fot. Mariusz Forecki

Nikt nie uczy się żeglarstwa na spokojnym morzu

„W pracę duszpasterza wpisuje się moja praca tłumacza. Tłumaczę Pisma Święte i zachęcam, żeby ludzie według nich żyli. Sam to robię. A czy to ważne, jak się te Pisma odczyta?” – o nowym przekładzie Biblii mówi Piotr Zaremba.

BARBARA KOWALEWSKA: Jest pan pastorem Kościoła Baptystów, przez wiele lat był pan pracownikiem naukowym UAM w Zakładzie Hebraistyki, Arameistyki i Karaimoznawstwa i pozostaje pan tłumaczem. Która z tych ról jest najważniejsza?

PIOTR ZAREMBA: Każda z tych ról jest mi bliska. Bo wszystkie one splatają się w jedną. Podobnie jak w pracy lekarza: jest w niej część konferencyjna, szkoleniowa, część związana z przekładem spraw naukowych na język codziennej praktyki i grono pacjentów.

Ja na uczelni zajmowałem się językami starożytnymi: hebrajskim klasycznym, czyli językiem Starego Testamentu używanym przed zniszczeniem Świątyni Salomona w 586 r. przed Chrystusem, i greckim powszechnym, tzw. koine, w którym spisano Septuagintę i Nowy Testament.

 

Dzięki tym językom mam wgląd w nowo odkryte manuskrypty biblijne, jak na przykład zwoje znad Morza Martwego, tłumaczę je na język codziennej współczesnej praktyki – i jako duszpasterz mam grono „pacjentów” zainteresowanych moją „terapią”.

 

Jak się zrodził pomysł, by przetłumaczyć Pismo Święte? To gigantyczne przedsięwzięcie.

Przedsięwzięcie to korzeniami sięga dość głęboko. W wieku dwunastu lat, na obozie letnim zorganizowanym przez jedną ze wspólnot protestanckich zetknąłem się z młodymi, choć wówczas starszymi ode mnie ludźmi, którzy urzekli mnie swoim szacunkiem do kobiet i do młodszych – do których wtedy należałem.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Poza tym zauważyłem, że chrześcijaństwo w wydaniu tych ludzi nie sprowadzało się do przykazań, ale do zadeklarowania swojego życia Chrystusowi i do duchowej przemiany, która okazywała się być tego skutkiem. Dzięki ich przykładowi ja też powierzyłem swoje życie Jezusowi. I też stałem się innym człowiekiem.

W następstwie tego zainteresowała mnie oczywiście Biblia. Chciałem ją lepiej poznać. Pomagał mi w tym również pastor, który zabrał mnie na ten obóz. Gdy potem wraz z nim uczyłem się najpiękniejszych fragmentów Pisma Świętego na pamięć, powtarzał, że oryginały dają znacznie więcej. Oryginały. To mnie zainteresowało. I tak to się zaczęło.

 

Jak długo  trwał cały proces tłumaczenia?

Jakieś dwadzieścia lat. W przybliżeniu, bo było też życie codzienne. W tym czasie wychowaliśmy trójkę dzieci, byłem wykładowcą, obroniłem doktorat, wiele par przeprowadziłem przez obietnice małżeńskie, odprawiłem wiele pogrzebów, ochrzciłem setki osób. Chcąc ukończyć dzieło tłumaczenia za życia, zdecydowałem się nawet na rezygnację z pracy na uczelni.

 

Jak został pan pastorem?

Gdy moje życie uległo przemianie, zrodziły się we mnie nowe pasje. Na początku chciałem zostać lekarzem, ale pewnego dnia pewna starsza kobieta ze wspólnoty zapytała mnie, co zamierzam robić po maturze i zasugerowała, bym został pastorem. Zastanowiło mnie to i postanowiłem, że jeśli do matury moje rozmowy z rówieśnikami zaowocują tym, że któryś z nich też powierzy swoje życie Jezusowi, to się na to zdecyduję. I tak się stało.

Zanim jednak trafiłem na teologię, ze względu na ówczesne realia, ukończyłem studia na budownictwie. Zostałem inżynierem budownictwa. I nim miałem być przynajmniej przez parę lat. Ale okres przemian ustrojowych w naszym kraju przyśpieszył wszystko i bezpośrednio po ukończeniu studiów magisterskich na Politechnice Szczecińskiej znalazłem się na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, gdzie stawiałem pierwsze kroki w grece i hebrajskim. W tamtych czasach służba pastora wydawała mi się sensowniejsza niż praca inżyniera.

 

Jest pan prezbiterem Kościoła Baptystów. Co jest najważniejsze w waszym wyznaniu?

Tak. Jestem prezbiterem Kościoła Baptystów. To odpowiednik biskupa w Kościele Katolickim. Czuję się przede wszystkim duszpasterzem Kościoła Jezusa Chrystusa.

