fot. Mariusz Forecki

Był sobie dwór

Dawno, dawno temu, ukryty w gąszczu wielkich drzew stał sobie dwór. Podjazd wiódł dookoła starego dębu, a dwa ogromne kasztanowce flankowały skromne wejście.

Latem półotwarte drzwi prowadziły w zakurzoną sień rozświetloną słonecznym światłem, które sączyło się przez brudne okna pełne pajęczyn. Wytarte deski podłogi jeszcze skrzypiały pod nogami, a nagrzane powietrze przepełniał ciężki zapach martwego domu.

W pustych wnętrzach walały się tylko śmieci. Na górze obok schodów królował stary, XIX-wieczny, żelazny magiel z wielką korbą i lśniącymi od obracania drewnianymi wałkami. Widać, że wciąż używany przez mieszkańców wsi. Ostatni dowód na istnienie porzuconego dworu.

 

Dalej była tylko pustka. W ciszy dogorywał murowany ozdobny kominek. Wijące się rokokowe, drewniane ornamenty drzwi to jedyna pamiątka dawnej świetności tego miejsca.

Jeszcze w wilgotnej, murowanej piwnicy widniały ślady zapasów sprzed lat. Sterta zgniłych do cna ziemniaków rozlała się po ceglanej posadzce. Po zapomnianych burakach zostały przerażające, krwiste plamy.

Tylko ptaki śpiewały jak zawsze. Na zapuszczonej łące za dworem latały kolorowe motyle i rzępoliły świerszcze. Nikt już nie pamiętał, jak kiedyś o tej porze, w czasie żniw dziedzic siadywał na specjalnie wyniesionym fotelu, na pobliskim pagórku. I z lornetką w rękach obserwował pracujących na polach ludzi. By potem, przy wieczornym rozliczeniu, potrącać z wypłaty tym, co się obijali.

Przyjechałem tu, by uwiecznić ten wspaniały polski dom po raz ostatni – na dużym rysunku formatu 50 × 70 cm, w czerni chińskiego tuszu i bieli papieru. Z jego wysokim, polskim, łamanym dachem, z dwoma narożnymi alkierzami, ze ścianami postawionymi w szachulec. Z wyłażącą spod łuszczącego się wapiennego tynku siecią grubych, modrzewiowych belek. Z polami wypełnionymi gliną, pomieszaną ze słomianą sieczką. Siedziałem, rysując godzin kilka na zwalonym wichurą grubym pniu wiekowej gruszy, obok przewieszających się gałęzi krzewu dzikiej róży.

 

Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że wkrótce dwór obróci się w niebyt. I na długie lata zostanie w Studzieńcu pod Rogoźnem tylko zdziczały park.

W ten oto sposób kończy się ta romantyczna opowieść, bo wkracza w nią polska szkoła konserwacji zabytków.

KLON DWORU W DZIEKANOWICACH

Był rok 1982. W celu wymiany niektórych zmurszałych belek rozebrano dwór w całości. Belki szachulcowej konstrukcji złożono na stertę, by gniły przez prawie dziesięć lat.

Dwór w Studzieńcu. Rysował Wojciech Hildebrandt

Dwa lata później, w 1984 roku w Dziekanowicach pod Lednicą postanowiono zmajstrować kopię rozebranego zabytkowego dworu ze Studzieńca. Powstał on wkrótce w Wielkopolskim Parku Etnograficznym, nowym skansenie mającym chronić obiekty architektoniczne naszego regionu. Nie, nie jako część ekspozycji, tylko jako siedziba godna dyrekcji skansenu. Niestety, zamiast dokonać rekonstrukcji unikalnego w skali Polski barokowego dworu, zbudowano tylko jego atrapę. Replikę dworu ulokowano w wydumanym kontekście urbanistycznym, w towarzystwie dwóch oficyn, których nigdy nie miał. Zapotrzebowanie powierzchniowe administracji muzeum wymagało zaspokojenia.

