fot. Mariusz Forecki

W stronę konkretu

Najnowsza książka poetycka Kamili Janiak to premiera naprawdę ważna. „Wiersze przeciwko ludzkości” dokumentują zmianę i dojrzewanie poetyckiego języka: teksty, choć pozornie różne, składają się na siatkę powiązanych ze sobą wierszy, diagnozujących słabości – własne i cudze. A wszystko to w zgraniu z ilustracją.

AGNIESZKA BUDNIK: Twoje książki – najnowszy tom, „Wiersze przeciwko ludzkości”, ale też poprzedni, „zwęglona jantar” – są mocno związane z grafiką, obrazem.

 

KAMILA JANIAK: Ilustracje w „zwęglonej jantar” wykonał Grzegorz Szyma, mój kolega z zespołu Das Moon, malarz i grafik. Pracowaliśmy razem przy trzech płytach. Bardzo podobało mi się to, jak rozumie wszystkie sprawy, o których pisałam i o których mu mówiłam. Przygotował więc grafiki bez jakiejkolwiek mojej ingerencji. Były świetne, a do tego w tamtym momencie skutecznie i celnie oddawały nastrój tekstów ze „zwęglonej”.

 

Chociaż bardzo się przed tym bronię, to lubię symbole – traktuję na przykład niektóre moje tatuaże jak pamiątki czy ostrzeżenia, które mówią mi: „pamiętaj, że tak było”, „pamiętaj po to, aby tego nie powtarzać”.

Również dlatego wytatuowałam sobie ilustrację Grzegorza, którą stworzył do „zwęglonej” – na jednej ręce noże kuchenne i czarnowłosą kobietę – jako pamiątkę po natręctwach, jakie miewałam swego czasu, a na drugiej psychodeliczną czarną dziurę oznaczającą nieskończony chaos, z którego trudno się wydostać.

 

W „Wierszach przeciwko ludzkości” to już nie tyle ilustracje, ile ścisła współpraca twoich tekstów z grafikami Aleksandry Wasilewskiej ze Staromiejskiego Domu Kultury. Słowa wchodzą tu w interakcję z grafiką, tworząc coś w rodzaju plakatu porażającego krótką i celną frazą.

Uważam, że nie istnieje coś takiego jak jedna i obowiązująca interpretacja. Dlatego też z jednej strony bardzo się cieszę, że Ola mogła przełożyć moje wiersze na swoją grafikę zupełnie bez mojej ingerencji. Z drugiej strony nigdy nie prosiłam nikogo, żeby zilustrował moje książki. To się po prostu przydarzało. Kiedy ktoś proponuje mi włączenie grafik, mówię: „weź ten tomik i stwórz cokolwiek, gdziekolwiek, co tylko cię zainspiruje”. Wtedy powstaje wartość dodana, z fuzji dwóch horyzontów.

Zupełnie (i nigdy) nie będę wpływać na to, w jaki sposób ktoś rozumie mój tekst i co w nim widzi, bo jest to dla mnie całkowicie sprzeczne z tym, do czego służy jakakolwiek sztuka. Zawsze jestem ciekawa, jak ktoś, kto nie pisze lub pisze rzadko, odbierze te teksty. Jak je zilustruje, będąc artystą. Dla mnie to świetne przeżycie, kiedy ja daję od siebie „coś”, a odbiorca dokłada do tego swoje „coś”, dzięki czemu razem zyskujemy wartość dodaną. Dlatego decyduję się na współpracę z graficzkami i grafikami, jak i na samo pisanie w ogóle.

 

Poprzedniej książce towarzyszył miejscami dość specyficzny odbiór, związany raczej z płciowymi uprzedzeniami: poczucie niewygody, zarzuty nadużywania przez ciebie wulgaryzmów, teatralności gestów. Często mierzysz się z krytyką twórczości ze względu na płeć?

Kamila Janiak, „Wiersze przeciwko ludzkości”, il. Ola Wasilewska, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2018.
Spotkanie z autorką w ramach cyklu Seryjni Poeci #58 (Krzysztof Gryko, Kamila Janiak), CK Zamek, Scena Nowa, 29.01.19. godz. 18.

Cóż, każdy naprawdę ma prawo napisać i rozumieć sobie to, co chce. Zdaję sobie sprawę, że odkąd zaczęłam pisać, wielokrotnie używałam w tekstach wulgaryzmów. Rozumiem, że przeklinanie budzi w niektórych ludziach dyskomfort, że wolą użyć innego słowa niż przekleństwo, ale jest bardzo duża różnica pomiędzy „kurwa” a „ojej”. Kiedy myślę „kurwa”, to nie mogę później – opisując tę myśl – użyć słowa „ojej”.

