fot. Domink Paździor i Yu Andriichuk

Gad uśpiony w każdym z nas

Cała kultura i język to ciągły strumień traum. Ciężko jest znaleźć do robienia coś, co nie byłoby traumatyczne. Nasz wybór padł na muzykę i głupio liczymy, że sami się ocalimy, znajdując do zrobienia w życiu coś innego niż bycie „straumatyzowanymi” – mówią członkowie poznańskiego zespołu Lunatycy Martwej Dyskoteki, który niedawno wydał debiutancką płytę.

Sebastian Gabryel: Podejrzewam, że to klasyczne pytanie na otwarcie w przypadku wywiadu z wami, ale i ja nie mogę się powstrzymać – o co, do cholery, chodzi z nazwą waszego zespołu? (śmiech)

 

Iwo Greczko: „Martwa dyskoteka” to metafora momentu dziejowego, w którym się znaleźliśmy. Z kolei „lunatykami” jesteśmy wszyscy, ponieważ świat stał się zbyt skomplikowany, by go ogarnąć. Poruszamy się w nim jak lunatycy – wiedzeni snami, smartfonami…

Tomasz Sojka: Nazwa zespołu to trzy niezależne elementy. Pierwszy to nawiązanie do piosenki Republiki „My, lunatycy”. Nasza muzyka to nierealne orbitowanie ku czci Diany, bogini księżyca. Drugi to „martwość”, na co można patrzeć w dwójnasób – że albo gramy o czymś, co było, albo o czymś co będzie, bo nie ma zbytniej różnicy między byciem martwym a nienarodzonym. A ostatni element odnosi się do etymologicznego pochodzenia nazwy „dyskoteka” (z języka francuskiego), która oryginalnie oznaczała bibliotekę z nagraniami muzycznymi.

 

Lunatycy Martwej Dyskoteki fot. Wiktoria Maik

W skrócie – jesteśmy hermetyczni, przeintelektualizowani, i w sumie nas to bawi.

Igor Stobiecki: Na ten temat jest również anegdota. Na początku myślałem nad nazwą Lunatycy. Myślałem, że to będzie takie oryginalne. To był też moment, kiedy myśleliśmy o wzmocnieniu zespołu udziałem klawiszowca. W czasie próby z nim, po kilku wspólnie zagranych utworach, stwierdził: „chłopaki, brzmicie jak martwa dyskoteka”. No i tak zostało (śmiech).

 

SG: Podobno Lunatycy Martwej Dyskoteki to „odreagowywanie zbiorowych traum”. O jakich dokładnie mowa?

 

I.G.: Zanik relacji międzyludzkich, upadek religii, brak zaufania w państwo, katastrofa ekologiczna, epidemie, nierozwiązany problem głodu w tzw. krajach rozwijających się, widmo wojny… Mam wymieniać dalej?

T.S.: Cała kultura i język to ciągły strumień traum. Ciężko jest znaleźć do robienia coś, co nie byłoby traumatyczne. Nasz wybór padł na muzykę i głupio liczymy, że sami się ocalimy, znajdując do zrobienia w życiu coś innego niż bycie „straumatyzowanymi”.

 

SG: Zwykle określani jesteście jako „nowa zimna fala polskiego rocka”. Myśląc o jej początkach, moja głowa instynktownie zmierza w stronę płyt Siekiery, Wież Fabryk, 1984, Variété czy Joanny Makabresku. Czy to właśnie ich twórczość była dla was największą inspiracją, kiedy zakładaliście LMD?

 

I.G.: Wyżej wymienione inspiracje odnoszą się głównie do naszego basisty Igora, a on jest tylko jednym z pięciu kompozytorów w zespole. Gitarzyści Kuba i Tomek przynoszą już inne rzeczy.

 

Poza tym, jest jeszcze perkusista Kacper, który pilnuje, żeby LMD brzmiało jak LMD, a nie – dajmy na to – Siekiera.

Lunatycy Martwej Dyskoteki fot. Wiktoria Maik

T.S.: Poza paroma wyjątkami nie przepadam za polską muzyką z jakiejkolwiek epoki. Do tych wyjątków należy „Nowa Aleksandria” i „Na wszystkich frontach świata”, które osobiście uważam za najlepsze płyty Siekiery. Jeśli miałbym strzelać, to powiedziałbym, że nasze prawdziwe inspiracje to… Mac DeMarco, Rammstein i Malik Montana.

