fot. Marek Zakrzewski

Do Broni

O uwodzicielskiej ikonografii wojny, o fascynacji batalistycznymi obrazami i o odgrywanych wciąż na nowo rekonstrukcjach XX-wiecznych bitew z fotografką Agnieszką Rayss rozmawia Michał Sita. 

Fotograficzna praca prezentowana w poznańskiej Centrali stanowi wizualny komentarz do współczesnego fenomenu rekonstrukcji historycznych. W oscylujących na pograniczu dokumentu i fikcji malarskich krajobrazach Agnieszka Rayss buduje wyobrażony świat wojennego spektaklu. Stawia widza w pozycji odbiorcy przedstawienia pełnego sztuczek, przykuwającego uwagę, przytłaczającego swoją skalą i rozmachem.

Wystawa „Do Broni” staje się w ten sposób analizą obezwładniającej swoją atrakcyjnością, odgrywanej na nowo wojny. Artystka adaptuje znany z malarskich pierwowzorów wizualny język, przekładając go na realia bitew XX-wiecznych, odtwarzanych w czasie rekonstrukcji historycznych. Podobnie jak rekonstruktorzy buduje fikcyjną rzeczywistość, w której spektakularność opowieści o wojnie jest wartością nadrzędną.

 

Twoja praca to próba zrozumienia czym są rekonstrukcje historyczne?

To próba zmierzenia się z ruchem, jaki zaobserwowałam, z czymś, co po prostu istnieje. Kiedy zainteresowałam się tym tematem, a było to dobrych kilka lat temu, była to rzeczywistość pasjonatów, na uboczu głównego nurtu.

 

SPOŁECZNY KONTEKST REKONSTRUKCJI

Rekonstrukcje wydają się jednak jednym z głównych narzędzi aktualnej, oficjalnej polityki historycznej.

Pracowałam nad tym tematem wcześniej i nie chciałabym wchodzić w obszar ocen. Tutaj zaczyna działać skrzywienie dokumentalisty: dążenie, by nie wydawać radykalnych osądów na temat tego, co się widzi. Zainteresowałam się faktem, że są ludzie, którzy odtwarzają wojnę, chcą urealnić rzeczywistość nie tyle określonych czasów czy grup, średniowiecza czy wikingów, ile zrekonstruować niedawne wydarzenia wojenne, nadal jeszcze naznaczone traumą.

Wydawałoby się, że dominującym w społeczeństwie, czy w moim pokoleniu, uczuciem będzie strach przed wojną. Okazuje się jednak, że chęć poznania jej łączy się z chęcią doświadczenia. Stąd moja próba zrozumienia tego faktu.

 

Trudno chyba uniknąć komentarza społecznego, kiedy rewizja historii jest ważnym elementem narodowego dyskursu.

Nie chciałabym iść w tę stronę. To publicystyka często dystansuje się wobec rekonstrukcji właśnie z tego powodu, uważając je za przejaw konstruowania tożsamości w sposób podejrzany, trącący nacjonalizmem. Ale tak piszą publicyści, którzy pojechali na rekonstrukcje raz czy dwa i przestraszyli się tego, co zobaczyli. Przy badaniu rekonstrukcji potrzebny jest bardziej zniuansowany stosunek.

Rekonstruktorów charakteryzuje duży dystans do swoich działań i duża wiedza o rekonstruowanych wydarzeniach. Ale rzeczywiście rekonstrukcje bywają bardzo przydatne do konstruowania modelu patriotyzmu opartego na historii militarnej, na heroizacji wojny. Ja odnoszę się do takiego modelu z rezerwą.

REKONSTRUKTOR I GUZIKI MUNDURU

To prawda, twój projekt nie zawiera takich diagnoz. Pokazujesz materiał zrealizowany z dużą empatią dla fascynacji rekonstruktorów. Jak rozumiesz ich motywacje?

Wydaje mi się, że oni chcieliby przeżyć historię. Doświadczyć wydarzeń, które minęły, skupiając się głównie na materialnej stronie tej rzeczywistości, z naciskiem na mundury, wyposażenie, ich autentyzm. Ale też będąc ludźmi wykształconymi i znawcami okresu, który odtwarzają, z dystansem podchodzą do swojej pozycji w tym ogromnym spektaklu. Dążą do autentycznego przeżycia, do jego odtworzenia, ale są świadomi, że nie jest to do końca możliwe.

Ta dbałość o sznurówki połączona z bardzo rzetelną wiedzą historyczną jest zaskakująca i budzi szacunek. Pierwotne zdystansowanie się do tego zjawiska po prostu ci mija. Widzisz ludzi, którzy wiedzą, co robią i poświęcają na to swój czas i energię.

 

Rozróżniając rodzaje guzików, łatwo w tych detalach zgubić szerszy kontekst.

