fot. Mariusz Forecki

Dziecko – twórca przyszłego dorosłego

„Edukacja to nie tylko przekazywanie wiedzy, ale przede wszystkim uwolnienie ludzkich możliwości tkwiących w dziecku” – Sylwia Camarda opowiada o metodzie Marii Montessori w roku obchodów 90-lecia istnienia Association Montessori Internationale.

BARBARA KOWALEWSKA: Pracuje pani z dziećmi i nauczycielami według metody edukacyjnej Włoszki Marii Montessori. Czy rodzinne korzenie wpłynęły na rozwój pani pasji?

SYLWIA CAMARDA: Bardzo mocno. Babcia w czasie wojny jako jedenastoletnia dziewczynka tworzyła w obozie koncentracyjnym ochronkę dla dzieci. W mojej rodzinie okazywano dzieciom niezwykłą życzliwość. Moja mama nie nazywała tego, co robiła ze mną, metodą Montessori, ale dziś uświadamiam sobie, że intuicyjnie kierowała się podobnymi motywami.

Z kolei mój tato pochodzi z Mesyny, miasta nad cieśniną oddzielającą czubek „buta włoskiego” od Sycylii, leżącego na linii ruchów tektonicznych. Za życia Montessori to miejsce zostało dotknięte przez jedno z najbardziej katastrofalnych wstrząsów w historii.

Maria, wówczas już znana z efektów swojej pracy, przybyła do Mesyny, żeby pomóc dzieciom, które straciły rodziców podczas trzęsienia ziemi. Mówiło się o nich „sieroty mesyńskie”. Wychowywałam się z tą wiedzą. Kiedy po ślubie osiadłam w Poznaniu i urodziłam dziecko, poczułam, że to kierunek, w którym chcę podążać.

 

Jak i gdzie się pani kształciła?

Chciałam czerpać u źródła: w Association Montessori Internazionale. To instytucja stojąca na straży tej metody. Tam zdobyłam dyplom nauczyciela edukacji przedszkolnej, szkolnej, pracy z dziećmi od urodzenia do 3 roku życia.

 

Kim była Maria Montessori?

Była córką mądrej matki, która pomogła jej iść swoją drogą. Zamiast kolegium nauczycielskiego, do którego szły wówczas dobrze uczące się panny, ona wybrała technikum. Po raz kolejny złamała stereotyp, postanawiając studiować medycynę.

Villa Montessori

Przedszkole Niepubliczne Villa Montessori ul. Rycerska 8, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Była jedną z pierwszych kobiet, które przyjęto na uniwersytet w Rzymie w XIX-wiecznych Włoszech. Wtedy na uczelniach kobiety doświadczały jednak dyskryminacji. Maria nie mogła uczestniczyć w niektórych wykładach, musiała wchodzić do sali jako ostatnia, siadać w tylnych rzędach, „odpowiednio się ubierać”, żeby nie gorszyć studentów, nie miała – co było standardem dla mężczyzn – opiekuna dla swoich eksperymentów. Jej niezgoda na ten stan rzeczy wpłynęła na późniejsze zaangażowanie w ruch feministyczny.

 

Niewielu wie, że Jean Piaget uczył się od Marii Montessori. To niesprawiedliwe, że w historii psychologii rozwojowej mówi się tyle o badaniach Piageta, a nie wspomina się o Montessori, chociaż to ona stworzyła pierwsza psychologiczną metodę wspierania rozwoju dziecka.

To ona również wprowadziła do nauki termin „okresów wrażliwości”, które zaczerpnęła od etymologa Hugo de Vriesa. Zauważyła, że pewne okresy w życiu dziecka są podróżowaniem w kierunku tych aktywności, które najbardziej je „odżywiają”.

 

Jak to się stało, że zaczęła zajmować się dziećmi?

Dołączyła do grupy badawczej profesora Giuseppe Montesany, który potem był jej partnerem i ojcem jej syna. Projekt miał obejmować badania psychiatryczne, w trakcie jego trwania Maria zmieniła cel projektu i sama kontynuowała pracę z zaniedbanymi sierotami z ulicy. Nikt się wówczas nie interesował dzieckiem.

W „Sekrecie dzieciństwa” Montessori pisze, że dziecko było kategorią podrzędną dorosłemu. Część sierot kierowano do szpitali psychiatrycznych. Maria była wrażliwą obserwatorką. Zauważyła, że chociaż w tych szpitalnych salach niczego nie było, dzieci same szukały czegoś do manipulowania, np. jedno bawiło się okruszkami chleba. W ten sposób, intuicyjnie, uwrażliwiało swój zmysł dotyku. Maria odkryła, że ten naturalny mechanizm rozwojowy dziecka można wspierać poprzez odpowiednio przygotowane środowisko.

