fot. Janusz Jurek

Goście Radziwiłłów. Beata Szady

W październiku ubiegłego roku, w ramach programu pt. "Goście Radziwiłłów", odbyła się trzytygodniowa rezydencja literacka. W jej trakcie, trzy osoby związanych z Wielkopolską i aktywnych w dziedzinie literatury, pracowało nad swoimi autorskimi utworami.

Program „Goście Radziwiłłów” został zainicjowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego w roku 2020.  

 

Rezydentów zaprosił Pałac Myśliwski Książąt Radziwiłłów w Antoninie – Dom Pracy Twórczej.

Jedną z uczestniczek Programu „Goście Radziwiłłów” była pisarka Beata Szady. Prezentujemy fragment książki o zmarłym niedawno grafiku Ryszardzie Kai, nad którą pracowała w trakcie swojej antonińskiej rezydencji.

 

JESZCZE WIĘKSZE ZAGĘSZCZENIE

To nie był zwykły dom. Choć mieścił się w standardowym, PRL-owskim bloku na poznańskim Łazarzu, był inny.
– To mieszkanie było ewenementem. Tu się wchodziło i zapierało dech – mówi Mateusz Kaja, bratanek Ryśka Kai, malarza, scenografa, plakacisty, twórcy serii plakatów POLSKA.
– Ludzie wchodzili i się dziwili – mówi Dominika Buczkowska, bratanica.
– Kiedy przychodziłem do domu Ryśka, to tak, jakbym trafiał do zupełnie innego świata – wspomina Andrzej Zdanowicz, przyjaciel Kai od lat młodzieńczych.
Ogólne zagracenie i bałagan. Takie było mieszkanie Kajów na ulicy Klaudyny Potockiej (dawniej Rutkowskiego).
„(…) mieszkanie nasze było niewielkie, a przy tym wypełnione”, pisał nad wyraz subtelnie Rysiek Kaja.
– Tam nie było centymetra wolnej ściany, wszystko zajęte obrazami. Jakieś koraliki, pamiątki z podróży, cuda wianki. Książka na książce, porozkładane sztalugi, bałagan – wspomina Dominika.
„(…) farby były wszędzie, niezbyt duże mieszkanie było pełne słoiczków z pigmentami, barwami, kubeczków z ołówkami, rylcami, nastroszonymi pędzlami i spiętrzonych stert papierów”, pisał Ryszard Kaja.
Katarzyna Kołacz, kuzynka Ryśka: – Ciocia lubiła zbierać drobiazgi. Na tych etażerkach miała tyle wszystkiego!
Ciocia to Stefania Kaja – ceramiczka i malarka. Jej mąż, Zbigniew Kaja, był znanym grafikiem i plakacistą.

