fot. Archiwum redakcji

Dla kogo Nike? O nominowanej poezji z Wielkopolski

Nominacja do literackiej Nagrody Nike to wcale nie błahostka. Wyróżnienie kojarzymy raczej z pozycjami prozatorskimi albo, właściwie od niedawna, reportażami. Rzadziej w kontekście Nike pojawia się poezja. A przecież trzy na cztery nominowane książki poetyckie są właśnie z wielkopolskiej oficyny.

Gdyby pokusić się o drobną sondę na temat tego, jakie nagrody literackie przychodzą Państwu do głowy, Nagroda Nike wygrałaby nasz plebiscyt w cuglach. Drugie miejsce (nie jestem tego stuprocentowo pewna) zajęłaby Nagroda Literacka Gdynia (bo tam i esej, i przekład, i poezja, i proza), nieśmiało przemknęłaby Nagroda im. Kapuścińskiego za reportaż, nieco starsi duchem (bo przecież nie ciałem!) pamiętaliby o Nagrodzie Fundacji im. Kościelskich jeszcze sprzed przełomu politycznego. Pasjonaci i obsesyjni czytacze wymieniliby może Nagrodę Conrada  i Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza za debiut. I nie ma w tym nic wstydliwego.

Nike: wcale nie z Samotraki

Nagroda Nike przez kilkanaście lat rządziła niepodzielnie. Chociaż ustanowiono ją w 1997 roku, anonsowano ją medialnie już rok wcześniej. Format miał rzeczywiście spory rozmach: inspirowano się brytyjskim Bookerem, listy nominowanych i sama gala do złudzenia przypominały praktyki wypracowane przez filmowe Oscary.

 

Ot i ciekawostka: pierwszym laureatem został Wiesław Myśliwski. Wygrał z trzydziestopięcioletnią wówczas Olgą Tokarczuk.

 

I chociaż dziś literackiej Nike wyrosła konkurencja (największa: gdyńska), z werdyktami nagrody liczą się wszyscy w branży. Wydawcy zamawiają dodruki wyróżnionych pozycji, opatrując je znaczkiem Nike albo przynajmniej: umieszczając stosowną notkę na okładce. Nominowani udzielają wywiadów, krytycy szykują recenzję, publiczność przybywa na spotkania z nagrodzonymi.

 

Rzeczywiście, na wyciągu laureatów więcej twórców związanych z prozą, a ostatnio: z autorami książek non-fiction (zawrotna kariera tych drugich zasługiwałaby na osobną opowieść). Ale w poczcie nagrodzonych wcale nie brakuje książek poetyckich. Do tej pory wyróżniono Bronkę Nowicką, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Jarosława Marię Rymkiewicza, Tadeusza Różewicza, Stanisława Barańczaka i książkę z gatunkowego pogranicza autorstwa Czesława Miłosza. Teraz do słynnych i świetnych może dołączyć z Wielkopolski trójka nominowanych w tym roku twórców.

Od wydawcy do nominacji

Na długiej liście dwudziestu pozycji zauważonych przez jurorów znalazły się aż cztery poetyckie książki. Żeby tradycji stało się zadość, aż trzy z nich opublikowała wielkopolska oficyna: Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Mowa o tomach poetyckich Justyny Kulikowskiej, Edwarda Pasewicza i Jacka Podsiadły. Każda z książek jest osobna, każda pochodzi z innego etapu twórczego, każda proponuje inny język opisu rzeczywistości.

1. Justyna Kulikowska, „Tab_s”

Zacznijmy więc od poezji najmłodszej. Po rozkrzyczanym i buzującym od gniewnych emocji „Hejcie” przyszedł czas na książkę drugą. Wycyzelowaną, przemyślaną od pierwszego do ostatniego wiersza, godzącą w same trzewia. Tom ciąży w dwie strony: i choć nie ocenia się przecież publikacji po okładce, projekt graficzny bywa pomocny w dekodowaniu treści. Zwłaszcza, kiedy tak mocno splata się z tytułem. Tabulator kieruje nas przecież do świata techniki: Tab znajdziemy na klawiaturze (może w tej sekundzie leżącej przed nami). A stąd już blisko do kolejnego, nie tylko cyfrowo-maszynowego znaczenia.

