fot. M. Zakrzewski

Ambicja. O „Jumpcore” Pawła Sakowicza

Skakać wyżej, tańczyć bardziej, pragnąć mocniej, żyć intensywniej, pracować więcej – choreografia spektaklu „Jumpcore” Pawła Sakowicza, choć pozornie prosta, w pewnym momencie zmienia się w eksperyment oparty na ambicji i pragnieniu.

W idei skoku jest coś bardzo pociągającego – nie chodzi jedynie o oderwanie się od ziemi, raczej o pragnienie, by oderwać się bardziej, by skoczyć jeszcze wyżej, jeszcze mocniej. Marzenie o lataniu miesza się tutaj z ambicją artystycznej doskonałości. Nic więc dziwnego, że taki temat podjął Paweł Sakowicz, artysta, którego poprzednie solo „TOTAL” poświęcone było tanecznej wirtuozerii. W tamtym spektaklu choreograf rozgryzał zagadnienie skoku teoretycznie, w formie performatywnego wykładu; w „Jumpcore” przeprowadza natomiast eksperyment na własnym ciele.

LEGENDARNY SKOK

Prawdziwa historia, legenda ostatniego skoku Freda Herko – tancerza, aktora, choreografa, brylującego wśród nowojorskiej bohemy i współtworzącego legendarny Judson Dance Theater, jest tu jedynie punktem wyjścia. Podobno po kąpieli w domu swojego przyjaciela Herko puścił „Mszę koronacyjną” Mozarta, zaczął tańczyć nago, a potem w kulminacyjnym momencie wyskoczył przez okno.

„Jumpcore” to historia wyjątkowo romantyczna i efektowna, wpisująca się w liczne narracje o tańcu jako sztuce pięknej i wymagającej ofiary. Wystarczy przypomnieć finałowy skok Billy’ego Elliota, który stanowił ukoronowanie jego ciężkiej drogi do spełnienia marzeń czy równie widowiskowy finał „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky’ego, gdy główna bohaterka, na wpół umierająca, osiąga artystyczną doskonałość, pieczętując ją finałowym skokiem.

Przez około 50 minut Sakowicz skacze. Ma na sobie koszulkę, bieliznę, brązowo-złoty szlafrok i buty (kostium: Doom 3k).

„Jumpcore” Pawła Sakowicza, fot. M. Zakrzewski

„Jumpcore” Pawła Sakowicza, fot. M. Zakrzewski

Podskoki są najróżniejsze – od piłkarskiego dryblingu po baletowe grand jeté. Wykonywane w ciszy lub w takt muzyki (Indecorum), która płynnie przechodzi od klasyki po rave. Na początku Sakowicz profilem do widowni wykonuje drobne podskoki, jakby się rozgrzewał. Potem wyskoki są coraz mocniejsze, jego ciało z coraz większą prędkością porusza się po całej przestrzeni.

Co jakiś czas zdarza się moment zatrzymania, ciszy, zwolnienia tempa. Początkowo artysta zdaje się zupełnie ignorować publiczność, świadomie nie patrzy na oglądających – dopiero z czasem kieruje swój wzrok w ich stronę. Sakowicz patrzy prowokująco, tak jakby przewrotnie zapraszał publiczność do oglądania jego popisów.

Bo jest w tym spektaklu coś z popisu, choć jego stawka jest dużo większa. Wiadomo, że Sakowicz umie tańczyć: ma za sobą wieloletnie doświadczenie w tańcu towarzyskim, ukończone studia magisterskie z choreografii, kilka zrealizowanych spektakli na koncie. Nie musi właściwie niczego udowadniać. A jednak, jak sam tytuł wskazuje, „Jumpcore” jest choreografią, która bada ekstremum – przede wszystkim skoku, ale sądzę, że można spojrzeć na to szerzej.

