fot. Arkady Fiedler trzymający węża, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gawęda przy męskim stole

Piotr Bojarski w książce „Fiedler. Głód świata” kreśli świetlaną konserwatywną, męską utopię, z rzadka zmąconą obecnością świata spoza. Fiedler to bohater swojego czasu. Jako Europejczyk czerpie obficie z możliwości, które daje mu system kolonialny; żyjąc w świecie patriarchalnym, będąc obdarzony męskim przywilejem – korzysta z niego.

W książce Bojarskiego „Fiedler. Głód świata” panowie myśliwi popiją po polowaniu, opowiadając o „dzikich kobietach”, a płonące z zaciekawienia uszy chłopca rejestrują te opowieści. Starszy pan zatrzymuje się na ulicy, by porozmawiać z równie wiekowym podróżnikiem o „egzotycznych biustach”. Koniaczek, zabity królik, „męskie” zabawy.

Biografia Arkadego Fiedlera, jak „biblijne” genealogie składa się z ciągu historii mężczyzn. Kobiety pojawiają się marginalnie – jako tło czy obiekt męskiego pożądania. Przykładowo imię matki Arkadego pojawia się w książce dwukrotnie, na stronie 19, gdy opisane są narodziny Arkadego i na stronie 93, gdy Franciszka umiera. Bywa, że kobiety nie zasługują w ogóle na imiona, jak wymieniona jedynie z przezwiska „Żabka”.

 

Męski świat Arkadego Fiedlera został opisany przez równie męskie oko.

Tyle tylko, że dziś wiemy, że „męskie gawędy” nie są opowieściami uniwersalnymi. Ani dziś, ani w czasach Arkadego Fiedlera nie były to ani opowieści o wszystkich, ani dla wszystkich.

Dziecko szczęścia…

Arkady Fiedler to „wytwór” swego czasu. Chłopiec, a później wysoki, wysportowany i zdrowy mężczyzna wykorzystał to, co patriarchalny świat miał mu do zaoferowania. Jego biografia to historia dziecka szczęścia, które prowadzi ciekawe, niesamowicie uprzywilejowane życie. Rodzi się w zamożnej rodzinie. Odbiera dobrą edukację, ma troskliwych rodziców. Dzięki protekcji stosunkowo bezpiecznie odbywa służbę w pruskiej armii jako sanitariusz.

W latach międzywojennych podróżuje, romansuje, zdobywa sławę. Potrafi wykorzystać możliwości i wpisać się w „prawdę czasu”. W czasach polskich snów o koloniach – dzięki znajomościom – uzyskuje protekcję rządową i podróżuje na Madagaskar. W czasie wojny dzięki „Dywizjonowi 303” staje się cenionym propagandzistą i reporterem wojennym. W czasach PRL-u wydawany jest w setkach tysięcy egzemplarzy, a szkołom nadawane jest jego imię.

 

Całe życie pozostaje chłopcem, który chce i może łowić motyle, kolekcjonować je i umieszczać w gablotach. Te prawdziwe i te bardziej metaforyczne.

Arkady Fiedler to spełnienie nietzscheańskiej opowieści o woli mocy, to mężczyzna, który chce chcieć oraz wie, jak zaspokajać swoje pragnienia: podróży, seksu, sławy pisarskiej. Można go za to krytykować, ale trzeba to oddać – to bon vivant, wirtuoz samospełnienia. Krytykując go, ryzykujemy, że zostaniemy odebrani jako zawistnicy i malkontenci. Ten świetlany chłopiec łączący w sobie poznański pragmatyzm z romantyczną fantazją; uwodząc nas, wymusza właściwie rozgrzeszenie.

...czy ofiara PRL?

