potrzeba czasu. Zioła mają rozwiązać problem, a nie zaleczyć objawy. I oczywiście stosować je trzeba mądrze.

 

 

Tu Leszek ze skruchą opowiada, że kiedyś po nalewkę tybetańską sięgnął i wbrew ostrzeżeniom zamiast od jednej kropli zacząć, łyknął więcej, aż go z nóg ścięło. 

„Pomyślałem, że duży chłop jestem, to taka kropelka nie zadziała.” – śmieje się.

 

A Anna podkreśla, że do leczenia ziołami potrzebna jest wiedza o możliwych interakcjach z lekami i innymi preparatami ziołowymi.

 

„Świat pomaga mi w realizacji marzeń.” – mówi też zielarka z Zabrodzia.

 

Kiedyś, gdy pracowała w korporacji, marzyło jej się mieszkanie na wsi, posiadanie własnego ogrodu. Teraz wychodzi za próg domu i już jest w lesie. Do jej ogrodu, w którym oprócz ziół ziemniaki i warzywa uprawia, przychodzą leśne zwierzęta. Lis tu zagląda i borsuk, dzięcioł do elewacji się dobiera, na lipach podczas kwitnienia pszczoły brzęczą.

 

fot. Marta Konek

fot. Marta Konek

 

Najważniejsze jest, by się w tym dążeniu do realizacji marzeń nie zatrzymywać. 

„Musimy chcieć więcej zobaczyć, więcej doświadczyć, żeby się rozwijać.” – podkreśla.

 

A jak żyć, żeby być szczęśliwym? 

 

„Po prostu być szczęśliwym!” – śmieje się.

 

I mówi, że jeśli wiemy, czego tak naprawdę pragniemy, jeśli małymi kroczkami zmierzamy do tego celu, jeśli w danych okolicznościach realizujemy to, co właśnie teraz da się zrealizować, to w końcu dojdziemy do momentu, gdy wszystko będzie tak, jak trzeba.

I to będzie dobre.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
3
Świetne
Świetne
7
Smutne
Smutne
2
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0