Pokoje w mieszkaniu na Potockiej były trzy i miały podobną wielkość (około 15 m2). – Ale to nie tak, że jeden był salonem, drugi sypialnią, trzeci pokojem dzieci – opowiada Zdanowicz. – Tam każdy pokój był pracownią. Nie wiem, gdzie oni gości przyjmowali. Na pewno nie w kuchni, bo tam stała sterta niepozmywanych garów. Mieszkanie na Klaudyny Potockiej to była katastrofa! I tę katastrofę Rysiek zabrał z sobą.
Można powiedzieć, że taki otrzymał posag.
To pokój Stefani, mamy Ryśka, był salonem, w którym przyjmowano gości, ale też jej pracownią i sypialnią. Upchała w nim mnóstwo mebli: stylowe z domu rodzinnego, w spadku ponoć po babci (jedni renowatorzy uważają, że to Biedermeier, inni zaprzeczają): stół okrągły, dwa fotele, dwa krzesła, witryna, biurko, kanapa z rozwalonym bokiem, bo mąż Zbychu uwielbiał na niej robić drzemki popołudniowe (mimo że miał łóżko w swojej pracowni). Na okrągłym stole w prawym, górnym rogu pokoju stał telewizor. Goście natomiast gromadzili się na kanapie i fotelu (drugi był okupowany przez Stefanię. Nikomu nie pozwalała na nim usiąść) wokół prostokątnej ławy, którą można było podwyższyć oraz powiększyć i wtedy udawała stół. Po lewej stronie kanapy przykucnął jeszcze jeden stolik – prostokątny, przykryty serwetą – na którym panoszył się kot chiński. Z drugiej strony rozwalającego się mebla stało biurko „z milionem rzeczy”, jak napisała Dominika na szkicu mieszkania. Wszystko na 15 m2.
Nie, to jeszcze nie wszystko. Całą ścianę wejściową zajmowały meble Kowalskiego, które z tymi stylowymi musiały wyglądać kuriozalnie. Po prawej stronie od wejścia znajdował się tapczan, na którym spała Stefania. Obok stał taboret z popielniczką i kawą. Zegar na ścianie, mnóstwo obrazów, ceramik i grafik. Wszędzie poupychane farby, glina i glazura.
Kowalski w tym mieszkaniu rządził. Nie inaczej było u Zbycha. Bardzo skrupulatnie jego pracownię opisał Rysiek w katalogu do wystawy ojca. Przytoczę tylko fragmenty. „Jego pokój był (…) oświetlony ostrym, białym światłem jarzeniówki, na podłodze tandetne linoleum, cztery ściany, jedna (…) z oknem, vis a vis pusta, na niej wieszał swe niedokończone prace. (…) Dwie pozostałe ściany całkowicie zabudowane segmentem Kowalskich, w kącie wciśnięte łóżko przykryte pledem, nad łóżkiem, pod łóżkiem rulony plakatów (…), a po przeciwnej stronie – blat deski kreślarskiej rozstawiony na koziołkach. (…) Nad stołem czaiła się, niczym czapla, stara, czarna, metalowa lampa. A na stole wszystko pedantycznie równo poukładane [i to różniło Ryśka od ojca – przyp. B.Sz.]: pędzle w kubkach, szorstkie do olejów osobno i osobno miękkie, delikatne do tuszów, rylce drzeworytnicze w puszkach, ołówki, kredki, gumki w metalowych pudełkach, a w małych kartonikach malutkie ścinki kolorowych papierków: leśne zielenie i szmaragdy, czerwienie partyjne, bezwstydne purpury, osobno błękity, jadowite złocienie i czernie wszelkich odcieni”.
Rysiek lubił powtarzać, że wychował się w domu pełnym kolorów.
„Obok, w narożniku, wielki słój po ogórkach z czystą wodą do maczania pędzli. Do słoika tego przychodziły pić nasze koty i nieraz ozdabiały rozłożony rysunek śladami swych łap. (…) Na pozostałych półkach, niczym na strychu, jeszcze większe zagęszczenie”.

Pracownie rodziców na Potockiej dzieliły pokój synów i korytarz.
Zdanowicz pamięta, jak razu pewnego siedzieli u Ryśka w niemiłosiernie zagraconym pokoju (brat Przemek wówczas już tam nie mieszkał; rodzice byli, ale każdy siedział w swojej pracowni). Palili papierosy, pili herbatę z zabytkowych filiżanek (fetysz Kai), i nagle usłyszeli głos ojca: „Gdzie jest, do kurwy nędzy, biel tytanowa?”. I z pokoju matki poleciała do jego pracowni tubka. – Wszyscy tam podbierali sobie farby – wspomina Zdanowicz.
Najgorszy ponoć był pokój Ryśka. – To była masakra! – mówi Dominika. – To był kosmos! – mówi Zdanowicz. Zapamiętał go tak: – Była tylko taka wąska dróżka, która prowadziła do stolika pod lampą, były dwa krzesła, gdzie można było usiąść i w zasadzie nigdzie więcej nie dało się ruszyć. Wszystko było zastawione meblami, szafami, sprzętami. Okna to chyba myto tam raz na dwadzieścia lat. W każdym razie jak ja tam bywałem, to miałem wrażenie, że jestem rybką w akwarium, bo szyby były takie zielonkawe, zabrudzone, porośnięte glonami. Ale światło ciekawie przez nie przenikało, dawało zielonkawą poświatę.
O ilości sprzętu, bałaganie i chaosie w tym domu świadczy jeszcze jedna historia. Kiedyś Zdanowicz zapytał Ryśka: „Jak ty możesz się odnaleźć w czymś takim?”. Ten odpowiedział: „Wszystko ma swoje miejsce” i dodał: „Ale wiesz? Sprzątaliśmy ostatnio z mamą mój pokój i wyobraź sobie, że znaleźliśmy koło zapasowe do syrenki, którego przez pięć lat nie mogliśmy znaleźć!”.
Generalne sprzątania się zdarzały, kiedy chaos w domu Kajów przekraczał nawet ich możliwości funkcjonowania. Generalne remonty – nigdy. Za dużo rzeczy do przeniesienia.
– To był strasznie bałaganiarski i chaotyczny dom. Pewnie miał swój porządek, ale mnie się właśnie taki przedstawiał – podsumowuje Zdanowicz. – Tam była sztuka wymieszana ze zwykłymi rzeczami. Na przykład obok grafiki stał niedomyty garnek. Trudno mi było z tej sztuki wyłuskać jakieś wow, bo przeszkadzał w tym właśnie ten garnek.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0