I.S.: Tak, pomysł na to, by stać się nową zimną falą, wyszedł z mojej strony. Wynika to z tego, że to muzyka, przy której dorastałem, zawsze chciałem tak grać, pomimo przygód z metalem, bluesem czy funky. Jednak zespół tworzy pięć osób, a każda ma swoje ulubione płyty. To pozwala nam wyjść poza ramy i tworzyć coś, co sami często określamy jako „kolejną falę”.

SG: Zadałem to pytanie, choć jednocześnie – w czym nie jestem odosobniony – słyszę, że nie polegacie jedynie na estetyce cold wave. Macie własne brzmienie, w którym prym wiedzie dysonans. Będę szczery – niewygodnie się was słucha, ale jestem zadowolony (śmiech). Czy właśnie o to wam chodzi – chcecie drażnić, ale przykuwać uwagę?

 

I.G.: Ostatnio odkryłem, że w jednej z piosenek w tonacji molowej Tomek gra wyłącznie akordy durowe. Generalnie tak się nie robi, a on tak zrobił, i to w pełni świadomie. I to brzmi fantastycznie. Ten ruch dodał kolejny wymiar, który muzycznie koresponduje z „pokojem” ukrytym w tekście.

 

Lunatycy Martwej Dyskoteki fot. Domink Paździor i Yu Andriichuk

Mowa tu o utworze pt. „W innym życiu”. Tekst do niego napisał Piotr Łojek, który oprócz tego, że zakładał Elektryczne Gitary, to robił też fantastyczne, free jazzowe rzeczy w Dziadach Żoliborskich.

Idealnie się do nas dopasował. Gra na instrumentach klawiszowych, bardzo „zimno falowo”. A kiedy Dagmara Gregorowicz, wielka diwa polskiej muzyki folkowej, śpiewa ze mną w „Micie kobiety niedostępnej”, to tam też jest dysonans, ale dlatego, że ona śpiewa czyściutko, tęskno i kobieco, a ja prawem wilka. Miałem łzy w oczach, kiedy to nagrywała.

Jakub Walczak: Jeśli chodzi o dysonanse i „nieprzyjemny” odbiór dźwięków, to jest to w pełni zamierzony cel. Często elementem naszego przekazu jest ukazywanie emocji w bezpośredni sposób. Zarówno w tekstach, jak i w warstwie muzycznej, jest podkreśleniem niewygodnych, a momentami nawet irytujących elementów – po to, by słuchacz miał pełnię doznań. Nasz sposób przekazu to zwracanie uwagi na konkretne elementy całego zespołu. Można to porównać do obrazu przedstawiającego księżyc w nocy, jednak ukazującego też jakieś neonowe rozbłyski światła, które drastycznie rozłamują spokojną aurę. To od słuchacza zależy, na czym się skupi, i to jest piękne, że w taki sposób możemy przekazać więcej niż jedną myśl – i to zabiegiem, który pozornie może powodować negatywny odbiór.

 

Nie zawsze celem jest stworzenie czegoś, co miło się słucha, ale co zwróci uwagę, obudzi uczucia i pozostanie we wspomnieniach.

Lunatycy Martwej Dyskoteki fot. Wiktoria Maik

T.S.: Ja tam nie wiem, czego chcę, chyba bardziej polegam na tym, czego nie chcę. Rock jest już tak dojrzałym zjawiskiem, że możemy żonglować jego wszystkimi atrybutami i budować coraz większe abstrakcje i absurdy, a jednocześnie starać się wywołać u odbiorcy to „coś”.

I.S.: Wiesz, ważną rolę odgrywa też to, jak często w naszych utworach planujemy, że np. dana sekcja będzie mieć większy groove, a gitary dodadzą lub odejmą całości ciężaru. Jeden z naszych utworów z płyty pt. „Komiks w komis” jest tego dobrym przykładem. A z tych dostępnych w sieci będzie nim „Ramadan”. Teraz, gdy tworzymy nowe utwory, jeszcze bardziej bawimy się formą i dysonansem. I tak – tu zdecydowanie chodzi o przykuwanie uwagi. Po to, by z każdym przesłuchaniem utworu znajdować w nim coś nowego.

SG: Jak dotąd nie byłem na żadnym z waszych koncertów, dlatego tym bardziej zastanawiam się, co macie na myśli mówiąc, że to rodzaj „szamańskiego seansu ze zbiorową terapią i happeningiem”.

 

I.G.: Wzorujemy się na szamanizmie i grupowych seansach terapeutycznych, w których chodzi o proces i wspólne działanie, a nie o jednostkę. Do tego dodajemy sporo dowcipu i autoironii. To nie jest tak, że wychodzimy i odgrywamy numery.