 

 

Justyna Kulikowska "Tab_S", Wydawnictwo WBPiCAK

Justyna Kulikowska “Tab_s”, Wydawnictwo WBPiCAK

To mechaniczność wyrasta do rangi największej ludzkiej przywary. Co się za nią kryje? Automatyczne, bezrefleksyjne gesty, utarty język, powielanie zachowań, trudność w wykroczeniu poza własny horyzont, nieczułość. Z tego impasu wyrywa fraza Kulikowskiej – poetka celnie wskazuje, w jaki sposób mechanizm wciąga nas w swoje tryby, przeżuwa i zostawia z empatią ograniczoną do minimum. Kulikowska pokazuje też, jak często sami pragniemy być do tego mechanizmu wciągnięci: żeby nie odstawać, żeby nie czuć się obco.

 

Drugim znaczeniem jest przecież tabs: tabletka, lek, psychotrop, narkotyk. Z tej perspektywy książka poetki jest o zatraceniu, zapadaniu się, rozliczaniu ze samą sobą. Bo „Tab_s” jest też o własnym doświadczeniu, o ścieraniu się z własnymi, gwałtownymi emocjami.

 

żryj to, jak żre ciebie

 

moment, w którym farbujesz włosy na blond, by zostać nową

Sharon Tate (tak postąpiła twoja matka, a przed nią jej matka).

czy istniały wtedy filmy, z kobiecym lektorem, których

nienawidzisz.

 

wstydzisz się przyznać. wczoraj na chujowej randce deklarowałaś:

feminizm, pacyfizm i resztę gamy pojęć.

 

moment, w którym wyciszasz dźwięk, by dokręcać w sobie

śrubkę za śrubką, aż zapłaczesz: czy wiedziałaś, że ten mechanizm

musi działać

2. Edward Pasewicz, „Sztuka bycia niepotrzebnym”

W wielu aspektach naprawdę trudno myśleć i mówić o współczesnej poezji bez Edwarda Pasewicza. Przez wiele lat poeta, dramaturg, prozaik i kompozytor był związany również z Poznaniem. Dość powiedzieć, że tytuł jego poetyckiego debiutu to „Dolna Wilda”, a migawki ze stolicy Wielkopolski były ważną częścią kryminalnej powieści „Śmierć w darkroomie”. I chociaż twórcę spotkamy teraz raczej wśród uliczek krakowskiego Kazimierza, dzieła Pasewicza wpłynęły na charakter Poznania: zwłaszcza barowego, queerowego i po prostu: artystycznego.

 

 

Edward Pasewicz "Sztuka bycia niepotrzebnym", Wydawnictwo WBPiCAK

Edward Pasewicz “Sztuka bycia niepotrzebnym”, Wydawnictwo WBPiCAK

Poezja Pasewicza często bierze się z codziennego nasłuchiwania, z nomadycznych wędrówek, pielgrzymek po kawiarniach czy pubach. I epifanii: nagłych zachwytów, upojeń ciałem, przeradzających się w niezwykle sensualne i intymne wiersze, w których nie brak buddyjskich śladów.

 

„Sztuka bycia niepotrzebnym” częściowo również opiera się na wspominanym podsłuchiwaniu. Tym razem jednak Pasewicz nie zbiera do książki zasłyszanych historii i fraz, nie dzieli się też tylko intymną perspektywą, ale jest w samym centrum społecznych wydarzeń. Przy czym nominowany do Nagrody Nike tomik jest przede wszystkim o nienawiści. Chociaż trudno sprowadzić poezję Pasewicza tylko do jednej linii interpretacyjnej, ostatni tom poetycki wydaje się szczególnie bolesny z powodu osobistego doświadczania wykluczenia ze względu na orientację seksualną w kraju, który radykalizuje się w zastraszającym tempie. „Sztuka bycia niepotrzebnym” to zapis tej radykalizacji: to opowieść o uniwersalnym strachu i udręczonym umyśle.

 

 

Umysł udręczony

 

Udręczony umysł buduje miasto,

które istnieje jako odbicie w twojej źrenicy.

 

Udręczony wyobraża sobie ulice, gdzie nie ma

faszystowskich młodziaków, biskupich pałaców,

klasztorów, zmowy milczenia, przegranych powstań

upiorów z przeszłości i wiecznego stękania

o Bożej miłości, nie ma parad, walki o godność

i nikt nikomu niczego nie zabrania.

 

Udręczony umysł buduje miasto

i z niego jest zbudowany.