Wiele osób chciało mi coś na początku pokazać, jak pisać, jak nie pisać, co jest bardzo zabawne z perspektywy czasu. Młodej osobie bardzo trudno rozpoznać, kto naprawdę udziela dobrych rad z dobrej woli, a kto nie może po prostu powstrzymać się od mądrzenia. Zawsze znajdą się ludzie, którzy dają „rady”, mówiąc „zrobiłabym/zrobiłbym to inaczej”. W porządku, mogę posłuchać, ale ilu ludzi, tyle pomysłów.

Serio, ludzie, którzy naprawdę chcą dla ciebie dobrze, to często ci, których słyszysz słabo, na końcu, do których musisz sama dotrzeć, sama zapytać. Miałam i nadal mam to szczęście, że pisanie jest jedną z wielu rzeczy, którą robię, dlatego nie mam ciśnienia. Moja ambicja to bardzo skomplikowany twór, który rozkłada się na wiele projektów. Nawet robienie na drutach (tak, tak!) jest jej częścią. To naprawdę daje dużo spokoju. A co najważniejsze – duży dystans do siebie i ludzi, którzy czują nieodpartą potrzebę pouczania, poprawiania czy cokolwiek sobie akurat wymarzyli.

 

Jesteś też wokalistką. Jak odnosisz się do tego, że o twoich tekstach mówi się jak o piosenkowej frazie? Nie jest to zbyt dużym uproszczeniem?

Bardzo lubię rytmiczne teksty. Lubię rymy, zwłaszcza kiedy pojawiają się nie na początku ani nie na końcu wersu, ale gdzieś pośrodku, napędzając cały tekst, nadając mu niesamowite flow. Ta energia utworu jest chyba najważniejsza, nieważne – w wierszu czy w piosence. O ile rzeczy nie dzieją się na siłę, to nie przeszkadza mi takie kwalifikowanie tego, co piszę.

Twoje wiersze stały się także częścią antologii „Zebrało się śliny”, mającej między innymi pokazać zaangażowaną stronę młodej poezji. Co sądzisz więc o zaangażowaniu poezji?

Sprawa jest dla mnie dosyć jasna. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek poglądy, które w jakikolwiek sposób przenikają czy to w lewicowy, czy w prawicowy sposób do wiersza, to już mamy do czynienia z tekstem zaangażowanym. Nie da się nie być zaangażowanym w rzeczywistość. Tylko tyle i aż tyle.

 

Jeżeli spojrzeć na „zwęgloną jantar”, to jest to poetycki głos składający się z wielu pomniejszych „złostek”, co sumuje się w poczuciu silnej i porażającej złości. Twoja najnowsza książka jest jednak dużo spokojniejsza.

Kamila Janiak

Kamila Janiak, fot. Mariusz Forecki

Najnowszy tom był pierwszym zbudowanym wokół konkretu. Pierwszym, nad którym tak naprawdę usiadłam i który dopracowałam koncepcyjnie. Myślę, że bardzo to widać. Wiersze ze „zwęglonej jantar” były bardzo „w momencie”, kiedy się ukazały. To zapis paru długich lat totalnej dekonstrukcji emocjonalnej. Kiedy wzięłam je jakiś czas po wydaniu do ręki, zobaczyłam jak strasznie dużo tam rozdygotania. Z kolei „Wiersze przeciwko ludzkości” to przepracowanie „zwęglonej jantar”, uzupełnione o wnioski, inne spojrzenie, a nawet w pewnym sensie spokój. Stwierdziłam, że nie będę ukrywać się za figurą „podmiotu lirycznego”, każdy poeta, każda poetka, pisze teksty bardzo mocno naznaczone własną historią.

 

Dla mnie nowa książka jest takim samym przepracowaniem, jakiemu poddałam swoje życie, samą siebie i swój charakter. Naczelną koncepcją w „Wierszach przeciwko ludzkości” było więc zachowanie dystansu.

A wszystko to na rzecz mniejszego ładunku emocjonalnego i skupienia się właśnie na samym konkrecie. O ile w „zwęglonej” naczelną rolę odgrywał rozedrgany, dyszący obraz, o tyle tutaj skupiam się na konsekwentnej redukcji i przeniesieniu punktu ciężkości na pozycję narratora, a nie dygoczące „ja”. Ma być czysto i precyzyjnie.

 

A potem dociera do nas tytuł nowej książki: „Wiersze przeciwko ludzkości”. To kontynuacja wcześniejszego patrzenia na rzeczywistość czy tylko nawiązanie do popularnej gry?