W splocie tkaniny, w jakimś rodzaju nici, wytrzymałości materiału – tak, łatwo się w tym zgubić, ale to ich wybór. Dla mnie jako fotografki, obserwatorki tego zjawiska, te detale nie mają wielkiego znaczenia. W pewnym momencie odcięłam się od nich, bo nie jest dla mnie istotne, jaki to rodzaj czołgu, jaki pojazd wojenny… Chętnie się tego oczywiście dowiem i jeśli ktoś zapyta, będę wiedziała, jak to zweryfikować.

Mój projekt dotyczy raczej patrzenia na wojnę i tworzenia jej obrazu. Uważam, że rekonstruktorzy, realizując spektakle wielkiej skali, jak ten na Helu na przykład, zajmują się tworzeniem obrazów historycznych.

 

Dlatego moje fotografie są podobnego rodzaju konstruktem – obrazem wojny.

Nie komentują, jak wojna wyglądała naprawdę, ale raczej analizują jej obraz i symbolikę, jaką widziałam już wcześniej, krążącą gdzieś w głowach, używaną w tych realizacjach.


Jaki jest zatem ten rekonstrukcyjny obraz wojny?

Przy okazji niezbyt udanego spektaklu jeden z uczestników powiedział: „Rekonstrukcje trzeba umieć robić”. Po prostu trzeba umieć ten obraz złożyć poprawnie. Tak jak malarstwo batalistyczne XIX wieku – rekonstrukcje to sytuacje, które muszą widza wciągnąć. Muszą powalić na kolana, żeby przed tym obrazem klęknął. Żeby sobie pomyślał: „Ale było! Ta wojna to jednak poważna sprawa”, albo: „Wojna to straszna rzecz”.

FIKCJA HISTORII

Twój wizualny komentarz do tego świata jest równie spektakularny. Z czego złożone są „krajobrazy z wojną” – zdjęcia prezentowane w Centrali?

Mierzyłam się z tym dosyć długo i z różnych powodów nie pasowało mi zrealizowanie klasycznego dokumentalnego cyklu, zaproponowałam więc coś innego, choć od dokumentalnego podejścia nie uciekam. Prace wideo – a jedna z nich to główny element tego projektu – są czysto dokumentalną rejestracją.

W fotografiach krajobrazy z mojego archiwum łączę ze zdjęciami, które zrobiłam w czasie rekonstrukcji. Kombinuję ich fragmenty, budując sceny kojarzące się z wojną, dodaję maszynerię kupioną na stocku, znalezioną w odmętach internetu.

 

Bardzo mnie przekonuje ten gest komentowania pewnej fikcyjnej wizji wojny, budowanej w czasie spektakli. Przekonuje fikcją, jaką proponujesz w galerii. Nie pozwalasz widzowi połapać się w tym, kiedy i gdzie ingerujesz w swoje wyobrażone sceny batalistyczne. Odnosisz się w ten sposób do fikcji historii?

Dla mnie to nie fikcja historii, ale fikcja odtwarzania historii. Zadaję pytanie, z czym tak naprawdę mamy do czynienia, pytanie o sposób, w jaki próbujemy dotknąć przeszłych wydarzeń.

Agnieszka Rayss, „Do broni”, galeria CENTRALA

Wystawa Agnieszki Rayss, „Do broni”, galeria CENTRALA, fot. Anka Gregorczyk

W rekonstrukcjach obserwuje się spektakl. Pozostając blisko wydarzeń, czuć zapach spalenizny, widzowie obsypani są pyłem. Toczy się wojna, jest tam walka, ogień, słychać strzały i widać, że ludzie padają. Ale jednocześnie zdarzenia trwające kilka dni są skondensowane do godziny. Potrzeba narratora komentującego, co aktualnie dzieje się na scenie, bo widz nie jest w stanie tego samodzielnie odczytać.

Czy rekonstruuję fikcję? Raczej odtwarzam jakieś obrazy krążące w ikonografii i zadaję pytanie, czy wierzymy w to, co widzimy, czy jesteśmy w ogóle w stanie w to uwierzyć i dlaczego.

 

Mimo że z dużym wyczuciem podchodzisz do tej wizualnej rzeczywistości, od pytania „co wynika z zabawy w wojnę?” nie da się uciec. Umieściłaś w galerii pewne krytyczne tropy, które zawierasz w swojej pracy. Zastanawiając się, do czego te rekonstrukcje służą i co dają ludziom, którzy w nich uczestniczą – do jakich wniosków dochodzisz?

Rekonstruktorzy mają sporo dystansu wobec tego, co robią. Dość świadomie podchodzą do problemu, czy doświadczenie historii jest w ogóle możliwe. A ja po prostu ich działania komentuję, jednocześnie tworząc równoległą rekonstrukcję.

