fot. Michał Murawski

Dawid Podsiadło: Łamacz stereotypów

Kto miał szczęście zobaczyć koncert z „Małomiasteczkowej Trasy” wie, że Dawid Podsiadło znów postąpił wbrew regułom – przeboje w kształcie, jaki znamy z jego albumów, uległy przeobrażeniu, które trudno nazwać inaczej niż wzbogaceniem.

NIE MA HAL?

Początek tej historii to zapewne zima 1973 roku. Anonimowy robotnik pracujący przy wykończeniu kopuły powstającej właśnie hali Arena nieprawidłowo mocuje sześciometrowy element konstrukcyjny. 27 listopada 2018 roku – czyli już po 45 latach – podczas rutynowej próby przed koncertem belka (potem pieszczotliwie nazywana „sześciometrową żyletką”) nie wytrzymuje potęgi brzmienia chóru Gregorian i z hukiem ląduje na słynnym owalnym parkiecie, w którego szparach nazbierały się krew, pot i łzy, przelewane przez koszykarzy, bokserów, raperów, „Dziecko potrafi”, a nawet Tinę Turner. Moment najgorszy z możliwych: dokładnie za tydzień ma tu zagrać Dawid Podsiadło. I to trzy razy.

Trudno o gorszą chwilę na obstrukcję zdekonstruowanej konstrukcji. O ile odwołanie występu pop-mnichów to hiobowa (pozostając przy metaforyce mistycznej) wieść wyłącznie dla ich fanów, o tyle widmo odwołania koncertowego hat tricka króla polskiego alternatywnego popu podgrzewa Poznań do czerwoności.

Złośliwie przerobiony refren „Nie ma hal” niesie się po Fejsie, aż dociera na szczyt iglicy, gdzie obraduje zarząd MTP. „Jak to nie ma hal?” – dziwią się prezesi (spoglądając na kilkadziesiąt hal targowych), wybierają jedną z największych i kryzys zostaje opanowany. Dawid przyjeżdża i ogląda go na żywo w Poznaniu w sumie ponad 15 tysięcy widzów. A to tylko trzy z trzynastu koncertów w największych polskich halach, które nagle stały się za małe, by pomieścić wszystkich chętnych.

MAŁOMIASTECZKOWE TANGO

Malowniczość poznańskiej historii tegorocznych koncertów Dawida wpisuje się całkiem zgrabnie w jego artystyczną biografię: chłopak z Dąbrowy Górniczej runął na polską scenę muzyczną niczym śmiercionośna żyletka i zamknął na klucz nie tyle areny, co nienaruszalne branżowe zasady, stereotypy i mity.

Koncert Dawida Podsiadło, 6 grudnia, Hala 3A MTP

Uczynił to niewiarygodnie szybko: jeszcze w lipcu 2012 roku z trudem mieścił się ze swym zespołem Curly Heads na scence koncertowego tourbusa Red Bulla podczas konkursowych prezentacji festiwalu w Jarocinie. W listopadzie 2018 roku to jego autorska scena z trudem zmieściła się w jednej z największych hal na poznańskich targach. Wtedy 50 osób pod sceną, dziś – 5000.

Wyliczankę sukcesów Dawida Podsiadło można by kontynuować długo, coraz trudniej natomiast znaleźć dla nich porównywalną skalę, przynajmniej na lokalnym podwórku. Ostatnim wykonawcą, który wyprzedał Arenę trzykrotnie pod rząd było Ich Troje, 17 lat temu. Niezagrożony jest chyba milionowy nakład płyty Budki Suflera „Nic nie boli tak jak życie”, ale tylko dlatego, że Dawidowi przyszło dzielić się swą muzyką głównie poprzez Spotify i inne platformy streamingowe, z których muzyka płynie do słuchawek niczym ciepła woda z muzycznego kranu.

Liczba odsłuchów, wyświetleń, reakcji i innych rozproszonych cyfrowych mierników popularności pozwala jednak przypuszczać, że 20 lat temu wiadome tango Cugowskiego i Lipki mogłoby przegrać walkę o przebój roku z „Małomiasteczkowym”. Najlepiej ową pewność sukcesu ilustruje wypowiedź producenta Bartosza Dziedzica w wywiadzie dla „Gazety Magnetofonowej”: – Odnieść sukces z Dawidem to żadna sztuka. Natomiast zepsuć płytę Dawidowi albo Arturowi [Rojkowi – przyp. red.], a potem wyjść na miasto, to jest wyzwanie!

PRZYJAZNY CYROGRAF

Koncert Dawida Podsiadło, 6 grudnia, Hala 3A MTP

Jak wygląda recepta na tak ogromny sukces? Pomijając oczywiste i niezbędne warunki (talent, talent, jeszcze więcej talentu), a także rolę przypadku i szczęścia (sam piosenkarz lubi je podkreślać), warto zauważyć, jak wiele branżowych stereotypów udało się chłopakowi z Rudy Śląskiej obalić w niezwykle krótkim czasie.

Od czasów pierwszego „Idola” młodzi muzycy i autorzy nauczyli się na przykładach Alicji Janosz, Moniki Brodki czy Eweliny Flinty, że zwycięstwo lub wysokie miejsce w telewizyjnym talent show oznacza wieloletni cyrograf z krwiożerczą korporacją muzyczną, które daje wylansowanej młodzieży do zaśpiewania bezpłciowe piosenki z międzynarodowych katalogów.

