fot. Mariusz Forecki

Bezgraniczne przestrzenie muzyki

Bohaterem drugiej rozmowy w cyklu o kompozycji elektroakustycznej na poznańskiej Akademii Muzycznej jest jeden z pierwszych absolwentów tego kierunku. Robert Gogol opowiada o krętej drodze do muzyki, która przebiegała również koło huty, oraz o tym, co dały mu studia.

PIOTR TKACZ: Na początek proste pytanie: dlaczego zdecydowałeś się na te studia?

ROBERT GOGOL: Odpowiedzią będzie długa, ale może pouczająca historia. Zawsze chciałem tworzyć muzykę, ale coś stanowczo od najmłodszych lat zakazywało mi nauki gry na instrumencie oraz poznania zapisu nutowego. W wieku 12 lat zaliczyłem falstart w Szkole Muzycznej pierwszego stopnia w Głogowie w klasie fagotu. Gdy zobaczyłem w telewizji jakąś bajkę Jana Lenicy z muzyką Eugeniusza Rudnika, mój system operacyjny został zresetowany i trwale uszkodzony. Niezwłocznie porzuciłem gamy i bemole na rzecz eksperymentów z zapisem wielośladowym dźwięku na magnetofonie ZK-140T. Jedyne co mi się wtedy udało osiągnąć, to szybki zakup słuchawek przez rodziców.

Później zaspokajałem rządzę tworzenia dźwięku, słuchając nałogowo zespołu Einstürzende Neubauten, który rodzi tak potężną muzykę hałasów i przestrzeni, jakby powoływał ją za siebie i za mnie. To było na przełomie lat 80. i 90. – bardzo mocno przeżywałem wtedy ich płytę „Halber Mensch”, wraz z filmem nagranym w industrialnych zgliszczach Japonii. Było to najsilniejsze muzyczne doznanie mojego życia i trwało wiele lat.

 

Byłeś wtedy uczniem Technikum Hutniczego przy Hucie Miedzi Głogów?

Tak, włóczyłem się po spalonej ziemi oraz złomowiskach wokół huty. Waliłem stalowym prętem w co popadło i nastawiałem ucha. Wsłuchiwałem się w buzowanie siarkowodoru w piecach obrotowych Wydziału Przygotowania Wsadu. Przypiekałem twarz, nasłuchując wrzenia miedzi w największym piecu zawiesinowym Europy. Przyciskałem głowę do transformatorów wielkości jednorodzinnego domu, w których miliony amperów wyły, elektrolizując miedź w całych basenach turkusowej wody.

Huk, smród, szum, wycie, gwałtowne przemieszczanie ogromnych mas, iskry, krzyki pracujących, a czasami jęki rannych. Taki pejzaż.

Robert Gogol, fot. Mariusz Forecki

Robert Gogol, fot. Mariusz Forecki

Później niechcący i przez przypadek dostałem się na architekturę w Poznaniu, po ukończeniu studiów (z wyróżnieniem honorowym Stowarzyszenia Architektów Polskich za dyplom „Latarnia Morska” [śmiech]) na 15 lat zostałem architektem.

W 2009 poznałem Witolda Oleszaka, który ośmielił mnie do tworzenia muzyki w drodze swobodnej improwizacji – wraz z Witkiem i Robertem Broniarzem założyliśmy zespół RAL7024, no i zaczęliśmy grać.

 

Na czymś specjalnym?

Przez pierwsze dwa lata działalności zarejestrowaliśmy 46 godzinnych sesji muzyki swobodnie improwizowanej. Ja grałem na szeroko pojętej elektronice (syntezatory, samplery, kontrolery i różne wynalazki). Witek na początku grał na systemach syntezy analogowej Doepfera, później na w różnym stopniu zdegradowanych, spreparowanych pianinach i ich rezonansowych płytach (jedno piano nawet zakopaliśmy na rok w ziemi), rozbitym kontrabasie oraz wielu instrumentach własnej konstrukcji (kominofon). Robert na szeroko pojętych instrumentach perkusyjnych oraz na gitarze. Do dzisiaj tych sesji nagraliśmy 69.

Około trzydziestej sesji Witek zaprosił do wspólnego muzykowania skrzypaczkę Annę Zielińską. Anna, widząc, że interesuję się graniem na prądzie, zabrała mnie na Akademię Muzyczną w Poznaniu na koncert z serii „Muzyka z prądem”, gdzie poznałem panią prof. Lidię Zielińską i dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak muzyka elektroakustyczna.

Fot. Mariusz Forecki

Fot. Mariusz Forecki

Kilka lat później wpadłem na Akademię na warsztaty SuperCollidera ze Scottem Wilsonem, tam też poznałem Wojtka Krzyżanowskiego oraz Michała Janochę, jak się miało okazać moich przyszłych kolegów na pierwszym roku kompozycji elektroakustycznej [śmiech].

