fot. Archiwum redakcji

Jak zamknąć wszystkie okna?

Poznańska Wiosna Muzyczna nie interesuje się światem, więc świat nie interesuje się Poznańską Wiosną Muzyczną. Zdaje się, że co najmniej jedna ze stron jest taką sytuacją ukontentowana.

Przywołując (nowoczesnego) klasyka

Adorno stwierdził kiedyś, że o muzyce współczesnej chętniej się pisze, niż się jej słucha. Nie mogę teraz zlokalizować dokładnego cytatu i nawet zaczynam wątpić, czy faktycznie tak stwierdził.

 

Ale nawet jeśli nie, to mniejsza z tym, bo podobne myśli towarzyszyły mi podczas koncertów PWM i zastanawiałem się, co pan Theodor miałby do powiedzenia, gdyby akurat siedział koło mnie i miałbym odwagę go zagadnąć. A poza tym dobrze zacząć tekst od cytatu albo przywołania kogoś ważnego, to dodaje powagi, a o tę aż się prosi, gdy mamy do czynienia z jubileuszową edycją.

Co prawda Wiosna jest nieco starsza, niż sugerowałby liczebnik 50, którym przystroiła się w tym roku, ale takie zaglądanie w metrykę, w dodatku w takich okolicznościach, zatrąca już chyba o nieuprzejmość, więc uprzejmie proszę o wybaczenie i wracam do meritum.

Muzyka w obronie własnej

Którym jest… no właśnie, co? Czyżby kondycja takiego efemerycznego, eterycznego i ezoterycznego bytu jak muzyka współczesna? Czy to zbyt wzniosłe kwestie, żeby mogły stanowić sedno, bo nie można się na nich oprzeć? Może należy więc skupić się na konkretach: odnotować, że jubileuszową edycję udało się na początku października dociągnąć do końca, co jest nie lada wyczynem, zważywszy, że ciągnęła się przecież od inauguracji w marcu; że tym razem żadnego koncertu nie odwołano ani nie przerwano, bo na szczęście nikt nie usiłował umieszczać przedmiotów we wnętrzu fortepianu; że prawykonania zostały wykonane, kompozytorki i kompozytorzy byli oklaskiwani, wykonawcy takoż, choć czasem przez malutkie grono słuchaczy. W tych trudnych chwilach bardziej nawet niż o pismach Theodora W. Adorno myślałem o tekście Ewy Szczecińskiej, który przeczytałem na chwilę przed rozpoczęciem festiwalu i wciąż rezonował mi pod sklepieniem. Na łamach Ruchu Muzycznego autorka dzieliła się swoimi wątpliwościami:

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

„Wydaje się, że jedynymi prawdziwymi odbiorcami ich utworów są krytycy, wykonawcy muzyki nowej i koledzy kompozytorzy poruszający się w tej samej towarzyskiej bańce. Wniosek – coś trzeba z tym zrobić! Muzyka na takich koncertach nie broni się sama. Może należałoby połączyć te koncerty z prelekcjami? Albo wyciągnąć kompozytorów klasycznej muzyki współczesnej z niszy, z której nie wystawiają głów i spotkać ich z potencjalnymi odbiorcami?”.

 

W Poznaniu wiosna, w Warszawie jesień, w Krakowie „Sacrum Profanum”

Może, a nawet na pewno! Wszak kiedyś regularną składową Wiosny były spotkania i panele dyskusyjne, nie żeby dochodziło na nich do jakiegoś dalekosiężnego wystawiania głów, ale przynajmniej były. Była też skierowana do młodej publiczności Mała Poznańska Wiosna Muzyczna. A teraz – nic… Zapewne wytłumaczeniem będzie pandemia, którą niestety teraz wszystko można (próbować) wytłumaczyć. Ale to jednak zastanawiające, że gdy inne instytucje, jak również festiwale, korzystają z wyjątkowych okoliczności, żeby zaryzykować coś, czego w normalnych warunkach by pewnie nie zrobiły, sięgają w nieznane rejony, czasem po omacku, ale przynajmniej się starają, jakoś rozwijają – ten jakby się zwija.

