fot. Mariusz Forecki

Wena moja powszednia

Co chwilę wpadają mi do głowy różne myśli, frazy, zbitki słów albo melodie czy rytmy. Czasem chcę zasnąć, mózg się odpręża i takie elementy zaczynają przychodzić lawinowo – mówi Paulina Frąckowiak, założycielka poznańskiego zespołu Smutne Piosenki.

SEBASTIAN GABRYEL: Na polskim rynku muzycznym – również w naszym regionie – panuje duża konkurencja, a mimo to o waszym „Dzikim ogrodzie” mówi się raczej częściej niż rzadziej. Dla kogo jest ta płyta?

PAULINA FRĄCKOWIAK*: Dla wszystkich, którzy lubią piosenki, w które najlepiej wsłuchać się ze spokojem i które skłaniają do refleksji. Z pewnością nie jest to płyta do tańca i taka, która rozkręci imprezę. Lubią nas osoby dojrzałe – niekoniecznie pod względem wieku, ale pod względem duchowym. Od nastolatków po seniorów.

 

Piszecie, że Smutne Piosenki „płyną prosto z serca i prosto do serca trafiają”, a swój styl określacie mianem „jazzy electro folk popu”. Wasze piosenki to wypadkowa muzycznych preferencji każdego z członków zespołu? Jak skrajne są wasze gusta?

Jestem autorką muzyki, więc moje gusta są zapewne dominujące, ale każdy członek zespołu odciska swoje piętno na ostatecznym brzmieniu i charakterze utworów. „Jazzy electro folk pop” to uproszczenie, choć i tak brzmi skomplikowanie.

 

Później nazwano naszą muzykę „nową jazzową poezją śpiewaną” i to też dobre określenie.

 Zawsze wychodzę od tekstu, a muzyka ma z nim współgrać, więc w warstwie muzycznej pojawiają się zapożyczenia z przeróżnych gatunków – tu rockowy riff, tam retro walczyk, tu jazzująca ballada, tam melodia w stylu ludowym... Co do gustów poszczególnych członków zespołu, to są one rozległe, ale można w nich znaleźć wspólny mianownik i jeśli się nie zgadzamy, to raczej nieznacznie. 

 

Ostatnim numerem na krążku są „Deszcze”, w których mierzycie się z twórczością Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Dlaczego postanowiliście sięgnąć po wiersz akurat tego poety?

To czysty przypadek, chociaż zawsze lubiłam klimat i język Baczyńskiego. Iza podesłała mi informację o odbywającym się w Łodzi konkursie na muzyczną interpretację wiersza Baczyńskiego. Zdecydowałam się na to, bo nie zdarzyło mi się wcześniej napisać muzyki do cudzego tekstu, a lubię cały czas stawiać przed sobą nowe zadania. Zaczęłam przeglądać jakiś tomik i padło na „Deszcze”. Z konkursu wróciliśmy bez żadnej nagrody, za to do dzisiaj ten utwór robi duże wrażenie na słuchaczach, na nas samych również. Trochę nam się po nim kręci w głowie od emocji. Jest też popularny w internecie i co jakiś czas dostajemy pytanie o nuty do niego od młodzieży, która chce go wykonać na jakimś konkursie czy szkolnym koncercie.

Są tekściarze, którzy twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak wena, że jest ona wymysłem niedoświadczonych artystów. Jakie jest twoje zdanie na temat natchnienia, jego źródeł,  natury?

Dla mnie natchnieniem są własne przeżycia i własne przemyślenia na różne tematy – osobiste, lokalne albo globalne. Najłatwiej pisze mi się pod wpływem silnych emocji, wtedy otwiera się „strumień świadomości”. Są dni, kiedy tworzy się lepiej albo gorzej, bo to w dużej mierze kwestia skupienia i warunków do pracy. Nie jest jednak tak, że czekam na wielką wenę, bo tworzenie to raczej codzienny proces. Co chwilę wpadają mi do głowy różne myśli, frazy, zbitki słów albo melodie czy rytmy. Czasem chcę zasnąć, mózg się odpręża i takie elementy zaczynają przychodzić lawinowo. Czasem coś się przyśni, piękna muzyka. Notuję, nagrywam, a kiedy jest czas rozwijam to w całe piosenki. Bywa, że trzeba napisać coś na zamówienie albo na potrzeby konkretnej sytuacji, a więc „na już” i wtedy... cóż, po prostu się pisze. Musi pojawić się temat, pomysł, a potem to już zabawa słowami. Powiedziałabym więc, że wena istnieje, ale raczej taka zwyczajna, powszednia, mogę jednak wypowiadać się jedynie w swoim imieniu, bo to indywidualna kwestia.