 

Lunatycy Martwej Dyskoteki fot. Wiktoria Maik

Dużo również zależy od publiczności, dlatego badamy jej reakcje i prowokujemy.

T.S.: Wychodząc na scenę, w ten magiczny, „szamański” sposób staramy się odegnać wszystkie traumy. To trochę jak okadzanie szałwią. Samego szamanizmu w tym nie ma, to bardziej metafora. Na pewno nie korzystamy z estetyki oryginalnego, syberyjskiego szamanizmu. Z kolei happening to u nas spontaniczność koncertowa, nawiązujemy w tym do przed performansowej formuły występów. Staramy się być jak najbardziej w „tu i teraz”. Nasze koncerty nigdy nie są takie same.

 

SG: W waszym instrumentarium zaintrygowała mnie zmodyfikowana gitara z ośmioma strunami. Co to za wynalazek?

 

I.G.: To już nieaktualne, bo Tomek właśnie przerobił ją na sitar. Musi być jakiś ruch na osiedlu, jak mawiał klasyk (śmiech).

T.S.: „Biała Tara” lub po prostu „Tamara” to stale ewoluujący instrument magiczny. Staram się wyrwać ośmiostrunową gitarę z rąk sceny metalowej i wirtuozerskiej. Moim celem jest powrót gitary do jej pierwotnej formy, czyli sitara, ale takiego, który brzmi jak syntezator. To pełen scalloping, zmodyfikowana elektronika, autorski strój i nietypowy dobór strun. Jednym słowem, dużo nerdowskich, nieprzemyślanych pomysłów i wystawiania swojej kreatywności na próbę.

SG: Odłóżmy już na bok muzykę i pogadajmy chwilę o tekstach, zwykle opisujących rzeczy, z jakimi musi się zmagać przeciętny trzydziestolatek – zwłaszcza ten „wciąż niedojrzały”. Mam 30 lat i w słowach waszych – mam wrażenie – nieco prześmiewczych piosenek często bardzo się odnajduję. Jakie jest główne przesłanie Lunatyków?

 

I.G.: Nie ma jednego „przesłania”, bo ani nie jesteśmy partią polityczną, ani nie mamy żadnej diagnozy, a co dopiero recepty. Proces tworzenia jest tajemniczy – dotyczy to zarówno tekstów, jak i muzyki. Polegamy na intuicji, emocjach, uczuciach, wrażeniach.

 

Lunatycy Martwej Dyskoteki fot. Domink Paździor i Yu Andriichuk

Szukamy fraz, dopasowujemy skojarzenia, dopiero potem następuje intelektualna obróbka.

Sam intelekt to tylko część ustroju człowieka, i to znajdująca się w filogenetycznie najmłodszej części mózgu, czyli w płacie przed-czołowym. To naskórek, a pod spodem kotłują się zwierzę i bóstwo. Wyrazić gada uśpionego w każdym z nas – to dopiero zadanie!

 

SG: Na koniec pytanie o waszą debiutancką płytę, którą zamierzacie wydać również w formie fizycznej. Jak wam idzie ze zbiórką?

 

I.G.: Jesteśmy na ostatniej prostej, ale jak twierdzą sportowcy, to właśnie ona jest najtrudniejsza. Zachęcamy do wsparcia nas na https://zrzutka.pl/223mgw – w zamian przesyłamy płyty, koszulki i inne artefakty!

 

Lunatycy Martwej Dyskoteki – nowa, zimna, poznańska fala polskiego rocka. Założyciele grupy mówią, że ich celem jest odreagowywanie traum, których doświadczamy w dobie globalnego kryzysu. Koncerty Lunatyków Martwej Dyskoteki to połączenie szamańskiego seansu ze zbiorową terapią i happeningiem. „LMD” to debiutancka płyta zespołu, którą wyprodukował muzyk Piotr Kołodyński (Terrific Sunday, Muchy). Gościnnie wystąpili na niej Dagmara Gregorowicz (Dagadana) i Piotr Łojek (Elektryczne Gitary). Album zapowiadały single „Dyskoteka jest martwa” i „Ku Metropolis”, które można usłyszeć choćby na antenach poznańskiego Radia Afera, Radia Nowy Świat i Polskiego Radia Kraków. Dostępne są też w serwisach streamingowych. Warto dodać, że grupa jest finalistą konkursu „Gramy u Siebie”, organizowanego przez CK Zamek w Poznaniu.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
4
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
1
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0