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Gdy Warszawska Jesień kolejny rok koncerty zarówno transmituje dla tych, którzy nie mogą w nich uczestniczyć na żywo – Poznańska Wiosna Muzyczna kolejny rok ich nie transmituje. Niestety, to że PWM odbyła się w większości w październiku, zaledwie tydzień po WJ, tym bardziej skłania do porównań. Do trudnego sąsiedztwa dorzucił się jeszcze nakładający się częściowo krakowski Sacrum Profanum; po porywającej jedynie sieciowej edycji zeszłorocznej w tym roku programowo tylko stacjonarnie, co mogło być przyczyną tego, że Wiosny nie zaszczycił bodaj żaden przyjezdny krytyk.

Nie wiem, czy takie porównania są uprawnione albo usprawiedliwione, ale dzieją się i tak mimowolnie. I nie wypadają na korzyść PWM. Wiadomo, każdy organizator uważa swój festiwal za najważniejszy, albo chociaż udaje, że tak uważa, albo co najmniej stara się sprawiać wrażenie, że tak uważa – ale żaden festiwal nie funkcjonuje w próżni. A Wiosna taki stan jakby starała się wygenerować. Szkopuł w tym, że w próżni brakuje powietrza, więc nie da się za bardzo oddychać. Żeby to była chociaż bańka, ale tutaj to raczej taka banieczka, tylko jakaś niepokojąco nieforemna. Usiłowałem w nią wejść podczas koncertu inaugu… wróć: podczas pierwszego koncertu jesiennej odnogi Wiosny, który nie był żadną inauguracją przecież – zostaliśmy powitani na inauguracji w marcu w Filharmonii Poznańskiej i tamto powitanie nadal powinno wybrzmiewać w nas echem, więc tutaj po prostu kontynuujemy przerwaną myśl i nie ma potrzeby nic zakomunikowywać – w związku z czym zupełnie nie czuło się nastroju, choćby skromnego, święta (którym przecież festiwale bywają), czy nawet rodzinnej uroczystości. Chociaż nie, było coś z rodzinnej świątecznej atmosfery – na tej zasadzie, jak to dorośli udają przed dzieckiem, że istnieje gwiazdor czy inny zajączek, a ono udaje, że w to wierzy, bo przecież chce dostać prezenty.

Międzynarodowo

W kameralnym gronie (dziesięć osób, w tym organizatorzy) nie mogłem się otrząsnąć z poczucia, że w Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich jesteśmy wspólnikami w udawance czy może uczestnikami gry miejskiej o nazwie „Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej”. Umówiliśmy się, że gramy w coś takiego, choć mnożą się wątpliwości, ale jest przecież międzynarodowo, bo gra polsko-chiński Lepos Duo, a międzynarodowość wzmaga to, że gra nie tylko kompozytorów polskich. Oprócz Knapika, Lutosławskiego, Kozuba i prawykonania Sylwii Nowastowskiej, gra też Brighta Shenga. No i jest też chyba całkiem współcześnie, bo cztery z pięciu utworów są datowane na XXI wiek. „Filo d’Arianna” Eugeniusza Knapika spełnia reguły gry, bo jest w nim dużo dźwięków nieprzyjemnych, choć im dłużej trwa, tym bardziej mnożą się wątpliwości, które z nich przewidział kompozytor, a które są zasługą wiolonczelisty Jana Czai. No ale nie dociekajmy, ma być przecież miło, w końcu wszyscy tu jesteśmy z miłości do muzyki. Miłośnie było w „Adagio amoroso” Zbigniewa Kozuba, którego wykonawcy nie mogli się chyba doczekać, bo zdecydowali się je zagrać prędzej niż przewidywał to program. Albo stwierdzili, że kontrast z „Grave. Metamorfozy” Witolda Lutosławskiego byłby zbyt dziwny. Tak czy inaczej, Czaja zapowiedział, że kompozycja Kozuba będzie druga, a nie czwarta, ale szkoda, że potem nie odważył się już odezwać do publiczności. Nie śmiem sugerować połączenia koncertu z prelekcją, wszak to mogłoby zaszkodzić nastrojowi nabożnego skupienia i zatopienia się w muzyce. A skupiać na zatapianiu i zatapiać w skupianiu trzeba było bardzo mocno, bo przez niedomknięte okno z ożywionego w sobotnie popołudnie Starego Rynku dobiegały liczne głosy, odgłosy i muzyka. Przed koncertem podjęto próby zamknięcia okien, ale któreś było szczególnie uparte i nie dało się.