3. Jacek Podsiadło, „Podwójne wahadło”

Są też poeci współcześni, którzy są legendami już za życia. Nie inaczej jest w przypadku Jacka Podsiadły: pisarza związanego z „bruLionem”, laureata Nagrody im. Fundacji Kościelskich (1998), już sześciokrotnie (!) nominowanego do omawianej Nagrody Nike, z Wrocławską Nagrodą Poetycką „Silesius” za całokształt twórczości (2015) i Nagrodą Poetycką im. Wisławy Szymborskiej (2015) na koncie. Półka nagród jest rzecz jasna i imponująca, i onieśmielająca. Dlatego też „Podwójne wahadło”, poetycka książka nominowana do Nike w tym roku, jest tak szczególna w dorobku Podsiadły. Dlaczego?

 

 

Jacek Podsiadło "Podwójne wahadło", Wydawnictwo WBPiCAK

Jacek Podsiadło “Podwójne wahadło”, Wydawnictwo WBPiCAK

Bo poeta sam zdaje sobie sprawę z upływu czasu i długiej kariery. Tym bardziej uderzające są wiersze zabarwione nostalgią: te pytające o miejsce doświadczonego twórcy we współczesnym świecie, jak i te o blaknących zdjęciach z Holokaustu. Mało powiedzieć, że Podsiadło jest zadeklarowanym pacyfistą. Nie brak więc w ostatniej książce poety (i felietonisty „Tygodnika Powszechnego”) świadectw Zagłady, opisywania świata cierpienia, o którym pamiętamy coraz mniej.

Ton rozliczeniowy sięga jednak dalej: sporo w „Podwójnym wahadle” odniesień do biografii, do relacji rodzinnych, do dawnych bohaterów lektur, do badaczek-polonistek (wystarczy, że konspiracyjnie wspomnę tu tylko o Lucylli Pszczołowskiej). To wiersze poszukujące balansu: między świeżym językiem a klasyczną formą, między potrzebą ciągłego wyrażania a trudem mówienia czegokolwiek po mrokach XX wieku. To właśnie „Podwójne wahadło”.

 

up ze słów

Jej zdjęcie zblakło.

Cień cienia cienia.

Dziewczęce światło

szuka skupienia.

Poważna Bela

znajduje rymy

dla Izraela,

dla Palestyny.

Nie pokazuje

nikomu wierszy.

Jednak się czuję

dzięki nim śmielszy,

skoro straciwszy

brata w Powstaniu,

rodziców w Auschwitz,

chciała żyć za nich

i jeszcze właśnie

wierszom powierzyć

ogień: gdy gaśnie

i gdy się szerzy.

Tam, gdzie kurs życia

spada do zera,

życie opiera

wartość na zerze,

pustym nakryciu,

próżnej ofierze.

Poezja także

Tam była w cenie,

jak kwit, niemalże

ubezpieczenie –

liche, na opak,

ale jedyne.

Jak to, gdy chłopak

wiersz da dziewczynie.

Jacek Leociak

w „Biografiach ulic”

pisze, że chociaż

wszyscy Tam czuli

głód, wprost tortury

głodu na co dzień,

to głód lektury

też był w tym głodzie.

Cervantes. Tołstoj

i „Zmartwychwstanie”.

I „Kwiaty polskie”

przeszmuglowane

z aryjskiej strony.

Głód czegokolwiek,

głód nieskończony

spędzał sen z powiek,

lecz, choć nie znikał,

mniej może dręczył,

gdy ktoś Bialika

mówił z pamięci?

Kirman, Szajewicz

i Kacenelson,

nawet Tam, Wtedy

– ufali wierszom.

Suckewer. Szlengel.

Jakbym grał w jengę

i odejmował

ciężar od słowa.

zabrać ze sobą

maksimum szkopów,

obmierzłych szwabów

warczących obok.

Czarne Makabi.

Śmierć, sukinsyny.

I wino walki

do głów uderza

a w Domu Bałki

ktoś już przymierza

jej sukienczyny

i jedną chustkę.

Serce dziewczyny

odmierza pustkę

równiutką porcją,

miarką codzienną.

Już jest na dworcu.

Żegnaj, Kamienno.

Gdy świat się wali,

to maszt się chwieje.

W Kielcach w kibucu

młodzież się uczy

żyć i ocalić

jakąś nadzieję.

Żydowski nierząd

prosi się kija,

Kielce należą

dziś do chrześcijan.