 

Muszę przyznać, że „Dziki ogród” poruszył mnie swoją zawartością, ale również oprawą. Jej autorką jest Rozalia Las, która odpowiada również za wizualizacje podczas waszych koncertów. Jak doszło do waszej współpracy i co jest największą siłą twórczości tej artystki? Czy można powiedzieć, że Rozalia jest takim nieoficjalnym, piątym członkiem waszego zespołu?

Rozalię Ogonowską – tworzącą pod pseudonimem „Rozalia Las” – znamy dzięki temu, że zapisała się kiedyś do naszej wokalistki na lekcje śpiewu. Sama w pewnym momencie zaproponowała nam swoje usługi i tak została naszym nadwornym grafikiem [śmiech]. Stworzyła identyfikację wizualną Smutnych Piosenek, potem okładkę płyty, animacje na koncerty, pracuje też nad animowanym klipem.

 

Rozalia ma swój niepowtarzalny styl, który dobrze koresponduje z naszym. Nie miałam pojęcia, jakie ilustracje stworzy do płyty, ale kiedy je zobaczyłam, poczułam spokój i idealną harmonię z tym, co miałam w głowie, tworząc te piosenki.

Rozalia jest diabelnie utalentowana, pracowita i wszechstronna – zajmuje się grafiką, animacją i malarstwem. Jest skrajną perfekcjonistką o ogromnej wyobraźni. Tak, można powiedzieć, że jest piątym członkiem zespołu. To, co dla nas stworzyła, jest bardzo spójne z naszą twórczością.

 

Choć działacie dopiero od trzech lat, to na koncie macie już sporo sukcesów. Który z nich jest dla was najważniejszy?

Smutne Piosenki, „Dziki ogród”, 2018

Osobiście największym sukcesem jest dla mnie fakt, że udało nam się wydać płytę, w dodatku – dzięki Rozalii – tak piękną oraz to, że mamy już swoją grupkę wielbicieli, która cały czas rośnie. Jeśli chodzi o sukcesy konkursowe, to największy efekt „wow” wywołało w nas zakwalifikowanie się do finału eliminacji Narodowego Centrum Polskiej Piosenki, do zeszłorocznych opolskich Debiutów i zakończenie ich na drugim miejscu. Przegraliśmy o dwa punkty, ale ogromną wygraną były dobre słowa, które napisali o nas członkowie jury – Piotr Stelmach, Krzysztof Dominik (menadżer grupy Hey) i Rafał Poliwoda (dyrektor NCPP).

 

Smutne Piosenki to nie tylko działalność studyjna i koncertowa, ale również muzyczno-społeczna. Jak wspominacie pracę z niewidomymi dziećmi w ramach projektu „5 zmysłów”? Takie momenty ubogacają człowieka również od strony artystycznej?

To było bardzo silne doznanie, które nadal mocno w nas siedzi. Pamiętam, jak się denerwowałam, jadąc na pierwsze zajęcia warsztatowe do ośrodka w Owińskach. Nie wiedziałam, jakie będą niewidome dzieciaki, co można z nimi zrobić, a czego nie, co je zainteresuje. Na miejscu porzuciłam plan, który miałam, i przeznaczyliśmy ten pierwszy dzień na poznanie ich, porozmawianie, wspólne pośpiewanie piosenek, które znali. Okazali się naprawdę fantastyczni.

 

Mają w sobie mnóstwo spokoju, ciepła, mądrości i wiary. Zdaje się, że nie widząc świata zewnętrznego, widzą znacznie lepiej niż my świat wewnętrzny.

