fot. materiały prasowe

Chcę być niedookreślona

Chciałam połączyć „analogową” przeszłość z nieoczywistymi, ale współczesnymi brzmieniami w różnorodnej i świeżej formie – mówi Eva Navrot, wokalistka, autorka tekstów i muzyki, która właśnie wydała swoją debiutancką płytę „Going Home”.

SEBASTIAN GABRYEL: Tytuł twojego pierwszego solowego albumu to „Going Home”. Zastanawiam się, co tak naprawdę się za nim kryje… Czym przede wszystkim jest dla ciebie tytułowy dom?

EVA NAVROT: „Going Home” to podróż, jednak nie tylko w czasie i przestrzeni. Jest swego rodzaju metamorfozą, która prowadzi najdłuższą drogą z umysłu do serca, dziejąc się w dwóch światach jednocześnie – tym rzeczywistym i tym często ukrytym, postrzeganym przez rozum i zmysły, ale też serce i duszę, tym widocznym przez pryzmat oka i przeskanowanym przez serce, więc i będącym pragnieniem duszy. A dom to dla mnie… różnorodnie pojęta czasoprzestrzeń, która daje spokój, poczucie bezpieczeństwa, prawdę i czułość, w której zawsze jest ważna twoja obecność, twój głos, w której wiesz, kim jesteś.

 

Na scenie funkcjonujesz nie od dziś. Dlaczego dopiero teraz zdecydowałaś się na nagranie płyty solowej? To było twoje największe dotychczasowe wyzwanie?

Płyta powstawała kilka dobrych lat. Była i jest dla mnie wyzwaniem, szukaniem i odnajdywaniem prawdy o sobie – nie zawsze tej, którą znałam i której oczekiwałam. Jest bardzo osobistym wyznaniem, na którym mi zależało i na które mogłam sobie pozwolić właśnie teraz, kiedy owoc zwany życiem jest już na tyle dojrzały, by móc się nim mądrze rozsmakować.

 

„Going Home” jest poniekąd rozmową z sobą samą. Z przeszłością i teraźniejszością, w których zaglądam w ich najgłębsze zakamarki.

 

Próbuję zrozumieć, na ile żywioły życia, które nami targają, mają na nie wpływ, a na ile mamy my sami, podejmując takie, a nie inne wybory. Dlatego tyle w tej płycie melancholii, ale i czułości… Jest spełnieniem i tęsknotą, podróżą po życiu, które wciąż może być zagadką i pretekstem do odkrywania prawdy, a więc tajemnicą. Jest opowieścią o ważnych wydarzeniach mojego życia, które mnie ukształtowały jako kobietę, człowieka, artystę…

 

Muszę przyznać, że utworami zawartymi na tym krążku uciekasz od szufladek jak diabeł od święconej wody. Można powiedzieć, że zaczynają się od jazzu i soulu, jednak na pewno się na nich nie kończą. Zgodzisz się ze mną, że muzyka „niedookreślona” jest najbardziej fascynująca? Nie tylko dla słuchacza, ale również – a może przede wszystkim – dla twórcy. Ktoś powiedział kiedyś, że jego ulubionym znakiem w notacji muzycznej jest znak zapytania.

Eva Navrot właśnie wydała swoją debiutancką płytę „Going Home”

Eva Navrot, „Going Home”, wydanie własne, 2018

Moim ulubionym znakiem w notacji muzycznej – jak również w życiu – jest wielokropek… [śmiech]. To prawda, trudno jest stylistycznie zaszufladkować tę płytę. To dobrze, choć z drugiej strony niełatwo będzie jej przez to znaleźć miejsce na muzycznej półce odbiorców. Zdaję sobie z tego sprawę, ale też będąc w zgodzie z sobą, muszę przyznać, że choć jazz, soul czy muzyka elektroniczna miały mocny wpływ na moją muzyczną drogę, to wolę pozostać w pamięci moich słuchaczy tzw. artystką „niedookreśloną”, która strumień swojej wypowiedzi traktuje jako ciągły rozwój i otwartą przestrzeń do wyrażania siebie. I takie było zamierzenie tej płyty – pozostać w pamięci i emocjach nieoczywistą i poszukującą swojego „Going Home”.