Tyle tylko, że Piotr Bojarski takiej narracji nie prowadzi. Zamiast opowieści o życiu człowieka sukcesu, któremu los usuwał ze ścieżek kamienie i ciernie, poznański dziennikarz chce nas przekonać, że życie Fiedlera nie rozpieszczało. Czytelnik zamęczany jest utrapieniami, które spadają na bohatera. Bojarski całe strony zapisuje, próbując zrobić z Arkadego Fiedlera nieomal ofiarę PRL-u, co jest wyjątkowo karkołomne w przypadku PRL-owskiego celebryty. Pierwszą żonę odmalowuje jako niszczycielkę marzeń, która roztrwoniła ojcowski majątek, a edukację szkolną jako walkę z pruskim zaborcą. Tyle tylko, że to pobrzmiewa fałszywie.

Nie będę ukrywał – trudno było mi zanurzyć się w świat narysowany w sposób tak krzywdząco bezkrytyczny. Piotr Bojarski nazbyt często pośpiesznie rozgrzesza swego bohatera, usprawiedliwia. To nie pomaga wizerunkowi sławnego podróżnika, a raczej wprowadza w nastrój podirytowanego podejrzenia. Nie potrafię uwierzyć dziennikarzowi poznańskiej „Gazety Wyborczej”, że zamożny panicz handlujący motylami, polujący z ojcem, uczący się języków – nie był dzieckiem szczęścia.   

Andrzej W. Nowak, fot. z archiwum Autora

Andrzej W. Nowak, fot. z archiwum Autora

 

 

Zrozumcie mnie dobrze – cieszę się, że Arkady Fiedler wykorzystał daną przez los szansę. Szkoda tylko, że biograf nie potrafi opowiedzieć nam wprost tej historii przywileju.

Opowieść o utrapieniach PRL-u w przypadku kogoś, kto posiada willę, a jego dzieci jedzą banany, brzmi dość intrygująco. Podobnie jak utyskiwanie, że podczas gdy mąż spełniał się w podróżach po Ameryce Łacińskiej, jego pierwsza żona nie poradziła sobie z prowadzeniem rodzinnego zakładu. Jest tak dlatego, że pisząc o świecie w świetle, nie zadaje sobie trudu odsłonięcia tego, czego nie widać, co się skrywa się w cieniu.

Gdy pojawia się jedynie wspomniany motyw niespełnionej kariery operowej Marii Fiedler – drugiej żony podróżnika – Bojarski zadowala się anegdotą rodzinną o zazdrości Arkadego Fiedlera w stosunku do dyrektora opery. I tak kariera artystyczno-zawodowa Marii Fiedler (i prawdopodobnie życie w poczuciu wielkiego zawodowego niespełnienia) zostaje sprowadzona do rozgrywki między mężczyznami.

Za kulisami

Piotr Bojarski rzadko zapuszcza się w obszar nieoświetlony. Także opisywany przez niego Poznań to kabarety, salony, zabawy, polowania poza miastem. Dopełnić obraz musimy za pomocą innych lektur. Na przykład sięgając po autobiograficzne „Grzeszne miasto” Marii Rataj, aby razem z bohaterką odkryć ukryte podbrzusze miasta, kryzys ekonomiczny, baraki dla bezrobotnych, biedę, życie wildeckiego proletariatu.

 Zadowolone oświetlone centrum miasta oślepia wzrok na tyle, że świat Marii Rataj nie jest widoczny. 

 

Z ciemnego zaułka widać to, co jasne, z zimnej ulicy widać rzęsiście oświetlone i suto zastawione stoły; w drugą stronę – ujrzeć coś majaczącego w ciemnościach jest o wiele trudniej.  

Maria Rataj żyje w slumsach i burdelach Poznania. Arkady Fiedler z bogatymi przyjaciółmi, owszem, bywa też w slumsach i burdelach, ale Casablanki, jako płacący za „egzotyczne doświadczenia” widz.

Książka Bojarskiego stanowi przeciwieństwo tego, co ujawnia narracja Marii Rataj. Jego książka to opowieść o mieszczańskim wiecznym chłopcu bawiącym się w Indian, opowieść o mężczyznach, ale już nie o kobietach, o myśliwych, ale już nie o zwierzętach, o Sienkiewiczu i Karolu Mayu, ale już nie o zachwalanym przez nich kolonializmie i jego złowrogich wymiarach.

