fot. redakcja

Apetyt na pisanie

Literaturą można skutecznie wskazać na ważne rzeczy, które dzieją się wokół nas. Coraz częściej obowiązkiem artystów będzie włączanie się poprzez własną twórczość w debatę publiczną. Kuba Wojtaszczyk rozmawia z młodymi pisarki, które przebojem weszły na literacki rynek. 14 grudnia spotkają się z poznańską publicznością.

KUBA WOJTASZCZYK: Co zmienia się po wydaniu książki?

DOMINIKA SŁOWIK: Przede wszystkim mogłam bez wyrzutów sumienia zacząć pisać drugą powieść.

ALEKSANDRA ZIELIŃSKA: Zmieniło się moje podejście do własnej twórczości, coś sobie udowodniłam – jeśli chcę i ciężko sobie na to zapracuję, to mogę. Wydanie debiutu to również ogromna motywacja do dalszego zajmowania się literaturą. Druga książka wywróciła mi życie nawet bardziej, do odwołania przedłużyłam sobie przerwę na studiach doktoranckich i myślę, jak dalej przeorganizować obowiązki, żeby wygospodarować więcej czasu na pracę.

 

Spełniły się wasze oczekiwania?

DS: Spełniło się znacznie więcej. Dla mnie sam fakt wydania pierwszej powieści w dużym wydawnictwie był już sukcesem.

AZ: Nie miałam zbyt wielu oczekiwań po debiucie, więc wszystko, co mnie spotkało było niespodzianką i przyniosło doświadczenia – zarówno lepsze, jak i gorsze – które doskonale przydają się dalej, ciągle się uczę.

 

Weszłyście przebojami na rynek literacki. Wasze powieści zostały zauważone i docenione. Czy wzmaga to presję sprawdzenia się kolejnym tytułem?

AZ: W moim przypadku presja się pojawiła, bo mówimy o teście drugiej płyty czy drugiej książki, ale myślę, że te presję głównie nałożyłam sobie sama. Bardzo zależy mi na tym, żeby z każdym kolejnym projektem iść do przodu, próbować czegoś nowego i jednocześnie podnosić jakość tego, co piszę. Ale trzeba uważać, bo z jednej strony presja może być motywująca, ale z drugiej może zablokować. David Foster Wallace mówił właśnie o dążeniu do perfekcji, które bywa czasem zabójcze – to, co sobie wymyślimy zawsze będzie odstawać od efektu, jaki osiągamy. Grunt to się nie załamywać.

DS: Nie, nie czuję tej presji, pracując nad nową książką. Zapewne dlatego, że proces twórczy jest bardzo wsobny. Myślę, że stres pojawi się dopiero, kiedy druga powieść ukaże się na rynku.

 

Czy warto wojować literaturą? Poruszać ważne, drażliwe kwestie społeczne? Aleksandro, Twoja pierwsza książka, „Przypadek Alicji”, dotyczyła problemu aborcji…

AZ: Nie wiem, na ile określenie wojowania tutaj pasuje, ale owszem, myślę, że literaturą można skutecznie wskazać na ważne rzeczy, które dzieją się wokół nas. Pozwala spojrzeć trochę na konsekwencje obecnych sytuacji w cieplarnianych, symulowanych warunkach, co jest doskonałą przestrogą, o ile ktoś zechce literatów słuchać. Poza tym w pewnych sytuacjach należy głośno mówić o problemach, niezależnie od wykonywanego zawodu.

 

Z kolei Dominiko, czy twoje lewicowe poglądy, mają wpływ na to, o czym piszesz?

DS: Moja pierwsza powieść nie była powieścią literatury zaangażowanej. Druga książka też nią nie będzie, chociaż pojawia się w niej ważny dla mnie wątek „kobiecy”, emancypacyjny. Ale to istotne pytanie. Nie istnieją pisarze bez poglądów (a jeśli tak twierdzą, to kłamią dla własnej wygody). Sięgając po truizmy: każdy człowiek ma jakiś światopogląd, który wpływa na jego odbiór i interpretację rzeczywistości, a także na przekaz, który sam formułuje. Dlatego literatura oderwana od światopoglądu twórcy to utopia.

 

Myślisz, że artyści mają obowiązek stanąć po jakiejś ze stron?

DS: Uważam, że świat zmierza w takim kierunku, że coraz częściej obowiązkiem artystów będzie włączanie się poprzez własną twórczość w debatę publiczną. I to nie jest w żadnym wypadku kwestia polityki – to kwestia moralności, etyki i po prostu, człowieczeństwa. Przy falach rasizmu, ksenofobii, agresji i szowinizmu zalewających kolejne kraje, musimy pamiętać, że sztuka, także literatura, powinna przypominać nam o najważniejszych wartościach humanizmu i o potrzebie wspólnoty. Dzisiejszy świat jest coraz silniej zdominowany przez dyskurs „wykluczenia”, a literatura jest dla mnie właśnie antytezą wykluczenia.

 

A może warto uciec tak, jak wasze bohaterki? Ucieczki w fantastyczne opowieści, jak w „Atlasie: Doppelganger” Dominiki lub ucieczki totalne z „Bury i szału” Oli. Nie jest nam dobrze w naszych światach?

AZ: W przypadku Bury ucieczka była uzasadniona, bo z jednej strony niosła ze sobą zamknięcie pewnego rozdziału w jej życiu, a z drugiej rozpoczęcie nowego wraz ze zmianą jej samej. Motyw ucieczki nie zawsze musimy traktować pejoratywnie jako objaw tchórzostwa, ale element rozwoju i próby szukania nowych rozwiązań, to często czas na zebranie siły. Zresztą, odejście ze swojego świata daje niesamowitą możliwość spojrzenia z dystansu na otaczającą rzeczywistość i znalezienie rozwiązania, co jest trudne, jeśli tkwimy w czymś po uszy.