 

Czy to metoda, czy filozofia myślenia o dziecku?

Montessori lubiła sprowadzać wszystko do prostej formy, ale rzeczywiście ramy metody są szersze niż zmaterializowane rezultaty. Błędem jest traktowanie jej jako zestawu technik. Można kupić autoryzowane pomoce edukacyjne i wcale dziecku nie pomóc.

Sama manipulacja przedmiotem pozbawiona inteligentnego celu jest marnotrawieniem czasu i energii, jeśli dziecko nie staje się przez to bardziej ludzką istotą. Tu potrzeba odpowiednio przygotowanego dorosłego. Materiały mogą być kupione lub wykonane własnoręcznie, ale gdy ludzie mają mądrość, by zauważyć dziecko i jego potrzeby na każdym etapie rozwoju, to dopiero wtedy ma sens.

 

Jak się traktuje dziecko zgodnie z tą filozofią?

Odpowiem, parafrazując słowa Montessori z jej wykładów londyńskich z 1946 roku: dziecko jest twórcą dorosłego, którym się stanie. To, czego dziecko doświadczy przez pierwsze lata, jakie dostanie wzorce, tworzy je na całe życie. Tak działa jego chłonny umysł. Montessori mówiła, że to są „engramy” wyryte w umyśle na zawsze.

 

Nikt z nas nie wychowuje się jednak idealnie. Montessori pracowała z dziećmi więźniów czy chorych psychicznie. Do pani też przychodzą dzieci o różnych historiach.

Współpracownik Marii – E.M. Standing – opisywał ten proces metaforycznie: z rozwojem człowieka jest jak z babcią robiącą na drutach – czasem przyśnie i zgubi oczko, często te spuszczone oczka widać dopiero wtedy, gdy robótka jest gotowa, ale to nie znaczy, że nie możemy takim szalikiem owinąć szyi.

Nasza metoda odpowiada na potrzeby każdego dziecka, ale nie na oczekiwania każdego dorosłego. Problemy pojawiają się, gdy dorosły nie widzi w dziecku człowieka, chce, by realizowało ono jego ambicje, jego wizje.

 

Na czym polega system kształcenia w nurcie edukacyjnym Marii Montessori?

To wsłuchanie się w naturalny rytm dziecka w poszczególnych fazach rozwojowych, wspierane przez odpowiednio przygotowane otoczenie, a w nim – dobrze przygotowanego dorosłego, który jest modelem dla dziecka.

Sylwia Camard

Sylwia Camarda, fot. Mariusz Forecki

Na początku zaspokajamy potrzebę porządku, poprzez powtarzalność i stabilizację. Pokazujemy ruchy w odpowiednich sekwencjach, co służy uczeniu się różnych czynności i osiąganiu powtarzalnych rezultatów. Daje to dziecku poczucie bezpieczeństwa i sprawstwa.

W okolicach szóstego roku życia rozpoczyna się etap rozwoju zmierzający w kierunku abstrakcji, gdzie narzędziem poznania nie są już zmysły, ale wyobraźnia – pojawia się zainteresowanie tym, co niewidoczne dla oczu, zadawanie wielkich pytań o powstaniu wszechświata, ogromna praca na złożonych zagadnieniach naukowych i społecznych.

Najnowsze badania z psychologii czy neurodydaktyki potwierdzają dawne wyniki badań Montessori, że właśnie tak rozwija się człowiek.

 

Czy to samo nie dzieje się w szkolnictwie tradycyjnym? Jakie są różnice?

Jest wiele różnic: u nas dzieci są przemieszane wiekowo, co daje środowisko bliższe domowemu. Obok dwuipółlatków w przedszkolu są sześciolatki. Młodsze mogą uczyć się od starszych.

Podział metrykalny – z punktu widzenia ludzkiej codzienności – jest nienaturalny i reprodukowany wyłącznie w szkolnictwie. Tutaj w grupie widać, jak dzieci uczą się od siebie. Przykład rówieśnika jest wzorem do skopiowania. Jeśli mamy równolatków w jednej grupie, to co mają kopiować? Kompetentny sześciolatek ma natomiast wiele do zaoferowania, może pomóc innym.

Villa Montessori

Przedszkole Niepubliczne Villa Montessori ul. Rycerska 8, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Nauczyciel stabilizuje sytuacje i modeluje zachowania, a potem pozwala dziecku przejąć odpowiedzialność. Ważna jest też organizacja otoczenia odpowiadająca na potrzeby rozwojowe dziecka. Nie ma tu 45-minutowej lekcji. Pracujemy w cyklu trzygodzinnym, zgodnym z krzywą koncentracji dziecka.

