fot. Selfie Joanny Jodełki z pierwszym rektorem Uniwersytetu Poznańskiego

O kobiecie, która oświadczyła się własnemu ginekologowi

Będzie to opowieść o hrabinie Helenie z Dąmbskich Święcickiej, żonie Heliodora Święcickiego, pierwszego rektora i założyciela Uniwersytetu Poznańskiego.

Mówi się, że za sukcesem każdego wielkiego mężczyzny stoi wyjątkowa kobieta. I dobrze, że tak się mówi, bo to prawda. Tak jest dzisiaj i tak też było w kwietniu 1885 roku, gdy w drzwiach poznańskiej kliniki przy Młyńskiej 6 stanęła wysoka i piękna wdowa. Kobieta trzydziestoośmioletnia „o twarzy jak Madonna”, jak opisywali ją współcześni. Była to hrabina Helena z Dąmbskich Zaborowska. W gabinecie czekał na nią chirurg, ginekolog, siedem lat młodszy blondyn z pokaźnym wąsem i binoklami na nosie, absolwent niemieckich uczelni, jeszcze nieznany tak powszechnie – Heliodor von Święcicki. To spotkanie odmieniło życie tych dwojga, ich rodzin oczywiście też, ale… i całego Poznania, za jakiś czas.  

 

Z postacią Heleny Z Dąmbskich zetknęłam się, czytając biografie Heliodora Święcickiego. Przygotowywałam się wówczas do napisania kryminału z okazji obchodów stulecia Uniwersytetu Poznańskiego. Przez długi czas myślałam, że akcja tej książki rozgrywać się będzie współcześnie, na którymś z wydziałów. Na Zachodzie jest cały dział tak zwanych kryminałów akademickich i nic w tym dziwnego. W poważnych i dostojnych gmachach aż kipi od emocji. A tam, gdzie może pojawić się wybujałe ego, zawiść, zazdrość, niedowartościowanie czy przerost ambicji, uknucie zbrodniczego planu nie jest takie trudne.

Heliodor Święcicki z żoną Heleną z Dąbskich 1885-1890, fot. Cyryl

Heliodor Święcicki z żoną Heleną z Dąbskich 1885-1890, fot. Cyryl

Skoro jednak miał być to kryminał z okazji stulecia, postanowiłam poczytać też o początkach tej uczelni. Tym bardziej że majaczyła mi w pamięci informacja, jakoby uniwersytet powstał z prywatnych pieniędzy. Nie pamiętałam czyich i postanowiłam podrążyć, bo pieniądze to zawsze dobry motyw kryminalny. Nie szukałam zbyt długo. Przeczytałam pierwszą z brzegu biografię Heliodora Święcickiego i to wystarczyło, by stał się on ważnym bohaterem w mojej książce, chociaż „Rektorski czek” to powieść kryminalna, która dzieje się współcześnie.

Kryminał ma jednak swój rytm. Mogę przemycić dużo ciekawych informacji, ale nie zawsze tyle, ile bym chciała. W „Rektorskim czeku” Helenę z Dąmbskich wspominam zaledwie w kilku zdaniach, ponieważ nie była już świadkiem przedstawianych wydarzeń. Tym bardziej cieszę się, że teraz mogę napisać o niej trochę więcej.  

Zacznę jednak od Heliodora Święcickiego, bo bez niego Helena z Dąmbskich byłaby zapewne tylko hrabiną, z nazwiskiem przewijającym się w mocno już zakurzonych wspomnieniach. A on… być może szanowanym lekarzem, po którym już dawno wyblakły pieczątki.