 

Bez względu na stylistyczną różnorodność „Going Home” to dość minimalistyczny materiał. Nie zarzucasz ucha odbiorcy kanonadą dźwięków, lecz wybierasz te najistotniejsze. Skąd ta naturalna, jak podejrzewam, potrzeba muzycznej oszczędności?

Chciałam połączyć „analogową” przeszłość z nieoczywistymi, ale współczesnymi brzmieniami, tak żeby w prostej strukturze muzycznej mogły ze sobą spotkać się te czasoprzestrzenie we wspólnej, różnorodnej i świeżej formie. W trakcie procesu tworzenia tej płyty pojawiły się niespotykane współbrzmienia i ciekawe pomysły aranżacyjne oraz interpretacyjne, w harmonijnym zestawieniu instrumentarium akustycznego i elektronicznego, które wraz z minimalizmem stworzyły swego rodzaju trans mogący mocno oddziaływać na słuchacza. Materiał zgromadzony na płycie jest zbiorem dość zróżnicowanych i – jak ktoś to nazwał – futurystycznych opowieści muzycznych zabierających słuchacza w zaskakujące obszary dźwiękowe.

 

To eklektyczna mieszanka brzmień analogowych, intymnych, jak i nowoczesnych, zdecydowanych, których bogata kolorystyka kontrastuje z minimalnymi środkami wykonawczymi, dającymi przestrzeń dla wyobraźni odbiorcy.

Równie chętnie współpracujesz z jazzmanami, jak i DJ-ami. W obu przypadkach masz do czynienia z „otwartymi głowami” – ludźmi, dla których akt twórczy to przede wszystkim uwalnianie pokładów swojej kreatywności. Czy to właśnie dlatego tak cię do nich ciągnie?

Wszystko, co robimy, może być aktem twórczym. W związku z tym, uwalniać drzemiące w nas pokłady kreatywności może nie tylko muzyka i sztuka. Tak jak każdy człowiek ulegam pokusie przenoszenia na poznawany świat swoich własnych wyobrażeń i koncepcji. Wszystko, co widzę i słyszę, co odczuwam i czego doświadczam, przetwarzam „po swojemu” – w wolności, bo to jest zawsze wynikiem mojego wyboru, kiedy jestem „tu i teraz” z uwagą i kreatywnością. Bez względu na to, z kim pracuję, zostawiam siebie w każdym akcie twórczym. Moja muzyczna przygoda z jazzmanami czy DJ-ami była i jest bardzo ważna, tak jak każda inna okoliczność do powstania niepowtarzalnego aktu twórczego.

Jesteś pomysłodawczynią poznańskiej Szkoły Artystycznej Art Of Voice Studio. Jej idea zrodziła się dokładnie dziesięć lat temu. To chyba dobry moment na podsumowanie dotychczasowej działalności twojej szkoły. Jak rozwijała się na przestrzeni ostatniej dekady?

Zaskoczyłeś mnie tym pytaniem w kontekście płyty, bo właśnie uzmysłowiłam sobie, że w tym samym czasie podejmowałam się wielu przeróżnych aktów twórczych, z których najważniejsze dla mnie (które ewoluowały przez ostatnią dekadę i przetrwały) to właśnie Art Of Voice Studio oraz płyta „Going Home”. To moje artystyczne dzieci. Każde z nich miało swoją odrębną ścieżkę rozwoju, ale działy się jednocześnie, więc pierwszy wniosek, jaki mi się nasuwa, jest taki, że miały na siebie nawzajem niezaprzeczalny wpływ. Choć zawsze myślałam, że te twory żyły swoim odrębnym życiem, bez oczywistego związku ze sobą, to znajduje dzisiaj ich wspólny mianownik: stworzyły we mnie bardziej świadomego człowieka. Nie tylko bardziej świadomego twórcę, artystę, ale co ważniejsze, człowieka, który nie tylko kreuje dla oczywistej radości samego stwarzania, lecz dla nieporównywalnego z niczym innym poczucia zostawienia po swojej twórczości śladu poprzez dzielenie się sobą z innymi, poprzez te emocje i przemiany, które powstają i dokonują się w drugim człowieku w tym wspólnym akcie twórczym.

 

Zauważacie, że „wokalista na scenie działa w obrębie wielu dziedzin”. Co więc tak naprawdę oznacza być dobrym wokalistą?