Kamila Janiak

Kamila Janiak, fot. Mariusz Forecki

I jedno, i drugie. W grę grałam wielokrotnie, jest przecudowna. Mając już połowę tekstów i koncepcję tomu, szukałam tytułu bez patosu, bez mądrości, bez pięknych słów. Co do kontynuacji – o ile poprzednie książki były rozemocjonowane, roztrzepane, z dużą liczbą słów, o tyle w „Wierszach przeciwko ludzkości” narrator spogląda na rzeczywistość chłodnym okiem. Nadal patrzy na to samo, jest absolutnie niezadowolony, wręcz dramatycznie rozczarowany, ale zrobił krok w tył, oddalił się i zobaczył więcej.

Jako autorka też jestem dramatycznie rozczarowana ludzkością. Nie muszę chyba dodawać, że w tym i samą sobą jako składową tejże ludzkości. I – jak lubię z moim chłopakiem komentować rzeczywistość – zginiemy wszyscy.

 

A co drażni cię najbardziej?

Głupota. Brak refleksji nad tym, co się robi. Przeraża mnie zwłaszcza krótkowzroczność. O niej też są te wiersze, choćby w kontekście klimatycznym i niedawnego szczytu w Katowicach.

 

Można oczywiście patrzeć na siebie jak na kropkę na osi czasu, ale przecież, czysto teoretycznie, powinno się myśleć trochę bardziej grupowo. O tym, żeby jednak żyć razem, współegzystować, a nie niszczyć się wzajemnie.

Wiem, że to, co mówię, jest strasznie banalne, ale prawdziwe. Ile można patrzeć tylko na siebie i udawać, że „nie ma reszty”? Że to, co ja robię, teraz nie ma wpływu na to, co będzie? Spoiler alert – wszystko ma znaczenie. Życie może nie ma celu, ale to, co robisz w życiu sobie, innym etc., ma znaczenie. Ta sprawa po prostu mnie przeraża. Zwłaszcza że od dziecka mam poczucie, że początek końca jest tuż za rogiem.

Nie proponujesz programu naprawczego. Zatrzymujesz się na postawieniu przed ludzkością lustra, sugerując, że dobrze byłoby się otrząsnąć.

 

Chciałabym, żeby te wiersze były takim właśnie lustrem. Zupełnie nie mam jednak na myśli moralizatorskiego tonu. Ja po prostu patrzę. Jak mówiłam wcześniej – narrator cofnął się o krok i widzi więcej. Człowiek nie zmieni się, dopóki naprawdę nie będzie tego chciał. Nikomu nie można grozić ani zmuszać, można namawiać, ale to po prostu nie ma sensu. Człowiek musi chcieć sam. A ludzie nie lubią przyznawać się do błędu. A jadem naprawdę można pierdolnąć, tylko po co?

 

Nie wierzę już w ludzkość, naprawdę. Poddałam się i czuję dzięki temu spokój, nawet w życiu codziennym.

Nie jestem aktywistką. Mam swoje poglądy, ale nie wierzę w zmianę „zarządzoną”, chociaż znam wielu wspaniałych ludzi, którzy na zmiany na lepsze ciężko pracują. Nie wierzę w społeczność, w nas, w ludzkość. Zostałam ze swoją bezradnością, bez mocy sprawczej. Dalej robię to, co do mnie należy, to, co uważam za dobre i niekrzywdzące, skupiam się na tym, co mogę zrobić. Ja jako jednostka.

 

Nie zatrzymujesz się przy tym tylko na utyskiwaniu na Polskę. Punktujesz przede wszystkim samotność.

Kamila Janiak

Fot. Mariusz Forecki

Polska jest jak każde inne miejsce na świecie. W niektórych żyje się po prostu dostatniej, w jeszcze innych biedniej. Ale kiedy spojrzy się szerzej, ludzie wszędzie są tacy sami.

Odbyłam kiedyś bardzo długą dyskusję na temat tego, co tak naprawdę szkodzi nam wszystkim. Mówi się, że system. No dobrze, jest źle, ale nie jest tak, że byli sobie szczęśliwi ludzie i nagle pojawił się zły system. To ludzie go wypracowali. Wypracowują go codziennie. Na swój obraz i podobieństwo swoje. Nie pokładam zbyt dużych nadziei w tym, że sama zmiana systemu zmieni nasz los na lepsze. Bo do tego potrzeba równolegle zmiany wewnątrz ludzi.

 

Zdystansowanie się od wspólnoty, która kieruje się zniszczeniem, przy jednoczesnym osobistym zaangażowaniu, robienie tego, w co się naprawdę wierzy, brzmi jednak jak nie najgorszy program naprawczy. W nowej książce pojawiają się teksty, które wyraźnie odstają od tego pesymistycznego nastroju.