Od początku więc

Heliodor Święcicki urodził się w Śremie pod Poznaniem w rodzinie dobrze sytuowanego lekarza Tadeusza Święcickiego. Był drugim dzieckiem z sześciorga i miał dostatnią, lecz niezbyt szczęśliwą młodość. W dzieciństwie zmarła trójka z jego rodzeństwa, umarła też matka, zaraz po niej ojciec. Wieku małżeńskiego doczekała jedna z sióstr, Ofelia, ale ta zaraz po ślubie też pożegnała się z życiem i to w niewyjaśnionych okolicznościach. Dożywszy dziewiętnastu lat, Heliodor Święcicki był już sierotą z jedną tylko siostrą Wandą. Z takim bagażem doświadczeń rozpoczął studia we Wrocławiu. Uzyskał doktorat z ginekologii i chirurgii. Potem jeszcze dokształcał się w Lipsku, Berlinie i Jenie. W swojej karierze zajmował się ginekologią i filozofią medycyny. Ma na swoim koncie również wynalazek, opatentowane i z powodzeniem produkowane w Anglii przenośne urządzenie do mieszania gazów uśmierzających ból rodzącej kobiety. Jest też autorem rozprawy „O estetyce w medycynie”. Nie dotyczy ona chirurgii plastyczniej, jak byśmy dzisiaj rozumieli tytuł. Jej motto to słowa Stanisława Witkiewicza, by mieć „czujące widzenie”, i odnosi się do relacji lekarz – pacjent. Heliodor uważał, że:

 

„lekarz powinien nie tylko znać ludzi, ale odczuwać żywo ich uczucia, mieć zrozumienie wszystkiego, co dla człowieka ważne ma znaczenie”,

 

„Być jak dobra wróżka, tak by chory, chociaż nie zażył jeszcze lekarstwa, już zaczął odczuwać ulgę”.

 

Heliodor Święcicki 1892, fot. Cyryl

Heliodor Święcicki 1892, fot. Cyryl

A to wszystko, ponieważ,

 

„Każdemu z ludzi dla zdrowia i siły życia potrzebne są ciepło i słodycz z serca drugiego czerpane. Jest to woda źródlana, bez której przejście przez żywot byłoby zabójczą wędrówką przez skwarną Saharę, a ukazywanie choremu miraży choć dalekich nadziei jest wprost koniecznem”.

 

Przytoczyłam sporo cytatów z tej rozprawy, by pokazać, do jakiego typu lekarza trafiła hrabina Dąmbska. I o jej życiu teraz słów kilka.   

Urodziła się w 1847 roku jako córka hrabiostwa Leokadii i Gustawa Eustachego Dąmbskich. Jej ojciec był postacią powszechnie znaną i niezwykle podziwianą. Doktor praw, który będąc w podróży do Francji, otrzymał informację o wybuchu powstania listopadowego i zawrócił natychmiast do kraju. Mimo że dyliżans zmiażdżył mu palce stopy, to odbył całą kampanię wojenną „w pantoflu na okaleczonej nodze”. Był dwukrotnie ranny i odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Po powstaniu został członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk i kilkukrotnym posłem na sejm pruski.

 

Helena wyszła za mąż za Gustawa Zaborowskiego. Miała z nim trójkę dzieci. I to mogłyby być wszystkie informacje na jej temat – wzmianki w kilku drzewach genealogicznych. Życie Heleny zmieniło bieg, gdy w wieku trzydziestu siedmiu lat zmarł jej mąż, a ona sama mniej więcej w tym samym czasie ciężko zachorowała.

Odpis testamentu Heliorora Święcickiego, fot. Cyryl

Odpis testamentu Heliorora Święcickiego, fot. Cyryl

Kto zasugerował, by udała się do Heliodora Święcickiego, już się nie dowiemy. Pewne jest, że przy swoich możliwościach finansowych mogła trafić do każdej z renomowanych europejskich klinik, a wybrała tę przy Młyńskiej 6. Trochę to dziwi, choć jak na Poznań tamtych czasów była to klinika już dość duża. Posiadała sześć łóżek, salę operacyjną i podobno jakieś wygodne pomieszczenia towarzyszące. I to właśnie w tej placówce poważnie chora Helena zdecydowała się na nie mniej poważną operację. Dla kobiety, matki trójki dzieci, osieroconych już przez ojca, to musiała być bardzo trudna decyzja. Co sprawiło, że się odważyła? Te „miraże nadziei”, o których później pisał w swej rozprawie doktor Święcicki? Może jego głos, który znany antropolog opisywał jako „miły, czysty i w wymowie przyjemny”, może jego oczy, na temat których ktoś inny zapisał, że „były duże i wyrażały wielką mądrość i dobroć”, a może po prostu ból nie do zniesienia i ostatnia nadzieja na uratowanie życia. Najprawdopodobniej bowiem Helena z Dąmbskich miała pokaźnego guza macicy.