I właśnie na tych warsztatach prof. Zielińska powiedziała, że akurat otwierają nowy kierunek dla ludzi bez przygotowania muzycznego, ale muzycznie utalentowanych w kierunku komponowania elektroakustycznego. Poszedłem na egzaminy i dostałem się.

 

Czy coś cię na studiach zaskoczyło? Spełniły się twoje oczekiwania?

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że już na pierwszym semestrze pierwszego roku studiów miałem okazję napisać utwór na dziewięciu instrumentalistów i warstwę elektroakustyczną. To był szok.

Ponieważ nie znałem nut, stworzyłem partyturę graficzną. To było niesamowite – jakbyś poszedł na prawo jazdy kategorii B, a tu dają ci do zabawy helikopter, na szczęście z pilotem. A ten pilot to dyrygent.

Przez trzy lata takich zaskoczeń było jeszcze bardzo wiele. Największe i nieustające, to że jest grupa instrumentalistów autentycznie zainteresowanych graniem nowej muzyki i ci ludzie czekają na partytury. Nie jest ich wielu, ale można do nich dotrzeć.

Zaskoczeniem była też dla mnie forma indywidualnej współpracy student – profesor, jeden na jeden. Na pierwszym roku spotykasz swojego nauczyciela i pracujecie razem przez trzy lata, aż do dyplomu – i to jest oś tych studiów. Reszta przedmiotów „faluje” sobie z różnym nasileniem.

Fot. Mariusz Forecki

Fot. Mariusz Forecki

Trzeba by za tę wiedzę słono zapłacić poza Akademią, a są to umiejętności konkretne, profesjonalne – np. kształcenie słuchu, nauka gry na fortepianie, nauka zasad muzyki, akustyki teoretycznej i praktycznej, realizacji i omikrofonowania nagrań, nauka sensorium i technologicznych aspektów realizacji najnowszych, multimedialnych utworów elektroakustycznych, zajęcia z Max/MSP i innego aktualnie używanego software’u w muzyce eksperymentalnej i artystycznej. Do tego cały pakiet specyficznie akademicki, czyli historia muzyki, techniki kompozytorskie, propedeutyka kompozycji, chór ogólnouczelniany, analiza form. A jeśli komuś mało, to jeszcze są fakultety…

Co do spełnienia oczekiwań to trudno mi odpowiedzieć, bo nie miałem specjalnych życzeń. Myślałem tylko, że fajnie byłoby dowiedzieć się, jak są zbudowane większe formy muzyczne – bo jak sam o tym czytałem np. u Zofii Lissy, to nic nie mogłem zrozumieć. Poszedłem tam z otwartym sercem i brałem wszystko, co mogłem dostać – bo w graniu swobodnej improwizacji poczułem, że dotarłem do jakiejś ściany i nie rozwijam się.

 

Czy w takim razie zrezygnowałeś z improwizacji, czy próbujesz ją w jakiś sposób połączyć z kompozycją?

Jak mi powiedział Witek Oleszak: „swobodna improwizacja to porządek wyższego rzędu”. Nie chodzi tu bynajmniej o improwizację w rozumieniu akademickim, czyli zręczne manewrowanie w obrębie tonacji, akordów i modulacji między nimi.

 

Improwizacja swobodna to coś zupełnie innego – pełne otwarcie się, opuszczenie gardy i połączenie z przestrzenią, wyjście poza rozum.

Wtedy dochodzi do synergii pomiędzy muzykami, pozasłowne porozumienie, a napar, który „emitują”, rozbiera słuchaczy na części pierwsze.

Po takim graniu chce się wracać do tej przestrzeni, dzielić się nią z innymi. Na Akademię przyszedłem po ośmiu ostrych latach takiego właśnie grania, nie znając innego sposobu tworzenia muzyki. Poszedłem, bo otworzyła się akurat wtedy, kiedy odczułem potrzebę zbudowania formy dla tego, co gram.

Robert Gogol, fot. Mariusz Forecki

Robert Gogol, fot. Mariusz Forecki

Wracając do pytania: z improwizacji nie da się zrezygnować, bo to jakby zrezygnować z oddychania. Kompozycja jest tylko ubieraniem improwizacji w formę strawną dla reszty ludzkości z racji obowiązującej akurat konwencji dotyczącej tego, co „jest muzyką” a co nią nie jest. I tyle.

Taniec z przestrzenią bywa powszechnie nazywany natchnieniem – kiedy się z tym łączysz, to wtedy tworzysz, czyli improwizujesz. Później za pomocą rozumu przenosisz to ze swojej przestrzeni intymnej w przestrzeń dostępną także innym – to taka jakby transpozycja walorów, przestrojenie tęczujących barw w ołowiane szkiełka witraży. Przeproszenie i zatrzymanie motylka, aby i inni otarli się o piękno jego cudownych skrzydeł.

Często używasz słowa „przestrzeń” - co ono dla ciebie znaczy?

 

Przestrzeń to Bóg. Tak, właśnie ten Bóg pisany wielką literą. Przestrzeń jest piątym i najważniejszym żywiołem natury, ponieważ to w przestrzeni manifestują się pozostałe cztery.