I Hitler żydom

też nie poradził.

Na Plantach siedem

tłum się gromadzi.

Żydków z nieszczęścia

i ran się leczy

kijem i pięścią.

Ogniem i mieczem.

W tłumie Polaków

stoi tam w dole

sto moich Matek,

prawdziwych Polek.

W pracach Joanny

Tokarskiej-Bakir

był przedstawiany

też typ i taki,

nikt jednak lepiej

ode mnie nie wie,

jakich zaślepień

i zacietrzewień

sięga i jakich

upadku wyżyn

duma Polaków

pod Świętym Krzyżem,

jak się zaperza

lud świętokrzyski,

gdy Żyd z talerza

je, a on z miski

i jak się stara

kielecka jędza,

gdy ją napędza

mądrość jej księdza,

małość i wiara,

scheda pokoleń

i własna nędza,

jak wchodzi w rolę,

gdy po Żydówce

przymierza chustkę

jakby mierzyła

aureolę,

jak jej na czole

nabrzmiewa żyła,

jak przekonuje

się własnym wrzaskiem,

że przyszła w chustce

i w stanie łaski.

Mamusiu. Mamo.

Święte obrazy

przeczą swym ramom.

I tyle razy

pytano mnie o

pogardę świata,

skąd to się wzięło.

Przeszły więc lata

chude i szpetne.

Ponad trzydzieści.

I w Beli Gertner

rodzinnym mieście

często po cyrku

szkolnych niedoli

szliśmy na kirkut,

żeby do woli

„pieprzyć to wszystko”

i przy ognisku,

nim żar się zwęgli,

gnieść butem iskry,

kląć na potęgi

i na ułamki,

grać w pici-polo

na małe bramki,

jeść, pić i palić,

wrzeszczeć „niech żyje”,

zbierać po pysku

i dawać w szyję,

pluć i mieć w nosie

szkołę i pracę.

A sikać szło się

wśród krzywych macew.

Zacznę od końca.

Przeżyję Ojca,

przeżyję brata.

Znów przejdą lata.

Znów ze trzydzieści.

W Ostrowcu pomnik.

W swej opowieści

Rubin Katz wspomni

podkochiwanie

się w małej Beli

i to wyznanie

też mnie ośmieli.

Spróbuję zacząć.

Znowu na nowo.

Słowa coś znaczą.

Wierzę na słowo.

Że była mała,

wiem z protokołu

oględzin ciała.

Czasem z popiołów

coś blado błyśnie.

Coś z biżuterii?

Może coś z Miśni?

Nitki, literki.

Zdania zamknięte,

zaszyte w tomach

jak sny w naprędce

skleconych Domach.

Wiersz, Golem z liter

prawie skończony.

Zęby wybite.

Czaszka zmiażdżona.

Z życia są wzięte

śmierci szwadrony.

Bony wycięte.

Miód zapłacony.

 

W ciasnym i smutnym giecie

żyli sobie żydki nudno…

Rachela Ofenberg, Wysiedlenie (wiersz jedenastoletniej autorki przechowany w Archiwum Ringelbluma)

 

               Jej brat Abek Gertner był jednym z nieustraszonych bojowników poległych w Powstaniu Getta Warszawskiego. Bela […] uwielbia pisać i rymować, ale wstydzi się pokazywać swoje wiersze. […] W mojej pamięci wyryło się kilka wersów, które próbowała zrymować […] po polsku, o książkach wspomnieniowych i papierowych nagrobkach, które coraz częściej stawia się zamordowanym podczas Zagłady. Brzmiały one tak: „Góry słów – to rzecz zbyt błaha, by mogła zaświadczyć o zamordowanym dziecku, zabitym, choć niewinnym, a pisanie książek wspomnieniowych nie uwieczni Żydów, którzy spłonęli w piecach […]. Zostały tylko słowa i litery, kwitnące w popiele w postaci tomów książek z wierszami”. Bardzo utalentowana była ta piękna dziewczyna.

Rafael Blumenfeld, Kibuc Ichud ha-Naor ha-Cijoni – Akiwa w Kielcach przed pogromem

i po nim

…nr obozowy A-16910, zmiażdżenie czaszki, w szczęce górnej prawostronnie wybite jedynka

i dwójka.

                               Protokół oględzin zwłok Bajli Gertner, 5 lipca 1946 r.