Nic to, że frontowa elewacja dworu została skierowana na północ i nigdy nie ogląda słońca. Może to drobiazg, ale świadczy o braku elementarnej wiedzy budowniczych – o tradycji polskiego domu. Dwory bowiem lokowano na godzinę 10 lub 11. Oznacza to, że o tych godzinach słońce oświetlało na wprost główną ścianę wejściową domu. Taki układ zapewniał też dostęp światła słonecznego do okien na każdej ścianie.

 

Kopia dworu ze Studzieńca, mimo podobnej formy i wielkości, ma zupełnie inną konstrukcję. Piękny polski szachulec zastąpiono zwykłą cegłą, a belkowe stropy zamieniono na ceramiczne.

Dworek w Dziekanowicach, fot. Mariusz Forecki

Zapomniano o ganku, za to dodano taras od ogrodu. Okna ościeżnicowe zastąpiono skrzynkowymi, zmieniając też ich wielkość. We wnętrzach nie odtworzono historycznych podłóg, a kominki to tylko atrapy. Ściany zewnętrzne pomalowano współczesną, zimną szpitalną bielą. Całość uzupełnia zapuszczony, sztuczny w kształcie, pozbawiony funkcji użytkowej ogród.

Dopiero po dziesięciu latach zaczęto urządzać na parterze dziekanowickiego dworu ekspozycję ukazującą życie rodziny ziemiańskiej na początku XX wieku. Brak tej współczesnej wystawie przytulności i charakteru prawdziwego domu. Ale i tak w całej tej historii rekonstrukcji udało się to najlepiej. I całe szczęście, bo lista osób, które zaproszono do tych wnętrz jest całkiem interesująca. Był tu i prymas Polski Józef Glemp i w 1989 roku pierwszy sekretarz komunistycznej partii Litwy – Algirdas Brazauskas i książę Kentu – Edward z małżonką, premier Jerzy Buzek oraz paru pomniejszych ministrów i ambasadorów. We dworze występowali Elżbieta Adamiak, Krzysztof Daukszewicz, Leszek Długosz.

DWÓR W STUDZIEŃCU – REINKARNACJA

Dwór w Studzieńcu, fot. Mariusz Forecki

A tymczasem około 1992 roku dwór w Studzieńcu zmartwychwstał. Został wybudowany według konserwatorskiej inwentaryzacji i wyposażony w nowoczesne instalacje. I to z prawdziwego szachulca, który wzorem muru pruskiego wymalowano na czarno, bieląc wypełniające go pola. Wygląda to ciekawie, choć nie tak jak w oryginale.

Poznikały gdzieś wysokie drzewa wokół dworu. Współczesna podmurówka też trochę razi.

Nowa jak spod igły kopia dworu lśni na zachwaszczonej polanie. Tylko nie wiadomo po co. Pusta i martwa od samego początku. Podobno ogołocona.

Kilka lat temu pojawiło się takie ogłoszenie:

1 500 000 zł, 2 783 zł/m.
Studzieniec, gmina Rogoźno, powiat obornicki
Dworek o powierzchni 539 m², 14 pokoi
Działka 30 438 m²
Budynek z poddaszem użytkowym, w stanie do wykończenia

Opis: Zespół dworsko-pałacowy z XVIII wieku składający się z barokowego dworu i parku o powierzchni 3,0438 ha, znajdujący się w Studzieńcu (gmina Rogoźno) ok. 30 km od Poznania.
Uznawany za jeden z cudów architektonicznych tego okresu.

Ogłoszenie jest wciąż aktualne. Nic tylko brać. Okazja. Chętnych brak.

CZYTAJ TAKŻE: Dworzec jak katedra

CZYTAJ TAKŻE: Śliczny pałacyk teatru

CZYTAJ TAKŻE: Wieża Górnośląska – niechciana ikona Poznania