Wyznania są tworami ludzkimi i powstały w wyniku pewnych konieczności dziejowych. Niestety, ludzie tak przywiązują się do swoich tradycji, nazw i dogmatów, że bardziej je kochają niż samego Chrystusa i ludzi.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

W pracę duszpasterza wpisuje się moja praca tłumacza. Tłumaczę Pisma Święte i zachęcam, żeby ludzie według nich żyli. Sam to robię. A czy to ważne, jak się te Pisma odczyta? Na pewno nie jest nieważne. Jeśli komuś obojętne, co je, to mu książka kucharska niepotrzebna. Sięga po nią ten, kto chce spożyć dobre danie. Podobnie z Biblią. Kto chce żyć, jak się da, pewnie mu ona niepotrzebna. Sięga po nią ten, kto chce zmienić życie w dzieło sztuki.

Jako prezbiter Kościoła Baptystów jestem też urzędnikiem. Od dziesięcioleci. Jakoś trzeba istnieć w przestrzeni społecznej. Odnoszę wrażenie, że w reprezentowanym przeze mnie wyznaniu bardziej niż o dogmatyczne racje chodzi o relację z Jezusem Chrystusem. Na takim założeniu ja buduję moją posługę.

 

Jaki jest wiek najstarszych manuskryptów Pisma Świętego?

Do najstarszych, jak dotychczas, należą manuskrypty hebrajskie i greckie odnalezione w latach 40. dwudziestego wieku w jaskiniach nad Morzem Martwym. Datuje się je na okres od III wieku przed Chrystusem do połowy drugiego wieku po Chrystusie.

 

Czym charakteryzują się te manuskrypty hebrajskie?

Powiem o tym, co nie dla wszystkich może być oczywiste. Pismo hebrajskie jest pismem złożonym z samych spółgłosek. By ułatwić czytanie, niektórych spółgłosek używano w funkcji samogłosek. Na przykład spółgłoski „waw” używano dla oznaczenia samogłoski „o” lub „u”. Z tego powodu nazwę morza, przez które Mojżesz przeprowadził Izraelitów wychodzących z Egiptu, można odczytać jako „Jam Suf”, czyli morze sitowia, albo jako „Jam Sof”, czyli morze krańcowe – znane nam jako Morze Czerwone, z którym od wchodu graniczy półwysep Synaj.

 

Jak te nowe odkrycia tekstowe rzutują na przekład Biblii?

Dzięki tym odkryciom nowsze przekłady Pisma Świętego, Biblii lub Pism Świętych, bo to określenia zamienne, są pełniejsze, oparte na większej liczbie świadectw tekstowych – i w tym sensie lepsze.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Pismo Święte, fot. Mariusz Forecki

 

Dla ciekawości dodam, że Biblia to w rzeczy samej biblioteka ksiąg, z różnego okresu. Gdyby tę rozpiętość czasową próbować odzwierciedlić w przekładzie, to wcześniejsze fragmenty należałoby przetłumaczyć polszczyzną Reja, późniejsze polszczyzną Miłosza.

Od XVI wieku ustaliła się zasada, że tłumaczy się Biblię z tak zwanych oryginałów. Mówię „tak zwanych”, bo zasadniczo chodzi o języki, które uważamy za wyjściowe. Dla Starego Testamentu to język hebrajski i aramejski, dla Nowego – to grecki. Nowe odkrycia tekstowe rzuciły jednak nowe światło na Septuagintę, to jest starożytny przekład Starego Testamentu, czyli Biblii hebrajskiej, na grecki. Z tego przekładu korzystali pierwsi wyznawcy Jezusa Chrystusa, stąd, choć Septuaginta była zawsze dla tłumacza ważna, obecnie w jeszcze większym stopniu powraca do łask.

 

Bibliści zastanawiają się, w jakim rejestrze językowym tłumaczyć? Jaką polszczyzną? Co z kwestią „dostojności” tekstu? Jakiego wyboru pan dokonał?

Rejestr językowy po trosze narzuca się sam. Księgi biblijne, w całości lub w częściach, reprezentują bowiem różne rodzaje i gatunki literackie, w których roi się od różnych zabiegów stylistycznych wyrażających pojęcia abstrakcyjne, radość, smutek i grozę. Ale wybór rejestru bywa trudny.

Za przykład podam przypowieść o synu marnotrawnym. Ten syn roztrwonił majątek między innymi z kobietami o skrajnych ideałach. Gdy wrócił do domu, Jego brat wytknął mu to w gniewie. Ten gniew można spotęgować, używając, nie bez językowego uzasadnienia, słowa: „dziwki” – „roztrwonił majątek z dziwkami”. Otrzymaliśmy parę listów, że w Piśmie Świętym takie słowo nie uchodzi.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Niełatwo jest też tłumaczyć idiomy lub wyrażenia bliskie wulgaryzmom. Król Saul wykrzykuje do swojego syna Jonatana: „Ty, synu nierządnej kobiety”. Czy to nie zbyt łagodne? Albo idiom: „Wybijemy u was wszystkich sikających na ścianę”. Może należałoby tłumaczyć: „Wyrżniemy u was wszystkich mężczyzn” albo: „nie zostawimy wam żadnego potomka”?

