fot. Wydawnictwo WBPiCAK

Epifania jest sexy

Dobra passa Edwarda Pasewicza trwa. Chwilę po ścisłym finale Nagrody Nike i wygraniu Nagrody Europy Środkowej „Angelus” za Pulverkopf, pisarz powraca z książką poetycką: znów mroczną i niepokojącą.

Jest kilkoro twórców w polskiej literaturze współczesnej, o których co najmniej dwa miasta toczą mniej lub bardziej zaogniony spór. „Czyj” jest Edward Pasewicz?

 

Czy to pisarz poznański, ale na krakowskiej emigracji, czy krakowski o poznańskich korzeniach? Jak to zwykle bywa, konflikty tego typu wybuchają wtedy, gdy mowa o zasługach. Rok 2022 bez wątpienia należał do autora Pulverkopfu: nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia, znalazł się również na „krótkiej liście” Nagrody Nike (do finału trafia bowiem tylko 7 dzieł), by w końcu cieszyć wyróżnieniem transnarodowym: środkowoeuropejskim „Angelusem”.

 

Od poezji do prozy… i  z powrotem

Powyższa wymienianka ma w sobie jeszcze jeden cel: chodzi nie tylko o zaobserwowanie następującego właśnie peaku kariery Pasewicza, tworzącego przecież od 20 lat, ale również o wyeksponowanie faktu, który w ferworze prozatorskich zachwytów może umknąć uwadze. Pasewicz debiutował tomem poetyckim Dolna Wilda (dając fory Poznaniowi w zawodach z Krakowem), komponował muzykę, pisał dramaty i konsekwentnie umacniał się w poetyckim polu, dość przygodnie będąc przy tym prozaikiem. Po sukcesie powieściowym Edward Pasewicz wraca poniekąd na stare tory, publikując najnowszą książkę wierszy w Wydawnictwie Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Jaki jest więc Darkslide? Bez wątpienia mroczny i duszny od śmierci, choć nie bez czułości:

 

 

Edward Pasewicz "Darkslide", Wydawnictwo WBPiCAK

Edward Pasewicz „Darkslide”, Wydawnictwo WBPiCAK

Darkslide

Żołnierze dbali o to, by w żwirze były kości –

chrupkie cząstki kolan i łokci. Kamienie i popiół.

Dbali o żwir i sypkie cząstki też dosypywali.

Dłoń na zakręcie, a przy mecie czaszka

ładnie wyprofilowana z gliny i wosku.

 

W pogodne i bezśnieżne dni, tato,

dało się nawet rozpoznać twoje rysy.

A po kilku głębszych słyszałem, jak mówisz

mantry, kadysze, recytujesz sury

i robisz się dużo większy niż miasto,

z którego cię wyprowadziłem.

 

Idę przez betonowiska.

Zaćpane światłem wszystko.

Ślizgi są bez skazy – szybkie i słuszne.

Nie tak, jak gdy lata temu

podrzucałem żwir na torze.

„Małpi gaj, synku” mówiłeś,

tato.

 

„Małpi”, powtarzałem. I przyszedł upiór,

gdy piersią wyrżnąłem w poręcz.

Od tamtej pory mówię o tobie

pękającymi kośćmi.

 

 

Poezja Pasewicza zawsze ma rewers. Jedną stroną pozostaje najczęściej troska o bohaterów, żywione współczucie czy rozciągnięta empatia. Choć część ta potrafi usunąć się z pierwszego planu, pozostaje podszewką wiersza, nawet tego, którego wadzi się z okrutną śmiercią i pustką. 

 

Wschód nad Wisłą

Ważnym aspektem poezji Pasewicza pozostają trzy wątki autobiograficzne: tożsamość nieheteronormatywna, pamięć o żydowskich przodkach i buddyzm.

 

Edward Pasewicz, fot. archiwum autora

Edward Pasewicz, fot. archiwum autora

W Darkslide zwłaszcza dwa ostatnie tematy grają pierwsze skrzypce. Ta wyjątkowa dziś mieszanka wybija się w całej książce poetyckiej: spójrzmy na pogrzeb ojca – wideoczatowy udział bohatera, grająca w tle Salve Regina, szamani z Buriacji, rabin dukający kadysz i lama kręcący młynkiem nikogo tu nie dziwią. Przerysowane spotkanie wielu kultur nad grobem wybrzmiewa zupełnie inaczej, gdy do głosu dopuścimy topografię. Miejscem (nomen omen – również tytułem jednego z tomu wierszy poety) Pasewicza jest Kraków.