 

GODS AND MONSTERS

„Jumpcore” Pawła Sakowicza, fot. M. Zakrzewski

„Jumpcore” Pawła Sakowicza, fot. M. Zakrzewski

Z każdym kolejnym ruchem tancerz coraz bardziej się męczy. Pojedyncze krople potu zaczynają pokrywać jego ciało, oddech staje się płytszy. Jednocześnie Sakowicz doskonale się kontroluje, każdy ruch wykonywany jest perfekcyjnie, z dużą energią. W dwóch momentach – w środku i pod koniec spektaklu – śpiewa piosenkę Lany Del Rey „Gods and Monsters”. Próbuje śpiewać czysto, ale głos mu się łamie, brakuje powietrza, słychać, jak coraz trudniej jest mu wydobyć dźwięk. W tych krótkich momentach, tak wyraźnie kontrastujących z perfekcją ruchową reszty spektaklu, na wierzch wychodzi zmęczenie i pewien specyficzny rodzaj bezbronności, wrażliwości, który objawia się właśnie w niedoskonałości formy.

 

Melancholijna piosenka o potrzebie sławy, w której powtarzają się słowa Oscara Wilde’a: „life imitates art”, nadaje całości szczególnie intymnego wydźwięku.

 
„Jumpcore” Pawła Sakowicza, fot. M. Zakrzewski

„Jumpcore” Pawła Sakowicza, fot. M. Zakrzewski

Zwłaszcza że ostatnie frazy Sakowicz śpiewa zwrócony tyłem do widzów, podczas rozciągania swojego ciała po efektownych skokach, tych imponujących momentach chwilowej lewitacji. Siedzący na ziemi zlany potem artysta po skończonym występie, w pełni odczuwając materialność swojego ciała, śpiewa: „what I truly want / it’s innocence lost”.

Tematem tej choreografii nie jest jedynie skok, ale także, jak sądzę, właśnie dążenie do zatracenia się w ruchu, do osiągnięcia technicznej doskonałości, a jednocześnie zatarcia granicy między życiem a sztuką. Jednocześnie, co bardzo ważne, artyście udaje się uniknąć nadmiernego patosu i ofiarnictwa. Spektakl ten operuje także dyskretnym poczuciem humoru (za dramaturgię odpowiadał Mateusz Szymanówka).

Skakać wyżej, tańczyć bardziej, pragnąć mocniej, żyć intensywniej, pracować więcej – ta choreografia, pozornie prosta, w pewnym momencie zmienia się w eksperyment oparty na ambicji i pragnieniu.

W przypadku samego Sakowicza ten eksperyment ma określony termin ważności – przyjdzie taki moment, gdy nie będzie mógł skakać, gdy jego ciało przestanie być już tak niebywale sprawne. Ponieważ praca znajduje się w kolekcji Zachęty, partyturę ruchową „Jumpcore” będzie mógł wykonywać później inny, wybrany przez twórcę i galerię artysta.

Możemy zatem, jako widzowie, obserwować artystę, który nieustannie mierzy się z ograniczeniami, który stara się z każdym kolejnym skokiem przesunąć kolejne granice. To, co pozostaje ukryte, to cena, jaką się za to płaci. A jest ona zapewne znacznie większa niż tylko fizyczne zmęczenie.

Nowe Drogi Teatru: „Jumpcore”, Pawilon, Poznań 16.03.19.

Performans „Jumpcore” powstał w 2017 roku i znajduje się w kolekcji Zachęty w ramach programu „Regionalne kolekcje sztuki współczesnej”.

Choreografia i taniec: Paweł Sakowicz
Dramaturgia: Mateusz Szymanówka 
Muzyka: INDECORUM
Kostiumy: DOOM 3K
Światło: Jędrzej Jęcikowski
Produkcja: MAAT FESTIVAL, Scena Tańca Studio, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki.

CZYTAJ TAKŻE: Taniec współczesny: sztuka patrzenia

CZYTAJ TAKŻE: Dawać z siebie wszystko. Rozmowa z Pauliną Jaksim

CZYTAJ TAKŻE: Niezwykły portret Ewy Wycichowskiej