Medialne igrzyska były co najwyżej okazją, by wprawne ucho A&R wyłowiło od razu, już na etapie pierwszych przesłuchań, jakiegoś odrzutowanego outsidera, czego najlepszym przykładem jest historia Korteza. Podsiadło obalił to przekonanie z właściwym sobie wdziękiem:

 

– Nie mam pojęcia, czemu pozwolili mi na tak wiele. Może nie spodziewali się, że to będzie duży projekt, który odniesie taki sukces i pomyśleli: „Dobra, niech robi”. I nagle się zrobiło i mówią: „Wow, to działa, niech to robi dalej” – relacjonował Podsiadło w 2015 roku.

WBREW REGUŁOM

Co czyni się zwykle, gdy wybucha popularność? Na pewno nie wraca się do swojego macierzystego zespołu kumpli z lat szkolnych, a już na pewno nie nagrywa się z nim płyty, na której okładce nie ma śladu nazwiska świeżo narodzonej gwiazdy.

 

Zamiast drugiej solowej płyty z alt-popowymi, pięknymi melodiami Podsiadło w składzie Curly Heads pozwolił sobie na dość konwencjonalną rockową jazdę i bez bólu przetrwał trasę, podczas której zamiast „Reconcile” czy „Love Again” widownia domagała się „Trójkątów i kwadratów”.

Curly Heads świata nie podbili, ale ich lider przetestował autorski model odseparowywania się na jakiś czas od swoich solowych muzycznych dzieci. Zapewne ten okres oddechu po „Comfort and Happiness” wpłynął pośrednio na świeżość piosenek z „Annoyance and Disappointment”. Po tej płycie Podsiadło znów zresztą postąpił wbrew regułom – na rok wycofał się ze wszystkich publicznych aktywności.

O zmianie stylistycznej, jaką okazał się album „Małomiasteczkowy”, trudno mówić w kategoriach przełamywania stereotypu – estrady są pełne twórców, którzy z pozycji alternatywno-rockowych krok po kroku przesuwali się w stronę opartego w dużej mierze na elektronicznych brzmieniach popu. Istotne są jednak skutki takiego kroku, także na poziomie propozycji koncertowej: najczęściej po drodze odpada duża część sprzętu, a bywa, że i personelu. Tu jako przykład kłania się chociażby ewolucja rockowych drugoligowców z Clock Machine, których dwaj członkowie osiągnęli ogromny sukces jako Bass Astral x Igo.

BALANSUJĄC NA STYKU KONWENCJI

Koncert Dawida Podsiadło, 6 grudnia, Hala 3A MTP

Kto miał szczęście zobaczyć koncert z „Małomiasteczkowej Trasy” wie, że Dawid Podsiadło znów postąpił wbrew regułom – przeboje w kształcie, jaki znamy z jego albumów, uległy przeobrażeniu, które trudno nazwać inaczej niż wzbogaceniem.

Sztandarowe „Trójkąty i kwadraty” dziewięcioosobowy zespół wykonał dwukrotnie, za każdym razem w mocno tanecznych wersjach, nader odległych od oryginału. „Najnowszy klip”, zdaniem wielu największy as nowej płyty, wzbił się na wyższy poziom aranżacyjny dzięki wyrazistym partiom żeńskiego chórku.

W przeciwnym kierunku podążyły „Nie kłami” i „Project 19”, które Podsiadło wykonał, jedynie akompaniując sobie na fortepianie, wyjeżdżającym spod sceny niczym na show Eltona Johna. Nie był to jedyny dowód rozmachu scenicznego, przykładowo samych ekranów wyświetlających realizowany na żywo obraz z kilku kamer oraz przestrzennych wizualizacji było… piętnaście.

 

Im bardziej Dawid Podsiadło bagatelizuje, umniejsza i powstrzymuje się w wywiadach od jasnego określenia swojej pozycji w polskiej muzyce popularnej, tym mocniej pracuje na to, by to od niego w przyszłości rozpoczynano wyliczankę najważniejszych autorów i wykonawców pierwszych dekad XXI wieku.

Dzieje się tak również dlatego, że balansując na styku różnych konwencji, tak na scenie, jak i poza nią, pozostaje w każdej ze swych ról wiarygodny.

Gdy więc w wywiadzie dla magazynu „newonce” wspomina o możliwości nagrania hiphopowej płyty z raperami pokroju Taco Hemingwaya, Tego Typa Mesa czy O.S.T.R., dziwić się można tylko zdziwieniu dziennikarza. Dla Podsiadły trendy są ważne bowiem tylko o tyle, o ile to on je dziś wyznacza.

MARCIN KOSTASZUK – ur. 6 listopada 1977 r. dziennikarz muzyczny, wieloletni redaktor „Głosu Wielkopolskiego”, autor scenariusza Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu, obecnie wicedyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Poznania.

 

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna #6

CZYTAJ TAKŻE: Chcę być niedookreślona. Rozmowa z Evą Navrot

CZYTAJ TAKŻE: Wena moja powszednia. Rozmowa z Pauliną Frąckowiak