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Początkowo postanowiłem przyjąć to jako dyskretny hołd dla pioniera ekologii akustycznej R. Murraya Schafera, którego ucieszyłoby takie nasłuchiwanie świata. Ale mogłoby go zmartwić jego dźwiękowe zanieczyszczenie. Gdy w końcu doszło do prawykonania „bitten” Nowastowskiej, mocno dawało ono o sobie znać – z pobliskich lokali dobiegały skrawki różnej muzyki, które były przecież równie współczesne, co prawykonywany utwór (naprawdę ciekawy, choć za krótki).

Potem usłyszeliśmy „Northern Lights” Brighta Shenga i tu po dwakroć żałuję, że nie było jakiejkolwiek zapowiedzi. Fajnie by było usłyszeć od pianistki Yang Xu-Czai kilka słów o utworze jej rodaka, nieczęsto chyba grywanego w naszym kraju. Poza tym zapowiedź byłaby najlepszym miejscem, żeby zaznaczyć, że utwór składa się z kilku części. A tak doszło do dziwnej sytuacji, w której publiczność zaczęła klaskać bodaj po drugiej części – dla niektórych prawdziwych melomanów jest to wciąż grzech śmiertelny, ale tutaj nikogo nie wysłano na sezon w piekle. Co więcej, wykonawcy nawet wstali i się ukłonili, bo przecież miało być miło. W związku z tym już nawet nie jestem pewien, jak bardzo swoją ładnością i cienkim dźwiękiem wiolonczeli zmęczyło mnie dzieło Shenga ani ile utworów usłyszeliśmy, jakich i w jakiej kolejności, bo ten Lutosławskiego, jedyny, który można by określić jako znany, na pewno nie zamykał koncertu. A wystarczyłoby powiedzieć kilka słów.

„Wiosna” nie pcha się na afisz

Innym wyjściem mogłoby być podanie ostatecznego programu w internecie, na stronie i/lub Facebooku. Bo PWM ma zarówno to i to, jest przecież festiwalem współczesnym, żeby nie powiedzieć: nowoczesnym. Ale nie wystarczy mieć strony, po której poruszanie się jest nieintuicyjne, ani profilu na portalu społecznościowym, na którym dwa tygodnie przed rozpoczęciem ujawnia się, że festiwal się rozpocznie, a potem nie odpisuje na pytania. Trochę mi dziwnie, bo zwykle zżymam się na promocyjno-marketingowe zaczarowywanie świata, jednak tu nie chodzi o citylighty i wizytę w „Dzień dobry TVN”, ale o jakąkolwiek komunikację, o to wyjście z bańki. Na mieście nie widziałem pół plakatu, nie było nawet banera zwykle wiszącego na Akademii Muzycznej.

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Można powiedzieć, że to dobrze, bo ekologicznie, bez marnowania zasobów, ale w takim razie trzeba znaleźć inne sposoby na dotarcie do szerszej publiczności. Ale co ja mówię o szerszej, podobno nawet studenci AM nie wiedzieli, że festiwal się odbywa.

Przykładem szlachetnej porażki był poniedziałkowy koncert w Edge Music Studio. Ja lubię takie wycieczki w nieznane, więc z chęcią przejechałem się za rzekę, ale nawet mi się trochę odechciało, gdy nie mogłem znaleźć numeru 24 na ulicy Krańcowej. Wszedłem więc trochę na ślepo w bramę oznaczoną jako 22, a potem gdzieś w oddali zamajaczyła mi czerwień, którą optymistycznie uznałem za tę z festiwalowego plakatu. Tak, hurra, kolejny etap gry miejskiej zaliczony. Rozumiem, że powieszenie plakatu gdzieś od ulicy byłoby zbytnim ułatwieniem. Gra w chowanego dodaje muzyce aromatu elitarności. Nie tylko ja miałem problemy z dotarciem, bo kilka osób się spóźniło, ale i tak wystarczyło krzesełek, których też w optymistycznym nastawieniu ustawiono dwadzieścia.