To prawda. Do „Wierszy przeciwko ludzkości” włączyłam też inne teksty, trochę bardziej obrazowe i plastyczne. Nie powiedziałabym, że są pozytywne, afirmatywne czy że są konkretnym programem naprawczym. Są akceptujące. Zostańmy przy takim stwierdzeniu. Są po prostu ładne, mówią choćby o tym, że poranne słońce naprawdę jest piękne. Jest z nimi trochę jak z ostatnią fazą żałoby – to akceptacja.

 

 

Chwilę więc o tym. W nowej książce dopuszczasz do polifonii. Rezygnujesz z jednostajnej opowieści wiedzionej pojedynczą emocją czy sytuacją, decydujesz się na uderzenie w kilka czułych strun jednocześnie. To już nie tylko nienawiść, to troska o środowisko, to miniatury poetyckie, zgrabne obrazki z życia codziennego, jak i krótkie dosadne teksty o wyważonej frazie. Sprawdzasz różne konwencje. Wchodzisz w język sentymentalizmu, piszesz wiersze o miłości i piaszczystej plaży, żeby zaraz potem zahaczyć o zmiany klimatyczne i opowiedzieć o figurze matki.

W pewnych wymiarach to rzeczywiście mogą być teksty pozytywne, szczególnie w ujęciu jednostkowym, a nie masowym, właśnie przy założeniu, że ludzkością jestem też ja sama. „Wiersze przeciwko ludzkości” byłyby więc akceptujące, bo przed samą „pozytywnością” jeszcze się wzdragam.

 

Wywołałyśmy już też teksty o matce. One zawsze ważą w literaturze podwójnie, są też osadzone w konkretnej tradycji.

Kamila Janiak

Kamila Janiak, fot. Mariusz Forecki

Matka jest tu traktowana symbolicznie. To bardzo trudne do opisania. To pewna rola, która kobiecie może się po prostu przydarzyć. Przez pewien czas byłam blisko jej doświadczenia. Opcja, którą należy brać pod uwagę, choć oczywiście nie trzeba jej wybierać. Podejrzewam, że kobiety często jednak o niej myślą.

Matka jest postacią, z którą ma się duży kontakt, zwłaszcza w dzieciństwie. Jest też osobą, która wiele w naszym życiu determinuje. To z nią dziecko spędza więcej czasu, tak przynajmniej działa to w mojej rodzinie. Odblaski tego, co mogłoby się wydarzyć, jeśli miałabym zostać matką, są dla mnie jak świat równoległy, w którym można zastanawiać się, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym na tę rolę się zdecydowała.

 

Niektóre z ostatnich tekstów wydają się zbliżone do opisywanego przez ciebie doświadczenia. Piszesz w nich o cielesności, w sensualny i somatyczny właśnie sposób.

Jestem w tych tekstach przede wszystkim samoświadoma, również cieleśnie. Pisanie jest dla mnie jak proces fizjologiczny. Coś narasta we mnie tak długo, dopóki nie ubiorę tego w odpowiednie słowa, nie przyporządkuję do właściwej emocji. Przy tym konkretnym tomie, w momencie, kiedy czułam rzeczoną potrzebę ubrania uczuć, reakcji czy obrazów w słowa, powtarzałam sobie, że muszę się bardzo, ale to bardzo skupić. Musiałam – i chciałam – wyrzucić wszystkie niepotrzebności. Sama esencja. Czasem trudno było się powstrzymać i za bardzo nie rozpędzić przy pisaniu szczególnie złożonych porównań. Dobierałam dokładnie te słowa, które miały pojawić się w takiej, a nie innej kombinacji. Przede wszystkim widziałam tekst za pomocą obrazów. Skupiałam się też na tym, żeby zminimalizować liczbę słów. Chciałabym, żeby z tym tomem było inaczej niż z wcześniejszymi książkami. Żebym mogła sięgnąć po niego za dziesięć lat i być pewną, że udało mi się oszczędnie i trafnie napisać o tym, co było dla mnie ważne.

 

KAMILA JANIAK – napisała cztery książki: „frajerom śmierć i inne historie” (2007), „kto zabił bambi” (2009), „zwęglona jantar” (2016), „Wiersze przeciwko ludzkości (2018). Śpiewa i pisze teksty w zespołach: DAS MOON, We Hate Roses, Krůk, Delira & Kompany, Tak Zwani Mordercy. Chce jeszcze więcej.

 

CZYTAJ TAKŻE: Więźniowie jednego krajobrazu („Papier ścierny” Aleksandry Francuz)

CZYTAJ TAKŻE: Jakub Sajkowski – wiersze 

CZYTAJ TAKŻE: Poezja i dobro wspólne: „Ofiarowanie Ifigenii” Zbigniewa Herberta