To prawda, wokalista działa w obrębie wielu dziedzin, zatem naszym celem w Art Of Voice Studio jest wyzwolenie w nim nie tylko świadomości i umiejętności poprawnego czy swobodnego poruszania się w przestrzeniach teoretycznych i praktycznych sztuki wokalnej.

 

Kształcimy z powodzeniem od dziesięciu lat nie tylko kompetentnych wokalistów, ale przede wszystkim świadomych odbiorców oraz twórców muzyki.

Dzięki temu, że zapewniamy wysoki poziom nauczania, świadomie dobierając wykładowców oraz umożliwiając konfrontowanie zdobytej wiedzy z praktyką, a także dając możliwość współpracy z najlepszymi muzykami, tekściarzami, kompozytorami, dla każdego z nich stwarzamy szansę wszechstronnego rozwoju. Chcemy, by ludzie pełni pasji, kochający muzykę, śpiew, niezależnie od wieku, świadomości czy doświadczeń, odkrywali i rozwijali swój talent. By mieli sposobność zdobycia nowego, ciekawego wykształcenia o szeroko pojętych horyzontach artystycznych. By wszystko to tworzyło dla nich solidny warsztat, a tym samym bazę do wyrażenia ich własnej osobowości scenicznej.

 

W dzisiejszych czasach istnieje wiele rozwiązań technicznych, by przeciętny głos brzmiał jak czyste złoto. „To zabawne, ale jeśli na współczesnym wokalu nie zastosujesz techniki autotune, to brzmi on nienaturalnie!” – twierdzi Carlo „Illangelo” Montagnese, obecnie jeden z najbardziej rozchwytywanych producentów w amerykańskim mainstreamie. To chyba dość smutny wniosek…

Nie rozwinę tego wątku nazbyt szczegółowo, przede wszystkim ze względu na brak wiedzy na temat poglądów tego pana, których nie śledzę, jak i niezgody na to, że jakakolwiek technika (bądź „sztuczny twór”) ma wyrażać świadomego i wiarygodnego wokalistę. Może skorygować jedynie niedostatki związane z faktem, że wokalista pracuje na żywym instrumencie, jakim jest krtań, która jak wszystko, co żyje, podlega zmianom. Tym samym, w ważnym dla niego momencie koncertu czy sesji w studio nagrań, głos może być w gorszej dyspozycji, ale nie może stać się spektakularnym sztucznym produktem. Zgodzę się z tym, że jest to co najmniej smutny wniosek.

Czy dzisiejszy Poznań to miejsce, w którym wokaliści mogą rozwijać swoje skrzydła? A może muszą jak najszybciej z niego na nich odfruwać?

Powiem szczerze, że nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Jest to zależne od wielu czynników: indywidualnych predyspozycji każdego wokalisty, jego pracy, talentu, oczekiwań oraz wsparcia jego rozwoju przez osoby, które znajdą się na jego drodze. To niepowtarzalny proces twórczy, będący nie tylko rozwojem wokalnym, czyli szkoleniem warsztatu, ale przede wszystkim pracą nad sobą samym, swoimi emocjami, świadomością siebie w przestrzeni działania słowa, dźwięku, ciała, serca i duszy, jak i wielogodzinnej pracy oraz szczęścia!

 

Wiem jedno – dla mnie Poznań był tym miejscem na ziemi, w takiej, a nie innej czasoprzestrzeni mojego życia, gdzie mogłam rozwinąć skrzydła twórczości.

Był i jest moim miejscem, w którym odkryłam siebie z całą prawdą, a ona pozwoliła mi na wszelakie działania twórcze, które są efektem tej kooperacji i moim największym szczęściem!

*EVA NAVROT – wokalistka, autorka tekstów i muzyki, tworząca i współpracująca od wielu lat z muzykami jazzowymi oraz DJ-ami. Swoje kompozycje nagrała na płytach artystów polskiej sceny klubowej, takich jak Envee & Niewinni Czarodzieje (Kayax) czy „Polskie leniwe – serwuje Novika” oraz nowatorów berlińskiej sceny klubowej, spośród których warto wyróżnić choćby „Komputa groove” Slope (Sonar Kollektiv, Jazzanova). Solową płytą „Going Home” podsumowuje swój dotychczasowy dorobek artystyczny.

CZYTAJ TAKŻE: Wena moja powszednia

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #5
CZYTAJ TAKŻE: Każda wieś ma swoją opowieść. Rozmowa z twórcami Wędrownego Zakładu Kultury