fot. Mariusz Forecki

Stereotypy w bibliotece?

Cykl „Czy ta pani czyta” dopiero raczkuje. Być może w kolejnych odsłonach Biblioteka Raczyńskich zrozumie, że łatwo, miło i przyjemnie wcale nie musi oznaczać stereotypowo. Najwyższy czas, aby szanowana instytucja publiczna przyjrzała się literaturze z (choć trochę!) feministycznego punktu widzenia.

Poznańska Biblioteka Raczyńskich rozpoczęła nowy cykl „Czy ta pani czyta”, którego tematyka ma krążyć wokół tak zwanej literatury kobiecej. Cykl – przynajmniej w moim odczuciu – miał być próbą dekonstrukcji stereotypowego myślenia, że książki pisane przez kobiety stoją w opozycji do tych tworzonych przez mężczyzn; myślenia, które często sytuuje kobiece pisanie jako mniej wartościowe. Najwyższy czas, aby szanowana instytucja publiczna, jaką jest Biblioteka Raczyńskich, przyjrzała się literaturze z – choć trochę! – feministycznego punktu widzenia.

PIERWSZA ROZMOWA

Na gościnię spotkania inaugurującego wybrano Hannę Cygler, która – jak usłyszeliśmy w przedmowie – jest autorką „powieści, które nie do końca rozumiane są jako «proza kobieca»”, bo jest ona „i kryminalna, i obyczajowa, i historyczna”. „Więc kiedy zastanawialiśmy się, kto może być gościem pierwszego spotkania tego nowego cyklu, wybór był oczywisty” – Hanna Cygler, autorka książki „Złodziejki czasu” opowiadającej o pisarkach. Usłyszawszy to, zrozumiałem, że moja – przedstawiona we wstępie – nadzieja jest płonna. Jedyna szansa w samej rozmowie pisarki i prowadzącej spotkanie Magdy Sobczak, pomyślałem.

Rozpoczęto klasycznie od przedstawienia autorki, mającej na swoim koncie blisko dwadzieścia powieści – w większości wydanych przez poznańskie wydawnictwo Rebis.

 

Hanna Cygler debiutowała w 2003 roku, jednak pisze już od końca lat 90.

Na pytanie prowadzącej, dlaczego droga od napisania do wydania była tak długa, odpowiedziała: „Wówczas nikt nie był zainteresowany tego typu literaturą. Przecież nie było wtedy nawet Grocholi. To, że literatura [którą piszę – przyp. aut.] nazywała się «literaturą kobiecą», dowiedziałam się od […] mojego obecnego wydawcy. Wtedy wysyłałam im ofertę, to była moja druga książka, «Przekład dowolny». I wówczas dostałam informację, że redaktorzy przeczytali i nawet im się podobała, ale Dom Wydawniczy Rebis nie wydaje «literatury kobiecej»”.

DYSKUSYJNE PIĘTNO?

 

Hanna Cygler

Hanna Cygler, „Złodziejki czasu”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2015

Magda Sobczak kontynuowała temat, słusznie zauważając, że łatka „literatury kobiecej” „to jest trochę piętno dla pisarek”. Cygler zaoponowała, po czym rozwinęła swoją myśl: „Jeżeli ktoś tak podchodzi, że: ojej, jak się otrę o okładkę «literatury kobiecej», to jeszcze ktoś pomyśli, że ja taka mądra nie jestem. A ja przecież tylko czytam Tokarczuk, Twardocha i Knausgårda”. Prowadząca odniosła się do zalewających Polskę w latach 90. harlekinów, które popsuły rodzimy rynek literacki, wrzucając pisarki do jednego worka z autorkami „różowego, fioletowego, różnorakiego, kolorowego świata romansów, które sprzedawane były jako «literatura kobieca»”. A przecież, jak zauważyła Sobczak, powieści Hanny Cygler to nie żadna „literatura kobieca”, ale „przede wszystkim świetna obyczajówka”.

 

Autorka z kolei nawiązała do Szwecji, w której zamiast stereotypowo rozumianej literatury kobiecej sugeruje się używanie nazwy literatura feministyczna.

Interesujący wątek, który rozmówczynie mogłyby rozwinąć, został niestety ucięty spostrzeżeniem Cygler. Pisarka stwierdziła, że termin, o którym rozmawiają, „już się kończy”, bo widniejący wcześniej na półkach w Empiku napis „literatura kobieca”, zmienił się w napis „literatura obyczajowa”, a to według autorki oznacza, że teraz jest pisarką literatury obyczajowej. Tę teorię potwierdziła także obecność na spotkaniu czytelników płci męskiej, jak zauważyła prowadząca. „To są prawdziwi mężczyźni” – mówiła Cygler, bo „prawdziwy mężczyzna różu się nie boi” – dodała Sobczak.

ZIMNA KAWKA

Hanna Cygler

Spotkanie z Hanną Cygler, Biblioteka Raczyńskich, 22 stycznia 2019. Fot. Mariusz Forecki

Od tej chwili spotkanie zaczęło nabierać cech z jednej strony benefisu Hanny Cygler, a z drugiej trochę naprędce zorganizowanej stereotypowej kawki. Rozmówczynie mieszały pojęcia „literatury kobiecej”, popularnej, obyczajowej. A przecież zamiast posługiwać się kalkami myślowymi, wpadając w lata temu zastawione seksistowskie pułapki, mogły zrobić krok do przodu i porozmawiać o emancypacyjnym charakterze literatury pisanej przez kobiety.

Hanna Cygler często skupiała się na krygowaniu, a prowadząca na gorączkowym „dopieszczaniu autorki”. Ochy i achy nad stylem, umiejętnością opisu, pomysłowością i wyobraźnią przeplatały się z umniejszaniem własnego pisarstwa (!). Jednak przewrotnie, czego Sobczak zupełnie nie wykorzystała, pojawiały się tematy perełki, jak choćby ten o staraniach Cygler, by pisać coraz prościej, bo ludzie rozumieją coraz mniej słów; albo o wyolbrzymianiu wartości researchów, które autorka sumiennie wykonuje, a później nikt tego nie dostrzega. Świetnym wątkiem, również potraktowanym jedynie anegdotycznie, był ten o stawaniu się pisarką i o śledzeniu pierwszej napotkanej czytelniczki…

CO DALEJ?

Hanna Cygler

Fot. Mariusz Forecki

Cykl „Czy ta pani czyta” dopiero raczkuje. Być może w kolejnych odsłonach Biblioteka Raczyńskich zrozumie, że łatwo, miło i przyjemnie wcale nie musi oznaczać stereotypowo. Przecież dla fabuł literatury popularnej, w tym książek Hanny Cygler, niezwykle istotne jest tło społeczne. Pisarki i pisarze pop często zbaczają na trudne, traumatyczne drogi, tyle tylko że opowiadają o nich prostszym językiem, a tym samym trafiają do szerokiego grona odbiorczyń i odbiorców. To stanowi największą siłę popkultury.

 

Spotkanie z Hanną Cygler, Biblioteka Raczyńskich, 22 stycznia 2019.

CZYTAJ TAKŻE: W stronę konkretu. Rozmowa z Kamilą Janiak

CZYTAJ TAKŻE: Więźniowie jednego krajobrazu („Papier ścierny” Aleksandry Francuz)

CZYTAJ TAKŻE: Opowieść służącej. Spotkanie z Joanną Kuciel-Frydryszak