Co robi krytyczka? Część XVI: Szuka miłości
Opublikowano:
29 września 2025
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Niektóre historie miłosne nie mieszczą się w granicach — ani tych geograficznych, ani tych społecznych. James Baldwin, Mohsin Hamid i Hana Yanagihara pokazują, że uczucie może być najczystszą formą sprzeciwu wobec świata, który stara się je unieważnić.
W Moim Giovannim James Baldwin robi coś, co w latach 50. było aktem niewyobrażalnej odwagi: opowiada queerową historię miłosną bez ironii, bez alibi, bez prewencyjnego usprawiedliwiania się przed czytelnikiem. Miłość Davida i Giovanniego jest gorąca, desperacka, ale też podszyta wstydem, który wycieka z każdego niedopowiedzianego zdania. Baldwin pokazuje, jak silna jest wewnętrzna policja — ta, którą nosi się w głowie, nawet bez ustaw i kodeksów. Protest polega tu na samym fakcie opowiedzenia tej historii w taki sposób, by czytelnik nie mógł jej zepchnąć do szufladki „innej”, „obcej”. W latach, gdy związki homoseksualne w większości świata karano pozbawieniem wolności, Baldwin uchylał drzwi, za którymi to, co intymne, było już w pełni literaturą, a nie marginesem.
Drzwi na Zachód Mohsina Hamida zaczyna się od historii miłosnej, ale szybko staje się opowieścią o świecie w ruchu — o granicach, które pękają, i o miłości, która jest w stanie przetrwać tylko wtedy, gdy sama jest gotowa się zmienić. Saeed i Nadia uciekają z kraju ogarniętego wojną przez magiczne drzwi.
Kolejne miejsca — obozy, mieszkania, tymczasowe azyle — pokazują, że w świecie migracji uczucie bywa jedyną walutą, która jeszcze coś znaczy. Hamid nie daje nam łatwego romantyzmu: ich związek kruszy się w drodze, ale nie kończy się porażką. Wręcz przeciwnie — największym aktem miłości jest tu pozwolenie drugiemu odejść.
Protest pisarza jest dwojaki: przeciwko wizji świata, w którym granice decydują o wartości ludzkiego życia, ale i przeciwko kłamstwu, że prawdziwe uczucie zawsze trwa w tej samej formie.
Hana Yanagihara w Małym życiu idzie jeszcze dalej — miłość nie jest tu ucieczką od cierpienia, lecz formą, w której można je znieść. Jude, Willem, Malcolm i JB poruszają się w Nowym Jorku, gdzie bliskość wymaga nieustannego negocjowania granic traumy. Historia Jude’a i Willema jest czuła, ale daleka od terapeutycznej bajki. Yanagihara odmawia czytelnikowi pocieszenia: miłość nie leczy wszystkiego, ale bywa jedynym powodem, dla którego można rano wstać z łóżka. To opowieść o intymności, która jest rewolucyjna, bo mówi: można żyć obok bólu, a nie przeciwko niemu. I gdzie tu protest? Polega na odrzuceniu narracji zwycięstwa — na pokazaniu, że życie po przemocy nie musi być historią o całkowitym uzdrowieniu, by było warte opowiedzenia.
Każda z tych trzech powieści — choć różna w formie, czasie powstania i geopolitycznym tle — spotkała się z recepcją, która sama w sobie stała się polem sporu o to, czym jest literatura zaangażowana. Baldwin po publikacji Mojego Giovanniego w 1956 roku musiał zmierzyć się z falą oskarżeń o obsceniczność i „propagowanie niemoralności”.
Konserwatywni krytycy odrzucali powieść, koncentrując się nie na jej formie, lecz na samym fakcie, że opowiada historię miłości dwóch mężczyzn. Co ciekawe, nawet część środowiska afroamerykańskiego w tamtym czasie dystansowała się od Baldwina — z obawy, że tematyka homoseksualna osłabi jego pozycję w walce o prawa obywatelskie.
Z dzisiejszej perspektywy widać, że właśnie ta bezkompromisowość w pokazywaniu prywatności czyni jego protest radykalnym: Baldwin odmawia selekcji tożsamości, które mają prawo być widziane.
Autor Drzwi na Zachód trafił zaś na moment historyczny, w którym debata o uchodźcach w Europie osiągnęła temperaturę wrzenia. Powieść ukazała się w 2017 roku, dwa lata po szczycie kryzysu migracyjnego. Część krytyków zachodnich chwaliła Hamida za „odczarowanie” wizerunku uchodźcy i za subtelność metafory drzwi. Inni zarzucali mu zbytnią łagodność — pomijanie brutalniejszych aspektów migracji, co miało, według nich, osłabiać polityczny potencjał powieści. Hamid odpowiadał, że nie interesuje go dokumentalny zapis cierpienia, lecz literatura, która pozwala wyobrazić sobie inne warianty świata. W tym sensie sama forma jego opowieści jest odpowiedzią na zarzuty: protest nie musi krzyczeć, może też szeptać.
Z kolei Hana Yanagihara w Małym życiu podzieliła czytelników jak mało która autorka współczesnej prozy.
Powieść stała się globalnym fenomenem, ale krytycy byli rozdarci między uznaniem a oskarżeniem o „emocjonalny szantaż”. Zarzucano jej nadmiar okrucieństwa i pornografię cierpienia, inni widzieli w niej bezprecedensową próbę opowiedzenia o miłości, która trwa wbrew wszystkiemu, bez obietnicy uzdrowienia. Yanagihara świadomie odrzuciła klasyczny schemat powieści obyczajowej — jej nadmiar formy i treści jest tu nie tyle błędem, co strategią.
Czytelnicy, którzy dotrwali do końca, często opisywali to doświadczenie jako transformujące: nie dlatego, że znaleźli ukojenie, lecz dlatego, że zostali zmuszeni do współodczuwania w ekstremalnym wymiarze.
Wszystkie te historie — niezależnie od tego, czy rozgrywają się w paryskiej kawalerce, na nieistniejących geograficznie wyspach czy w nowojorskich loftach — udowadniają, że opowieści o miłości to zawsze opowieści o strukturach władzy. Kto może kochać bez lęku, a kto musi liczyć się z konsekwencjami? Kto ma prawo zostać i budować życie w jednym miejscu, a kto jest zmuszony uciekać? Kto może mówić o swojej intymności bez strachu, że zostanie ona wykorzystana przeciwko niemu? Baldwin, Hamid i Yanagihara nie dają prostych odpowiedzi, ale każda z ich książek działa jak soczewka: skupia światło na tym, co zazwyczaj spychane jest w cień.
I może właśnie to jest najtrudniejsze: utrzymać miłość tam, gdzie od początku wiadomo, że nie wolno, by się w ogóle pojawiła.