Repertuarowa sałatka

Boleję nad tym, że nie skorzystano z tego, że okoliczności pozwalały kilkoma prostymi zabiegami zrobić z tego coś w rodzaju wizyty studyjnej, niczym u artysty w atelier. Niestety, wyszło wyniośle, konwencjonalnie i sztywniacko, co nijak się miało do programu, przy którym groch z kapustą staje się synonimem spójności. Zaczęło się od „Sonaty” Jana Astriaba z 1958, czyli badania granic albo źródeł współczesności. Utwór nie wzbudził we mnie żadnych emocji, może dlatego, że kontemplowałem akurat zachód słońca nad pustą halą fabryczną, co więcej mi chyba mówiło o współczesności. Ponieważ nikt nam nic nie powiedział, to mogłem się domyślać, że Astriab znalazł się w programie jako zasłużony dla poznańskiej uczelni twórca. Na tej samej zasadzie mógł tam trafić też Janusz Stalmierski, którego „Strumień” prawykonano jako kolejny. Ten utwór był bardziej emocjonujący, bo intrygująco zestawiał barokowo poplątaną wirtuozerię z minimalistycznym repetytywizmem. Potem „Subito” Lutosławskiego, bo dlaczegóż by nie, i „Albo-albo” Piotra Komorowskiego, samo w sobie w porządku, ale zbyt przypominające utwór Stalmierskiego. Lech Bałaban zabłysnął w wymagającej „Cadenzy” Bogusława Schaeffera i zanudził w „Rozdarciu” Alicji Gronau. Ale to nie jego wina, bo to dzieło, tutaj grane po raz pierwszy, chyba wcale nie skłaniało do bycia interesującym (nie za wiele wykrzesało też z reszty tria smyczkowego rodziny Bałabanów).

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Kompletnie zbiło z tropu odstające od reszty „Tango” Magdaleny Cynk – idziemy w crossover, proszę bardzo, ale może zrobić to sensownie, po coś, dla kogoś? Wziąć jeszcze wykonywane następnego dnia „Sonatę 1963” Franka Proto i „Urban Movements” Denisa Grotsky’ego, wyciągnąć jakieś inne „jazzawe” drobiazgi, a może coś z pisanych pod pseudonimem piosenek Lutosławskiego, skoro nie możemy się bez niego obejść, złożyć cały program i zaproponować go jakiemuś klubowi.

Bo właśnie, dlaczego jeszcze ten koncert w Edge Music Studio był szlachetną porażką – bo odbywał się w dzień powszedni o godzinie 17. Jeśli już nie mógł odbywać się w weekend, to czemu nie choć dwie godziny później – dla osób pracujących na etacie mogłoby to robić różnicę.

Jeszcze coś…

Chcąc pozostać optymistą, chciałbym wierzyć, że najlepsze momenty festiwalu to te, które mnie ominęły. Świetny był ponoć recital organowy znanej z Sonus ex Machina Mari Fukumoto (od Toshio Hosokawy, przez prawykonania Ewy Fabiańskiej-Jelińskiej i Katarzyny Daniel, z przystankiem u Oliviera Messiaena, po wniebowstąpienie z Arvo Pärtem). Ostrzyłem sobie uszy na prawykonanie Dominika Puka, ale tu akurat, o ironio losu, konferansjerka Donata Zamiary była tak potoczysta, że wybiła moja godzina opuszczenia Sali, zanim „le court chemin qui est long” na dwa kontrabasy i elektronikę wybrzmiał.