Język Hebrajczyków był dosyć dosadny, we wczesnym okresie rzadko używali pojęć abstrakcyjnych. W pracy przekładowej korzystamy z szerokiego grona konsultantów, poważnie traktujemy listy od czytelników. Ponadto nadal jestem bardzo aktywnym kaznodzieją. Wyciągam wnioski z własnych kazań.

 

Język tamtych czasów był mniej abstrakcyjny?

To zależy od okresu. Język hebrajski wczesnego okresu był uboższy w pojęcia abstrakcyjne. Za to uroku dodawały mu idiomy. Grecki Nowego Testamentu jest o wiele bogatszy w abstrakcje. Może bardziej niż współczesna polszczyzna.

 

Czy przekłady mogą zastąpić oryginał?

Ulegamy złudzeniu, że po przetłumaczeniu czegoś oryginały można schować do szafy. Ale to tylko złudzenie. Co do Biblii, jej przekłady potrzebne są po to, by dostarczyć kaznodziejom i wiernym stałego tekstu, by nie trzeba było tłumaczyć w czasie kazań „ad hoc”.

Nauka języków jest jednak trudna, więc wielu kaznodziejów ma pokusę pozostawania na przekładach, szczególnie, że wierni często nie szukają dokładności, ale duchowego pokrzepienia. Dla pokonania trudności z nauką języków powinny istnieć różne przekłady dla różnych celów. Dla celów liturgicznych na pewno odpowiednia jest polszczyzna literacka. Celom poznawczym lepiej służą przekłady dosłowne z komentarzami lub przypisami.

 

Czy przypisy są ważną częścią przekładów Biblii?

Przypisy są częścią nieodzowną, szczególnie te, które podają zaświadczone w manuskryptach warianty tekstowe i ich sens, alternatywne znaczenia wyrażeń, idiomów, figur stylistycznych, a też zwięzłe informacje kulturowe, historyczne lub geograficzne.

W wydaniach popularnych Pisma Świętego przypisy są skromne, a czasem ich nie ma. Uważam jednak, że obok takich wydań warto posiadać każdy dostępny przekład z przypisami.

 

Na stronie internetowej Ewangelicznego Instytutu Biblijnego, gdzie dostępne są pana tłumaczenia w wersji elektronicznej, mamy określenie: „przekład dosłowny”. Zaskoczyło mnie to, bo często odradza się tłumaczom dosłownego traktowania tekstu. O jaką dosłowność tu chodzi?

Chodzi o ten rodzaj dosłowności, która pozwala „posmakować” niuansów charakterystycznych dla języka hebrajskiego i greckiego. Języki te charakteryzują się na przykład większą tolerancją dla powtórzeń lub tautologii.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

W hebrajskim nie rażą takie wyrażenia, jak: „ofiarować ofiarę”. Dla nas to „masło maślane”. Wolimy: „złożyć ofiarę”. Inny przykład. Mówimy: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie”. Dla Hebrajczyków „niebo” było abstrakcją, którą wyrażali w liczbie mnogiej: „niebiosa”. W języku polskim czasem to pasuje, czasem razi.

W Starym Testamencie kobiety śpiewały: „Pobił Saul swój tysiąc, a Dawid swoje dziesięć tysięcy.” Taki przekład trudno uznać za część wiersza. To przecież przyśpiewka. Lepiej brzmi: „Pobił Saul gromady, a Dawid miriady”, dzięki czemu mamy też rymy charakterystyczne dla piosenki.

Tłumaczenia dosłowne mają wartość edukacyjną, ważne są dla tych, którzy chcą poznać daną kulturę, np. studentów, albo dla przygotowującego kazanie. Dla mnie piękna polszczyzna jest ważna, ale literackość też ma swoje ograniczenia.

 

Przygotowałem dwa przekłady: jeden literacki, a drugi dosłowny, z przypisami i bibliografią. Niektórych wyrażeń nie da się oczywiście przetłumaczyć dosłownie, nawet gdybyśmy chcieli.

W latach 70. zaczęły się pojawiać przekłady tzw. dynamiczne. Stawiają sobie one za cel wywoływanie w czytelnikach przekładu tej samej reakcji, którą oryginał wywoływał u swoich pierwotnych adresatów. Te przekłady czasem coś lepiej wyrażają – np. w przypadku idiomów – ale mają inne funkcje i nie mogą uchodzić za jedyne.