Wszystko, co ubogaca człowieka ogólnie jako istotę ludzką, ubogaca go też jako twórcę. Jesteśmy po tym projekcie bogatsi w różnych aspektach. 

 

Swoją drogą, w finałowej fazie tego projektu mieliście okazję akompaniować Wojciechowi Waglewskiemu. Moja intuicja podpowiada mi, że jego muzyka może nie być wam obojętna... Mam rację?

To było nieco stresujące doświadczenie, ale też zaszczyt i przyjemność. Wojciech Waglewski oczarowuje kulturą osobistą, jest raczej zdystansowany, ma ironiczne, ale ciepłe poczucie humoru. Rzeczywiście cenimy Voo Voo i chyba gramy nieco podobnie pod tym względem, że podczas koncertów lubimy improwizować i stawiamy na tekst.

 

Wkurzają was czasy, w jakich przyszło wam grać? To może nieco prowokujące pytanie, ale słuchając waszego albumu, pomyślałem sobie, że urodziliście się nieco za późno. Tworzycie wartościową muzykę, na którą od dawna nie ma koniunktury.

Trochę nas wkurzają, ale może bardziej dziwią. Sukcesy niektórych wykonawców próbujemy sobie tłumaczyć zjawiskami społeczno-kulturowymi oraz psychologicznymi, bo walorami artystycznymi wytłumaczyć się ich nie da. Dzieje się też jednak trochę dobrego, a jeśli o nas chodzi, to radzimy sobie w tych trudnych czasach całkiem dobrze. Zapewne dlatego, że jest spora grupa ludzi, która szuka wartościowej muzyki i która zwraca uwagę na to, o czym są teksty. Może nie dotrzemy na sam polski szczyt, ale też nie mamy specjalnie takiej potrzeby. 

Jak sugerują niedawne wyniki badań platformy Deezer, w wieku 30 lat tracimy zainteresowanie muzycznymi nowościami, o wiele chętniej słuchając tego, co już znamy. Łapiecie się na takim sentymentalizmie? Ja hamuję się z trudem, choć mam dopiero 27 lat [śmiech].

Ja już przekroczyłam trzydziestkę [śmiech]. Jasne, chętnie wracamy do tego, co już lubimy. Przecież podobają nam się melodie, które już słyszeliśmy, cytując inżyniera Mamonia. Cały czas szukam jednak nowych rzeczy i jestem zachwycona, gdy trafię na coś, czego jeszcze nie znałam, a co mi się podoba. Nie jest to jednak łatwe. Może właśnie przez sentymentalizm? [śmiech]

 

Czy Smutne Piosenki kiedyś przestaną być smutne? [śmiech]. Jaki będzie wasz kolejny ruch?

Smutne Piosenki wcale nie są takie smutne, o czym przekonują się ci, którzy wysłuchają całej płyty czy koncertu. Chcemy oczywiście wydać kolejną płytę, która na pewno będzie inna niż pierwsza. Czas nie stoi w miejscu i ciągle się zmieniamy, ale jeszcze nie wiemy, jak to się uwidoczni w nowym materiale. Prawdopodobnie sami będziemy zaskoczeni. W międzyczasie planujemy jeszcze pewien projekt z Jackiem „Budyniem” Szymkiewiczem, którego też poznaliśmy podczas projektu „5 zmysłów”, ale więcej nie zdradzę, póki nie stanie się to faktem. Mamy też nadzieję, że tak jak do tej pory, będziemy zapraszani do różnych muzycznych przedsięwzięć. Na naszej ścieżce wciąż pojawiają się niespodzianki, dzięki którym nieustannie się rozwijamy i lepiej poznajemy samych siebie jako ludzi i jako muzyków.

*PAULINA FRĄCKOWIAK – basistka, autorka tekstów oraz kompozytorka w poznańskim zespole Smutne Piosenki.

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #5
CZYTAJ TAKŻE: Każda wieś ma swoją opowieść. Rozmowa z twórcami Wędrownego Zakładu Kultury
CZYTAJ TAKŻE: Poza partyturą. Rozmowa z Anną Duczmal-Mróz