Maria z Kwileckich Żółtowska zanotowała w swym pamiętniku:

 

„Święcicki leczył hr. Dąmbską, wdowę od kilku lat chorującą – zrobił jej operację, po czym u niej wykluczone było potomstwo”.

 

Najpewniej więc z sukcesem usunął całkowicie chorą macicę. Oczywiście nie była to pierwsza jego operacja. Już wcześniej podejmował się przeprowadzania tego typu zabiegów i znacznie bardziej skomplikowanych cesarskich cięć. Jednak to właśnie ta operacja, choć może nie najbardziej spektakularna, zaważyła nie tylko na życiu pacjentki, ale też jego własnym. Goszcząca w domu Święcickich, wspominana już Maria Żółtowska nie omieszkała z nutą złośliwości zapisać, że:

 

„po udanej operacji ona (Helena z Dąmbskich) się w nim zakochała, oświadczyła mu się i pobrali się!”.

 

Nietrudno wyobrazić sobie, że kobieta zakochuje się w ratującym jej życie lekarzu. Warto przypomnieć, że był to lekarz o wielkiej wiedzy, przyjemnej powierzchowności, dużych oczach i miłym głosie. Zaskakuje mnie jednak śmiałość tej sceny.

Testament żony Heliodora Święcickiego Heleny z Dąmbskich, wdowy po Gustawie Zaborowskim, fot. Cyryl

Testament żony Heliodora Święcickiego Heleny z Dąmbskich, wdowy po Gustawie Zaborowskim, fot. Cyryl

Helena jest siedem lat starsza, nie będzie mieć już dzieci, ma natomiast trójkę swoich, i oświadcza się trzydziestojednoletniemu lekarzowi, kawalerowi z własną kliniką. Oczywiście jej pozycja społeczna jest dużo wyższa, pochodzi z arystokracji, ale i on  był przecież nie najgorszą partią, miał też prawo do szlacheckiego tytułowania się von Święcicki. Hrabina jest wyjątkowo bogata, jest też „bardzo piękna, wysoka”, podobno „rzadkiego niewieściego wdzięku”, do tego ledwo od śmierci wyratowana. Może stąd ta odwaga, by zawalczyć o młodego lekarza i mu się oświadczyć, nie czekając, aż sam się ośmieli, bądź nie ośmieli wcale. Nie wiadomo do końca, jakie były powody, jedno jest pewne, jak zeznają pamiętnikarze:

 

„urzeczony jej osobowością i urodą (Święcicki) zapałał gorącym uczuciem do wdowy”.

Pobrali się szybko. W 1886 roku.  

Po ślubie wynajęli cały pałac Działyńskich na Starym Rynku, najbardziej prestiżową lokalizację w Poznaniu. Nie bez znaczenia było to, że Helena miała stosowne fundusze oraz znała dobrze właściciela tej nieruchomości, hrabiego Zamoyskiego. Zamieszkali tam. Na piętrze urządzono klinikę, w której wkrótce zabrakło miejsca i trzeba było przebijać ścianę do sąsiedniej kamienicy. W pałacu była jeszcze słynna sala balowa, gdzie odbywały się „czwartkowe spotkania” goszczące znamienitych prelegentów i artystów. Grywał tu Paganini, grała też księżna Marcelina Czartoryska, uczennica Chopina, miał swój odczyt Libelt i Sienkiewicz.

 

Hrabina Dąmbska nie tylko wniosła w małżeństwo arystokratyczną pozycję, koneksje i pieniądze, ale też rosnące w cenie tereny wokół Poznania. Małżonkowie zaczęli z powodzeniem sprzedawać i kupować grunty. A w owym czasie skupowanie ziemi miało nie tylko finansowy wymiar.