Robert Gogol, fot. Mariusz Forecki

Robert Gogol, fot. Mariusz Forecki

Podobnie jak piątą, najważniejszą stroną świata jest „tutaj”. Ten piąty żywioł i piąta strona właśnie powoli zaczynają zabarwiać naszą zachodnią mentalność. Zresztą współbrzmienie kwinty jest piękne, o wiele ładniejsze i ożywcze od kwarty czy seksty [śmiech]. No i masz improwizację – to cały wszechświat.

 

À propos konwencji i tego, co jest uznawane za muzykę – jak spoglądasz na problem popularyzacji niełatwej sztuki układania dźwięków? Co można zrobić, czy Akademia ma tutaj jakieś możliwości?

W. Adorno napisał kiedyś: „Nowa muzyka jest już góry nastawiona na to, że nie będzie słuchana”. Jak kiedyś chciałem tym zaskoczyć Huberta Wińczyka, to mi odpowiedział: „Mnie się wydaje, że to powiedział człowiek, który sam takiej muzyki nie tworzył”. I tu Hubert ma rację. Mimo że Adorno coś tam komponował.

W tworzeniu muzyki jaką robię, każdy napotyka na dwa momenty: pierwszy to ten, gdy na swoim koncercie za publiczność ma dwie osoby, z których jedną jest on sam – wtedy trzeba sobie odpowiedzieć na kilka fundamentalnych pytań. I jeśli podejmuje się dalszą działalność muzyczną, to raczej jest się już wolnym od rzeczy typu „po co robię coś, czego i tak nikt nie słucha” itp.

Fot. Mariusz Forecki

Fot. Mariusz Forecki

Drugi moment to ten, kiedy spotkasz kogoś, kto opowie ci, co pięknego przeżył pod wpływem twojej muzyki. I że tego dobrego jest w tym, co robisz, tysiąc razy więcej. I jest to sto razy lepsze, niż śmiałeś marzyć.

Oczywiście, wiadomo, że każdy chce, aby to, co robi, trafiało pod strzechy, albo chociaż do Sali Wielkiej w Zamku [śmiech]. Jest też silne przekonanie o tym, że muzyka, którą tworzymy, jest dobra i warta tego, aby była słuchana.

Dlatego warto wejrzeć w siebie, zanim coś się zacznie robić – i robić to, jeśli przeważa w tym parametr zachwytu, radości i prawdy.


Jakimś sposobem przybliżania tej ezoterycznej dziedziny są działania, które podejmujecie w Kołorkingu Muzycznym.

Działamy z Wojtkiem Krzyżanowskim, tworząc festiwal SMS, którego dwie dotychczasowe edycje oraz te, które szykujemy (tak, tak!), mają za zadanie mieszanie krwioobiegu akademickiego z resztą świata. Bo obie strony mogą tu tylko zyskać i zyskują potężnie.

Fot. Mariusz Forecki

Fot. Mariusz Forecki

Przestrzenią ogniskującą między innymi te działania, jest Kołorking Muzyczny w Poznaniu. Jego twórca, Rafał Zapała, jest faktycznym łącznikiem, katalizatorem pomiędzy Akademią a Resztą Świata – i on formalnie doprowadza formułę SMS-a do urzeczywistnienia. Do tego, że ten festiwal rzeczywiście odbywa się w przestrzeni Akademii Muzycznej w Poznaniu, w Sali Błękitnej oraz dosłownie po drugiej stronie ulicy, w Kołorkingu Muzycznym.

Studenci i wykładowcy Akademii Muzycznej mają okazję koncertować ramię w ramię z artystami spoza nurtu akademickiego z Poznania, z Polski oraz zagranicy. Ci pierwsi mogą wyjść ze swoją muzyką „na miasto”, czyli zagrać w Kołorkingu, a ci drudzy zaprezentować swoją muzykę w przestrzeni Akademii Muzycznej.

To niesamowita, choć przecież normalna i oczywista rzecz, która naprawdę się dzieje! Bo żadnej granicy dla muzyki nie ma i być nie może, a wszelkie podziały są sztuczne, naiwne, wtórne i zwyczajnie zbędne. No może jedynie przydają się do poukładania płyt w sklepie na „działy”.

 

ROBERT GOGOL – prowadzi działalność koncertową, kompozytorską oraz edukacyjną. Prócz różnych form kompozycji oraz wykonawstwa muzyki elektroakustycznej gra muzykę swobodnie improwizowaną wraz z zespołami RAL7024 oraz Nova Reperta. Stworzył wiele programów sonicznych, a także unikalnych systemów sprzętowo-programowych.

 

CZYTAJ TAKŻE: Czasem warto się zgubić – to również metafora muzyki. Rozmowa z Jarosławem Kordaczukiem
CZYTAJ TAKŻE: Komunikacja, współpraca, procesualność. Rozmowa z Rafałem Zapałą
CZYTAJ TAKŻE: Poznańska Wiosna: muzyczna pora roku