W takim cyklu samodzielnie wybiera ono aktywności, decyduje o tym, co chce zgłębiać. Kolejne aktywności pojawiają się spontanicznie – gdy dziecko opanuje jakąś umiejętność, samo chce przejść do uczenia się czegoś nowego. Ale trzeba mu dać czas. To jest ta różnica. Dziecko nie dostosowuje się do tempa narzuconego przez instytucję, kieruje się własnym rytmem pracy.

 

Czy nie istnieje ryzyko, że w okresie, w którym musi opanować jakieś umiejętności, żeby przejść na kolejny etap edukacyjny, odmówi ich trenowania i będzie robiło tylko to, co chce?

Jeśli dobrze zaaplikowaliśmy całą wiedzę o rozwoju dziecka i zrobiliśmy to we właściwym czasie, dziecko jest nie tyle solidnie przygotowane do kolejnego etapu edukacji, ile do życia. Ono nie uczy się czegoś dla nas, dorosłych, lecz dla siebie. To my mamy obowiązek zrozumieć, co i dlaczego jest właśnie dziecku potrzebne i to zaoferować – zgodnie z życzeniem natury.

 

Mamy tu wiele pomocy edukacyjnych, pogrupowanych w przestrzeni. Do czego służą?

W przedszkolnej sali mamy cztery obszary do działań dziecka: obszar praktycznego życia, gdzie uczy się dbać o siebie (np. jeść, ubierać się) i otoczenie (robić posiłki, sprzątać).

Kolejny obszar wspiera rozwój sensoryczny: wyizolowane i ujęte w materialnej formie różne wymiary fizyczne (długość, wysokość, objętość, szorstkość, gładkość). Te materiały rozwijają wszystkie aspekty zmysłowe: wzrok, dotyk, smak, słuch, węch. Jeżeli dziecko nie doświadczy tych zmiennych zmysłowo, nie przejdzie do abstrakcji.

Trzeci obszar, matematyczny, pozwala odczuć sensorycznie pojęcie „ilości”. Dziecko dzięki dotykaniu konkretnych przedmiotów przy liczeniu zapamiętuje mięśniowo cały system dziesiętny i już jako trzylatek potrafi wykonywać działania, licząc dwójkami, trójkami itd.

Czwarty obszar związany jest z nabywaniem umiejętności językowych. Odbywa się to inaczej niż w klasycznym ujęciu – zaczynamy nie od liter, ale od fonetyki. Potem dopiero przechodzimy do pisania i czytania.

 

Jedna z najsłynniejszych pomocy edukacyjnych Montessori to szorstkie litery – przez dotyk wrażenie wędruje do umysłu. Mamy też ruchomy alfabet, z którego dziecko może ułożyć znane sobie słowa. W tym wieku nie ma czegoś takiego jak błąd. Jeśli napisze „ogurek”, to nie jest błąd, fonetycznie słowo to jest poprawne. Korekta ortograficzna przyjdzie później. Przez koncentrowanie się na błędach można stłumić w dziecku zalążek życia.

 

Czym się różni to pobudzanie sensoryczne w metodzie Montessori od innych stymulacji, którym poddawane są dzieci przez dorosłych? Coraz częściej rodzice serwują swoim dzieciom nadmiar doznań i zajęć.

Różnica jest podstawowa, bo tutaj wynika z potrzeb dziecka, a nie dorosłego.

Mamy czasy, w których wszystko musi być „sensoryczne”. Gdy słyszę, że jest placówka, w której dzieci chodzą po pomieszczeniu oblepionym folią, mażą farbami po ścianach, rozsypują mąkę i mogą wszystko, pytam, czy to jest potrzeba dziecka, czy też zwykła wyimaginowana potrzeba dorosłego posunięta do granic absurdu?

 

Zawsze aktualne pytanie powinno brzmieć: czy to jest dziecku potrzebne? Nie wystarczy, że placówka jest niepubliczna, by dobrze wpierała w rozwoju.

Montessori mówiła: „Głupcy, patrzycie na mój palec zamiast tam, gdzie wskazuję.” Patrzyli na nią, na metodę, zamiast na dziecko.

 

Często pojawia się zarzut, że alternatywna edukacja to trzymanie dziecka pod kloszem. Jak metoda Montessori odpowiada na wymogi dzisiejszego świata?

Dzisiejszego? Nie. Odpowiada na wymogi świata przyszłości. Poza tym z mojej perspektywy edukacją alternatywną jest wszystko to, co nie jest metodą Montessori, bo jest to jedyna naukowa metoda oparta na solidnych podstawach wiedzy o rozwoju człowieka.