Wielkopolanie cieszyli się, i to bardzo, gdy nie trafiała ona w ręce znacznie bogatszych Niemców i Żydów. Działaniem Święcickich zainteresowała się w końcu tajna policja pruska. Sprawdziła donos z pytaniem:

 

„kto się ośmielił dać Święcickiemu kredyt na zakup wielkiej parceli od Macieja Palacza na Edwardowie” (przy dzisiejszej Bukowskiej). Ku niezadowoleniu pruskich władz śledztwo tajnych służb wyjaśniało, że „nikt kredytu dawać nie musiał. On sam bowiem posiadał wielki majątek, który zdobył poprzez parcelację ziemi”, a tereny na Edwardowie kupił „li i tylko dla celów spekulacyjnych, i Święcicki pozwoli jej tak długo leżeć, aż będzie mógł ją z zyskiem dalej odsprzedać”.   

 

Małżeństwo tak się na tym dorobiło, że Święcicki uznawany był za jednego z najbogatszych poznaniaków. I tu wracamy do początku opowieści.

W przyszłości, już po śmierci Heleny, wszystkie te pieniądze zostaną przeznaczone na powstanie Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu (zwanego najpierw Wszechnicą Piastowską, potem Uniwersytetem Poznańskim). Na gażę profesorów, na akademiki, na stypendia, na wyposażenie pracowni, na stołówki i na milion potrzebnych rzeczy.

 

Heliodor Święcicki w otoczeniu najbliższej rodziny na balkonie Pałacu Działyńskich 1890-1900, fot. Cyryl

Heliodor Święcicki w otoczeniu najbliższej rodziny na balkonie Pałacu Działyńskich 1890-1900, fot. Cyryl

Helena niestety nie doczekała otwarcia polskiego uniwersytetu. Zmarła w 1901 roku na gruźlicze zapalenie płuc. Tym razem Heliodor nie był w stanie jej pomóc. Bezradny, ściągnął nawet znanego klinicystę z Berlina, prof. Alberta Fraenkla, ale sto lat temu takie rozpoznanie było już równoznaczne ze śmiercią.

Wielu obserwatorów tamtych czasów odnotowało, że profesor Święcicki długo nie mógł się pogodzić ze stratą ukochanej żony.  Zrezygnował ze wszystkich publicznych funkcji, a było ich niemało. Zawiesił sławne już wieczory czwartkowe i zamknął się w salonie, gdzie stało marmurowe popiersie Heleny. Sporo czasu minęło, nim z niego wyszedł pogodzony z losem. Jak pisze we wspomnieniach prof. Adam Wrzosek:

 

„Śmierć żony, którą gorąco kochał, jak sam wyznał, wypaliła w nim miłość własną, a rozpaliła czynną i rozumną miłość bliźniego”.

 

Za jego sprawą pojawiła się instytucja pielęgniarki środowiskowej, dom starców na Śródce, kilka prężnych towarzystw charytatywnych, wychodziło czasopismo naukowe „Nowiny Lekarskie”. Uniwersytetowi za życia oddał niemało, a resztę przepisał w testamencie, oczywiście dobrze lokując kapitał.

Zafascynowała mnie postać Heliodora, ale i o Helenie myślałam często. Będąc piękną i bogatą hrabiną, chyba wcale nie tak łatwo wybrać dobrego męża. Szczególnie takiego, który będzie kochał do samej śmierci, modlił się jak do świętej, a z pieniędzy zrobi dobry użytek. Pozostanie więc we mnie podziw dla niej, za to, że rozpoznała tego właściwego i nie czekając, sama mu się oświadczyła. Dzisiaj nie jest to łatwe, a kiedyś…

 

Przed Aulą Uniwersytetu stoi dziś pomnik, ławeczka z siedzącym przed uczelnią Heliodorem Święcickim. Można się do niego przysiąść na chwilę. Ja się przysiadłam wiele razy, pisząc swoją książkę. Myślę też, że czasami przysiada się tam duch jego ukochanej, jedynej żony Heleny.

Ciekawa to kobieta była, ta Helena z Dąmbskich Święcicka.  

 

 

Dla zainteresowanych:

Michał Musielak, „Heliodor Święcicki”
Mieczysław Stański, „Heliodor Święcicki 1854–1923”
Praca zbiorowa, „Heliodor Święcicki w 90. rocznicę powstania Uniwersytetu Poznańskiego”
Heliodor Święcicki,  „O estetyce w medycynie”
Adam Wrzosek, „Wędrówki po mogiłach”
Józef Kostrzewski, „Z mojego życia pamiętnik"