DS: Ucieczka nie jest według mnie wartością, ucieczka jest efektem opresji. Pytanie więc nie, czy warto uciekać, ale czy jest przed czym uciekać…?

Moje bohaterki nie uciekają w fantastyczne opowieści. Te porywające je nurty narracji stanowią element przekroczenia, przejścia, przestrzeń transformacji – to poprzez nie Anna przygotowuje się do wyruszenia w swoją własną podróż.

 

Czym jest dla was sentyment? W „Atlasie…” jest on silnie obecny. Z kolei w „Przypadku…” i „Burej…” nie ma go właściwie w ogóle…

DS: Naprawdę widzisz w „Atlasie” sentyment? Dla mnie sentyment implikuje tęsknotę, rezonuje lekkim, niezamierzonym kiczem. Myślę, że w mojej książce nie ma tęsknoty za dekadą lat 90. – nostalgia przełamywana jest w „Atlasie” przez ironię, absurd, groteskę.

AZ: Zaskoczyłeś mnie tym brakiem sentymentu, ha! Trzeba uważać, żeby w pisaniu nie popadać w skrajności i wyważyć ze sobą zarówno rzeczywistość, jak i przeszłość. Nie zgodzę się, że w „Burze i szale” nie ma sentymentu – jest, ale widać go w rozdarciu między dzieciństwem, a koniecznością dojrzewania i wejścia w dorosłość. Może nie przejawia się w postaci gadżetów, kojarzących się z dawnymi czasami, ale w uczuciach bohaterki.

 

Jednak pokazujesz, że Bura jest ograbiona nie tylko z imienia, ale też ze szczęśliwego dzieciństwa, a chyba na tym osadza się sentyment…

AZ: Owszem. Sam motyw braku imienia niesie za sobą kilka znaczeń. To po pierwsze efekt odrzucenia przez najbliższych, których Bura oskarża o odebranie przeszłości, wspomnianego dzieciństwa czy po prostu indywidualności, bo imię jest ważnym, bardzo osobistym narzędziem, które nas definiuje i odróżnia. Po drugie nadany pseudonim zostaje przez bohaterkę wykorzystany jako źródło siły żywiołu, do którego przynależy – mianowicie wiatru. Powieść to próba przedarcia się przez wspomnienia własne i te na siłę wkładane do głowy, po to aby dotrzeć do własnej, intymnej wersji przeszłości.

 

Z kolei bohaterkom z „Atlasu…” bliżej do morskich przygód dziadka, niż do ich życia w okresie transformacji. Obalasz stereotypy lat 90?

DS: Sama idea transformacji jest kluczowa dla munchhausenowskich opowieści dziadka, stanowi dominantę powieści, więc ciężko mi się zgodzić, że bohaterki są od niej odległe.

Kiedy pisałam książkę w Polsce nie zaczął się jeszcze „trend” na lata 90., który widzimy obecnie. Na rynku były „Dziewięćdziesiąte” Shutego, a „Znaki szczególne” Pauliny Wilk pojawiły się, kiedy już kończyłam pisać „Atlas”. Czy obalam stereotypy? Raczej je reinterpretuję, zniekształcam, trochę wyśmiewam. Wydaje mi się to ciekawsze.

 

Porozmawiajmy o waszych planach wydawniczych. Dominiko, niedawno przebywałaś na rezydencji artystycznej. Możesz zdradzić szczegóły?

DS: Tak, mieszkałam przez dwa miesiące w Pradze. Pracowałam tam nad moją drugą książką. Dzięki rezydenturze nareszcie, po tylu latach odkładania „na później”, zaczęłam się uczyć czeskiego. Fascynuje mnie ten język, przede wszystkim iloczas, który dodaje czeskiemu tej jego charakterystycznej śpiewności. W Pradze ciągle myliły mi się dwa czeskie słowa, „tady” i „ted`”, „tu” i „teraz” – i to jest chyba najlepszy opis tego miasta.

 

Aleksandro, na co możemy czekać w nadchodzącym roku?

AZ: Jeśli wszystko potoczy się po mojej myśli, to przyszłej jesieni w księgarniach będzie można wypatrywać mojego zbioru opowiadań. Mam ogromny sentyment do krótkiej formy, od której przecież zaczynałam swoją przygodę z literaturą. Teraz, między kolejnymi powieściami, nadarza się doskonała okazja, żeby wrócić do korzeni.

 

DOMINIKA SŁOWIK – ur. 1988 w Jaworznie, obecnie związania z Krakowem. Autorka powieści „Atlas: Doppelganger” wydanej nakładem Wydawnictwa Znak, za którą otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa i stypendium Praha Unesco. Pracuje nad drugą książką.

ALEKSANDRA ZIELIŃSKA – ur. 1989 w Sandomierzu, obecnie mieszka w Krakowie. Wieczna studentka (od Collegium Medicum UJ, przez Warszawską Szkołę Filmową, po krakowski Wydział Sztuki). Autorka powieści „Przypadek Alicji” (W.A.B., 2014, nominacja do Nagrody Conrada) oraz „Bura i Szał” (W.A.B., 2016). Laureatka stypendium twórczego miasta Krakowa. Publikowała m.in. w miesięczniku Znak i Twórczości. Tłumaczona na czeski, niemiecki i ukraiński.

 

CZYTAJ TAKŻE: W domowych pieleszach praca idzie sprawniej, cz. I

CZYTAJ TAKŻE: Na przekór – o mądrych książkach dla dzieci

CZYTAJ TAKŻE: AKTOR, AKTOR! Debiuty, transfery i występy gościnne

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0