A co do obaw, jak dziecko poradzi sobie potem w życiu – to typowy lęk rodzica. Funduje nam to również rynek oświaty: oceny, rankingi, osiągnięcia.

Villa Montessori

Przedszkole Niepubliczne Villa Montessori ul. Rycerska 8, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Nasza szkoła ma przygotować do życia. Oczywiście egzaminy trzeba zdać. Ale czy z punktu widzenia człowieczeństwa nie jest ważniejsze, żeby zadbać o swoją grupę, zrozumieć, że jesteśmy wszyscy częścią większej całości i każde działanie może mieć znaczenie?

Wiek szkolny to wiek społeczny. Wiek, w którym dzieci chcą i potrzebują dużo rozmawiać, a my trzymamy je większość tego czasu w szkolnej ławce i każemy być cicho. Jak to odpowiada na potrzebę rozwojową?

Kultura dobrobytu i rywalizacji staje się przeszkodą w realizowaniu potencjalnych ludzkich możliwości.

 

Na ile metoda Montessori jest wykorzystywana we Włoszech?

Niestety Włosi nie docenili historycznie Marii Montessori. We własnym kraju była persona non grata. Razem z synem osiadła w końcu w Holandii, gdzie oboje rozwijali tę metodę.

AMI (Association Montessori Internationale) funkcjonuje nadal w tym samym budynku w Amsterdamie. We Włoszech działa Opera Nazionale Montessori, pozostałość z dawnych czasów. W Bergamo natomiast syn Marii wraz z Camillo Grazzinim rozpoczął kształcenie nauczycieli w programie edukacji szkolnej. To centrum studiów nadal prowadzone jest przez żonę Camillo, Baibę. Od niedawna reaktywował się ośrodek w Perugii.

Villa Montessori

Przedszkole Niepubliczne Villa Montessori ul. Rycerska 8, Poznań. Fot. Mariusz Forecki

Te miejsca kontynuują dziedzictwo pozostawione przez Marię Montessori w AMI. Metoda została przyjęta najżyczliwiej w Stanach Zjednoczonych. Na świecie mnożą się kursy, szkółki, warsztaty prowadzone przez przypadkowe osoby. Tymczasem AMI wymaga wielu lat pracy pod okiem superwizorów, żeby rozpocząć kilkuletnią ścieżkę trenerską, której zwieńczeniem jest prawo do kształcenia nowych nauczycieli.

Montessori nie zastrzegła znaku towarowego, jej metoda miała być otwarta dla wszystkich na świecie. Każdy może jej użyć i wykorzystać komercyjnie, co, niestety, ma różne skutki. Potrzeba więc wnikliwości ze strony rodziców w sprawdzaniu, jak dalece oferowane im usługi odpowiadają autentycznej metodzie.

 

Dostała pani autoryzację na otwarcie oddziału AMI w Polsce. Co to oznacza?

Przygotowywałam się do tego i kształciłam przez sześć lat, by uzyskać pozwolenie na otwarcie Centrum Treningowego AMI. To jedyne miejsce w Polsce, w którym szkolenie nauczycieli jest zgodne z założeniami Marii Montessori, pozostawionymi w założonej przez nią organizacji.

Takie szkolenie może się odbywać jedynie w ściśle określonych warunkach. Zapewniamy tę samą, najwyższą jakość kształcenia, co jest wielopoziomowo weryfikowane przez AMI. Uczącymi się i trenerami są ludzie z całego świata. Co roku zgłasza się coraz więcej Polaków, w tym roku przyjeżdżają też adepci z Chin, Tajwanu, Ukrainy, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Bułgarii, Słowacji, Nigerii, Niemiec, Szwajcarii, Francji i Hiszpanii.

To, co nas łączy, pozwala przekraczać granice. Jeśli chcemy poznać dziecko, granice polityczne stają się nieistotne. Prawidłowości rozwojowe, które odkrywała Maria Montessori, są uniwersalne dla dzieci na całym świecie. Chodzi o to, żeby dowiedzieć się, kim jest człowiek.

 

SYLWIA CAMARDA – sinolog, współzałożycielka Fundacji Villa Montessori, przedszkoli i szkół Villa Montessori i Montessori International School, Montessori International High School oraz oddziału AMI – Montessori Training Center Poznań, kształcącego nauczycieli i rodziców. Redaktorka naukowa tłumaczeń na język polski oryginalnych dzieł Marii Montessori wydawanych we współpracy z PWN. Mama czwórki dzieci.

 

CZYTAJ TAKŻE: Dopuścić do głosu różne racje. Rozmowa z Michałem Mencfelem

CZYTAJ TAKŻE: Nikt nie uczy się żeglarstwa na spokojnym morzu

CZYTAJ TAKŻE: Dzikość rzeki i smak cementu