Agnieszka Rayss, „Do broni”, galeria CENTRALA

Wystawa Agnieszki Rayss, „Do broni”, galeria CENTRALA, fot. Anka Gregorczyk

Książka „Dziedzictwo w Akcji” – pierwszy w Polsce zbiór badań na temat rekonstrukcji – mówi o tym, że jest to po prostu sposób spędzania czasu. Trzeba pamiętać, że rekonstruuje się różne rzeczy, nie tylko XX-wieczne wojny, ale też na przykład wczesne średniowiecze: ludzie tkają na krosnach, szyją lniane ubiory, robią zbroje… To jest forma poznawania świata.

Odtwarzając wydarzenia historyczne, jesteśmy nimi w jakiś sposób zafascynowani i wyobrażamy sobie, że być może tamta rzeczywistość była lepsza, że byliśmy bardziej patriotyczni, bardziej bohaterscy, nasze intencje były czyste. To rodzaj dążenia do czegoś szlachetnego.

 

Gdy padają pytania, czego chcą rekonstruktorzy, dlaczego to robią – czuję, że nie powinny być kierowane do mnie. Nie o tym jest mój projekt. Jest raczej o obrazach, jakie są nam wszystkim potrzebne. Jest o tym, że dałam się uwieść wojną.

Wspomniałeś, że w galerii były tropy jednoznacznie krytyczne – bardzo długo się zastanawiałam, czy je tam w ogóle umieszczać. Do końca nie wiedziałam, czy się nimi posłużę. Ale obrazy, które złożyłam, były tak uwodzicielskie, że musiałam w jakiś sposób zaznaczyć swój dystans. Bałam się, że bez tego komentarza praca może zostać odczytana jak prosta afirmacja. Patrzyłam na te piękne wybuchy, na tę fajną paradę, na pracę, którą sama wykonałam i atrakcyjność, w jaką się dałam wciągnąć. To ta sama atrakcyjność, którą widać w kinie, kiedy oglądamy Dunkierkę czy Grunwald…

ATRAKCYJNOŚĆ OBRAZÓW WOJNY

Dlaczego ta atrakcyjność jest niebezpieczna?

Jak to dlaczego? Po 70 latach pokoju rekonstruujemy wojnę. Nie wiem, czy powinniśmy to robić. Chociaż dzieje się to od dawna i w różnych celach, to budzi dyskomfort.

 

Naciskałem na tego rodzaju komentarz, jednak w swoich pracach bardzo skutecznie go unikasz. Analizujesz wizualną rzeczywistość, nie tą społeczną czy polityczną.

Agnieszka Rayss, „Do broni”, galeria CENTRALA

Agnieszka Rayss, galeria CENTRALA, fot. Wojciech Antczak

To, co powiedziałeś w tej chwili, że uciekam od komentarza społeczno-politycznego, jest bardzo ważne. Z jednej strony jest on nieunikniony – fotografia jest tradycyjnie krytyczna w stosunku do wojny i jej obrazów. Ale z drugiej nie chcę powtarzać tanich schematów krytyki „zabawy w wojnę”, bo są w naszym otoczeniu rzeczy, od których nie ma ucieczki.


Ten materiał jest raczej o tym, że w jakiś sposób wszyscy jesteśmy uwiedzeni wojną i ja sama też dałam się jej uwieść.

Taka fotografka jak ja – wychowana na spektakularnym fotoreportażu, zdjęciach wykonanych zgodnie z wytycznymi decydującego momentu i wieloplanowej kompozycji – idzie na rekonstrukcję i wszystkie klasyczne elementy obrazu ma podane na tacy. Całą widowiskowość wojny. Jak bardzo nie chciałabym od nich uciec, mam te obrazy w głowie, widziałam je milion razy u Matejki, Brandta i Gierymskiego, w Panoramie Racławickiej… W kinie pojawiają się w nowej odsłonie, scenografowie korzystają z tych samych wzorców. Mamy je w głowie i w oczach. Ten właśnie fakt komentuję swoimi rekonstrukcjami.

AGNIESZKA RAYSS – fotografka, współzałożycielka kolektywu Sputnik Photos, absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jedna z najważniejszych polskich dokumentalistek, zajmowała się między innymi tematami popkultury w Europie Środkowej („American Dream”), wizualną analizą cielesności i norm dotyczących jej obrazowania („Where is the Body”, „Piękne ciała”), poetycką eksploracją technologicznych i architektonicznych zapleczy współczesnych miast. Autorka książek „Tu się zaczyna koniec miast” (2015) i „American Dream” (2011). Jej najnowsza wystawa „Do Broni” prezentowana w poznańskiej Centrali do 11 lipca, stanowiła jednocześnie podstawę pracy doktorskiej obronionej na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu.

 

CZYTAJ TAKŻE: Fotograficzne dyplomy UAP 2019

CZYTAJ TAKŻE: Life Goes On. Rozmowa z Janem Jurczakiem

CZYTAJ TAKŻE: Święto modernizacji. Rozmowa z Agatą Stanisz