Czytając biografię Fiedlera, nie dostrzeżemy tego, co niedoświetlone, nie usłyszymy historii niedopowiedzianych. Szczególnie jest to dotkliwe w przypadku kobiet – Bojarski nie zadaje sobie trudu, aby „kobiety z tła” zyskały twarze, imiona, biografie. Nie dowiemy się właściwie nic o matce Franciszce, pierwszej żonie Jance, drugiej żonie Marii i jej niespełnionej karierze śpiewaczej. Kobiety na tej męskiej scenie pojawiają się jak rekwizyty.

Egzotyka przy piwie

„Pikantne anegdoty” o napotykanych przez podróżnika „egzotycznych kobietach” bawić mogą jedynie podchmielonych mężczyzn, dla reszty z nas jest to męczące i nużące. Czytając biografię Fiedlera, niewiele się dowiedziałem o przyrodzie, trudach podróży, przygodach, zwierzętach, gatunkach motyli, odkryciach geograficznych, więcej bowiem miejsca biograf poświęcił na uprzedmiotawiające opisy kobiet i „wycenę” ich urody.

Okładka książki, fot. z archiwum Autora

Okładka książki, fot. z archiwum Autora

 

Ta męskocentryczność spojrzenia ujawnia się także w tych momentach, w których biograf musiał się wprost zmierzyć z problematycznymi zarówno dla dzisiejszej, jak i ówczesnej opinii publicznej relacjami seksualnymi Arkadego Fiedlera z poznawanymi podczas podróży „egzotycznymi” kobietami.

Bojarskiemu nie przychodzi do głowy, aby do oceny tych relacji oddać głos kobiecym ekspertkom, specjalistkom od myśli postkolonialnej i feminizmu. Nie zadaje sobie trudu przeprowadzenia bardziej wnikliwego dziennikarskiego śledztwa.

Uspokojony przez męskiego eksperta kontynuuje opowieść, w której co rusz za swoim bohaterem nuży czytelników banalnie stereotypowymi, przewidywalnymi, krzywdzącymi i uprzedmiotawiającymi opisami „egzotycznych” kobiet.

Co powinien biograf?

Fiedler to bohater swojego czasu. Jako Europejczyk czerpie obficie z możliwości, które daje mu system kolonialny; żyjąc w świecie patriarchalnym, będąc obdarzony męskim przywilejem – korzysta z niego.

Tak, jest człowiekiem „swoich czasów”.

 

Szkoda jednak, że Bojarski nie oświetla bardziej krytycznie „owego czasu”, nie jest dziennikarzem naszego czasu i nie zauważa, że Malgaszki, Tahitanki, Wietnamki i Chinki żyły nie tylko po to, aby być podnietą dla europejskich podróżników i czytelników ich „przygód”.

Na tym tle – wbrew intencji Bojarskiego – cytowani w książce PRL-wscy krytycy Fiedlera, wskazujący na imperializm, kolonializm, uprzedmiotawiający stosunek do kobiet, brzmią zaskakująco ciekawie i współcześnie. Instrumentalny i nie zawsze uczciwy stosunek PRL-u do krajów Trzeciego Świata brzmi dziś jak bardzo aktualna krytyka feministyczna i postkolonialna.

Powtórzę: nie o krytykę Arkadego Fiedlera mi idzie, takie ocenianie z perspektywy bycia „mądrzejszym po latach” jest zbyt łatwe. Fiedler ma „prawo” do konformizmu, zaspokajania własnych pragnień, do swoich wyborów, słabości, uprzedzeń, wad, żyjemy przecież tylko swoim życiem, mamy takie, a nie inne ścieżki.

Biograf jednak powinien nakreślić mapę, po której jego bohater się poruszał na szlaku swojego żywota, a nie tylko dreptać po jego śladach, nie zbaczając ani na krok.