 

Pastorzy mają rodziny, jak to wpływa na pracę z wiernymi?

W Biblii nie ma wzmianki o tym, że osoba duchowna musi być bezżenna. Jestem w kościele, który stwarza mi warunki do życia w rodzinie. Nie muszę więc sobie wyobrażać, jak to jest żyć z kobietą, wychowywać dzieci, jak radzić sobie z problemami rodzinnymi. Zresztą im jestem starszy, tym bardziej doceniam „cywilizację kobiet”.

Bez kobiety rzeczywistość jest niepełna. Nie chcę przez to powiedzieć, że ci, którzy znają ją jednostronnie, nie mają nic do powiedzenia. Dobrze, że teraz żyjemy w kulturze bardziej otwartej dla obu płci. Kobiecy głos jest bardzo cenny. Poznanie tej sfery życia chyba korzystnie wpływa na pracę z wiernymi.

 

Jesteście w Polsce mniejszością religijną. Jakie są wasze doświadczenia w kontakcie z większością i czy coś się zmienia w tym zakresie na przestrzeni lat?

Ci, co są w większości, zawsze mają jakieś przywileje, ale ci w mniejszości też. W każdym zwycięstwie jest element porażki, a w porażce element zwycięstwa. Bycie w mniejszości może być fascynujące: to jak mówienie rzadkim językiem. Większość potrzebuje mniejszości – i odwrotnie. Tak było na przestrzeni dziejów.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Jeśli jesteśmy uważni, możemy się nawzajem od siebie uczyć. Czego ja się uczę? Widzę wady większości. Ci naprawdę zaangażowani w wiarę są nieliczni i akurat z tymi nielicznymi mam dobre relacje. W historii oczywiście pojawia się zjawisko, gdy silniejszy pozbawia słabszego przywilejów. Spotykamy się czasem z jawną agresją. Jest to z jednej strony upokarzające, ale z drugiej – wielką korzyścią bycia odtrąconym i poniewieranym jest to, że człowiek uczy się z tym godzić. Może ten, kto potrafi poradzić sobie z odrzuceniem, staje się silniejszy?

Korzyścią z bycia w mniejszości jest też dla mnie otwartość na ludzi z innego kręgu kulturowego. Gdzie indziej to protestanci są większością. To łączy mnie ze środowiskiem międzynarodowym, mogę powiedzieć, że jestem obywatelem świata.

 

Co pana w dzisiejszej rzeczywistości niepokoi, a co napawa nadzieją?

W dłuższej perspektywie nic mnie nie niepokoi. Kultura nie jest zdjęciem, ale filmem. Widzę, że nic w dziejach człowieka nie wymyka się Bogu spod kontroli. W krótkiej perspektywie traktuję te wyzwania, z którymi mamy do czynienia, jako „materiał do obrobienia”. Jak w tłumaczeniu: każdy trudny tekst, dobrze przełożony, daje satysfakcję. Podobnie każdy rozwiązany problem społeczny napawa nadzieją.

Piotr Zaremba, pastor Kościoła 5N, fot. Mariusz Forecki

Pismo Święte, fot. Mariusz Forecki

 

Nikt nie uczy się żeglarstwa na spokojnym morzu i nikt nie staje się mistrzem sztuki życia w codzienności bez przeszkód. Weźmy kwestię mieszania się kultur związaną z migracjami. To może być problem, ale też okazja, by nauczyć się dostrzegać w nich piękno.

Kościół wchodzi dziś w fazę wielkich obnażeń. Ma szansę na otrzeźwienie. Może w wyniku tego otrzeźwienia kościół stanie się mniejszością. I co z tego? Znam to. Może lepiej być w zdrowej mniejszości niż w niezdrowej większości?

 

PIOTR ZAREMBA – mąż, ojciec i duszpasterz z wieloletnim stażem, a także tłumacz Pisma Świętego i literatury chrześcijańskiej, doktor językoznawstwa hebrajskiego, absolwent studiów doktoranckich Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Politechniki Szczecińskiej. Od 1989 r. służy w Poznaniu. Obecnie pastor Kościoła 5N. Projekty biblijne rozwija w ramach Ewangelicznego Instytutu Biblijnego, którego zespół dokonał dwóch przekładów Pisma Świętego, literackiego, który ukazał się latem 2016 r., i dosłownego, który ukazał się latem bieżącego roku.

 

CZYTAJ TAKŻE: Rozumna wiara. Rozmowa z Tomaszem Grabowskim OP z wydawnictwa „W drodze”

CZYTAJ TAKŻE: „Najważniejsze jest to, co między ludźmi”. Cinema Italia Oggi 2019

CZYTAJ TAKŻE: Od Ginczanki do Wilkanowicza – ratując zapomnianych poetów. Rozmowa z Izoldą Kiec