Przemierzamy Kazimierz, z dala biją katolickie dzwony, a znikąd pojawiają się buddyjskie dakinie czy archetyp męskości, Kuntu Zangpo (bo to właśnie ten ostatni użyczył swego imienia tekstowi o pogrzebie ojca). Polska na chwilę znów kipi od mieszanki języków; Darkslide jest o byciu poza czasem, czy jak doprecyzuje Pasewicz w jednym z tekstów, o „wyskakiwaniu z czasu”:

 

 

Kuntu Zangpo

Ojca pochowałem przez telefon. Transmisji

przewodził mój siostrzeniec. Wyostrzył obraz

i podkręcił fonię. Tata stał sobie na desce

w małej, jednonogiej urnie jak oszołomiony

światłem gawron. Potem umieścili go w grobie

jego ojca, gdzie z kolei był grób jego ojca –

gdzie były groby wszystkich ojców. Matka

rozryczała się, gdy gruchnęła Salve Regina

i gdy rabin zaczął dukać kadysz, a lama

kręcił młynkiem tak wartko, że kurz

z okolicznych nagrobków zamienił się w tornado.

Imam siedział na gałęzi i było mu niewygodnie

choć miał miękki dywanik. Szamani

z Buriacji – ci dali czadu. Wielki Czarny

i jego kochanki pili ze spopielałej czaszki.

 

Jak mówiłem już, tato, jedli cię tak pięknie,

że brakło mi tchu, by łkać.

 

 

A to Polska właśnie

Pasewiczowi daleko jednak do naiwności: nie tworzy wyidealizowanego świata, nie zamyka się w retro utopii. Wiersze-tygle kulturowe są celowo przestylizowane, gęstnieją od zestawienia ze sobą wielu elementów, które nie miałyby prawa połączyć się w jedno. Na tym życzeniowo-koturnowym tle z podwójną mocą wybrzmiewają teksty zbliżone do komentarza społecznego. Pisarz stawia sprawę jasno: nie ma wspólnoty, nie ma tolerancji. Trudno właściwie powiedzieć, co jest. W Wędzonych węgorzach pojawia się pewna sugestia: >>To „nie” zalepia nam żyły i tracimy oddechy. / Pięknie się dławimy. Wodorosty / oplatają nam usta (…)<<.

 

Edward Pasewicz "Sztuka bycia niepotrzebnym", Wydawnictwo WBPiCAK

Edward Pasewicz „Sztuka bycia niepotrzebnym”, Wydawnictwo WBPiCAK

W krytycznym Początku punktacji przemawia więc język: patetyczno-rynsztokowy, połamany częstochowskim rymem, a jednak formujący się w zgrabne sześć tercyn. Pasewicz znów (i to po kilku głębszych) tańczy pomiędzy bezlitosną ironią i tęsknotą za tym, co utracone:

 

 

Początek punktacji

O czwartej dwadzieścia pięć, kiedy skończyłem pić,

widma punktowe przemówiły do mnie:

miasto obraziło się na ciebie. Adoracja asfaltu

 

na nic się zdała miękkim kościom.

Można i tak pokutować, bo Polska

jest krainą naiwnej brzeziny. Ty zaś,

 

chłopaku, na werblu graj (tłumy lubią

bębnienie). O, deszczu jesienny,

który zapładniasz konsekrowane dziewice,

 

zwróć mi piszczele i zalep oczodoły.

Drzwi gnieźnieńskie! To wam się uwiłem

z tkanek, jak jaskółcze ziele.

 

Byłem matką Polką. Szczałem i fruwałem,

koronowałem się na knura knurów.

Lecz gdy mnie nieśli w trumience z topoli

 

(w dłubance z długów i odsetek), sam siebie

odpisałem od podatku, łykając uncję złota

jak bezradny albatros na pokładzie smutku.

 

I teraz: i nic, i nigdzie – czają się w popielniku.

Gliniana kukła nasiąka barwnikami.

O matkoż, zmiłuj się nad spalinami.

 

 

Zamiast zakończenia, przeciw wstępowi

Miarą wyjątkowości Pasewiczowego Darkslide’u niech będzie moje żywe przekonanie, że każdy wiersz z osobna zaprasza do osobnej lektury rozdzielającej się na dziesiątki kontekstów: poeta bawi się grami słów, brzmieniem, tempem i rytmem wiersza. Pojawiają się motywy już znajome z wcześniejszych książek (sensualne ciała, erotyka, fetysz miejsca, starcia z bigoterią i walka o prawo do istnienia w heteronormatywnym świecie), a także wariacje na stosunkowo nowe tematy: martwe ciała, kości, buddyjski przegląd bóstw, pandemia.

 

Edward Pasewicz "Pulverkopf", Wielka Litera

Edward Pasewicz „Pulverkopf”, Wielka Litera

Edward Pasewicz jest poetą epifanii: krótkich spięć, olśnień i zachwytów, które w mgnieniu oka zamieniają się w chwile oświecenia. I choć wielu spraw „nie da się opowiedzieć w wierszu”, Darkslide to najbardziej kompletny i wycyzelowany tom wierszy nie tylko prozaika, co poety w naprawdę dobrej formie.

 

 

 

Tęcze i odmęty

Nie da się opowiedzieć w wierszu

schodzenia do dołu,

sapania w sobie, żalu,

że jest ten strach,

że ta chwila.

A nic rozgaszcza się w kościach.

 

Spanie jest dobre,

pozwala trawić.

 

Na chwilę przed strzałem wyobraź sobie mgiełkę.

Później zabarw ją sobą.

 

Reszty nie trzeba.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
3
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
2