 

Artur Kroschel podczas koncertu inauguracyjnego Poznańskiej Wiosny Muzycznej, fot. A. Hoffmann

Usiłuję wierzyć, że tam kryło się to, czego zabrakło mi we współczesności naszpikowanych prawykonaniami koncertów Sepia Ensemble i wykładowców Akademii Muzycznej w Łodzi. Poznański ansambl trzyma poziom i zachowuje twarz, nawet praktykując bez zrozumienia performatykę („Iteratio – Concerto Spumante” Katarzyny Taborowskiej) czy banalnie onomatopeizując („Illusions 21” Barbary Kaszuby). Sporo ciekawych brzmień zapamiętałem z „Flumine” Moniki Kędziory, który nie silił się na wyjątkowość i takie opuszczenie motyki sprawiło, że słońce zachowało integralność i mogło błyszczeć opalizująco smyczkowanymi sztabkami marimby, jaśnieć gongami, a zawiał nawet przyjemny wiaterek efektów szumowych instrumentów dętych i pokropiła ożywiająca mżawka z rainsticka.

Zastanawiające, że pośród tych wszystkich prawykonań najlepiej wypadł znany już „X3” Lidii Zielińskiej. Może to kwestia tego, że muzycy ten utwór już czują i poczuli się w nim pewnie? Tak czy inaczej, cieszy powrót tej kompozytorki na festiwal, a ja osobiście mogę dołożyć do tego radość, że moje zapytanie (wystosowane po marcowej inauguracji) o koncert z utworami autorstwa wyłącznie kobiet, padło na podatny grunt. Mniej powodów do radości dostarczył występ delegacji z Łodzi – nie mam potrzeby się wyzłośliwiać, więc odnotuję tylko żal po utworze, na który czekałem, czyli prawykonaniu „krach” Artura Zagajewskiego. To, że damy se (niby) noise’ową elektronikę, a instrumentalistkom pozwolimy do tego improwizować, może nie być przepisem na sukces. A może się wręcz okazać receptą na porażkę.

O książeczce programowej słów kilka

Gdy tak przeglądam książeczkę programową i swoje notatki, wychodzi na to, że najlepszym jako całość koncertem był występ MoniuszkoStringQuartet. Co oczywiście samo w sobie nie jest zaskakujące, bo zespół złożony z czołowych muzyków orkiestry poznańskiej opery już dowiódł swoich zdolności. Zaskakuje bardziej w kontekście całego festiwalu, który przynajmniej stara się sprawiać wrażenie, że zajmuje się muzyką współczesną. Nie miejsce tutaj, żeby wdawać się w dzielenie na czworo włosa i buchaltersko obliczać, ile lat dzieli nas od utworu powstałego w 1953 roku. W tym roku na pewno powstały dzieła, które nadal mogą brzmieć współcześnie, ale „Kwartet smyczkowy” Michała Spisaka nie jest jednym z nich. Co nie zmienia faktu, że został wykonany fachowo i z oddaniem. Z jeszcze większym oddaniem, wręcz pasją, MoniuszkoSQ zagrali „I Kwartet smyczkowy” Henryka Mikołaja Góreckiego o podtytule „Już się zmierzcha”. Co prawda było już ciemno za oknami, ale muzyka była rozgrzana do czerwoności. Czułem, że instrumentaliści wiedzą, co grają i po co to grają; że im się chce. Trochę mniej chyba im się chciało, a na pewno mi się mniej chciało, obcować z „III Kwartetem smyczkowym” Jaromira Gajewskiego, sześciominutowym zalążkiem dopiero, drażniącym wszystkoizmem, który mimo wszystko został wykonany ku uciesze obecnego z nami kompozytora. Zagrane na koniec „Play” Tadeusza Bairda chyba lepiej zadziałałoby, gdyby zabrzmiało na początku.

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Niestety miałem zbyt dużo czasu, żeby przeglądać książeczkę programową, z której nie dowiedziałem się niczego o utworach ani o kompozytorkach i kompozytorach, a z niektórymi stykałem się po raz pierwszy. Dowiedziałem się za to aż zbyt wiele o wykonawcach, o których zwykle wiele już wiedziałem, dlatego może tak ostro rzucała mi się w oczy dziwaczna poetyka notek biograficznych, w której sporo niedoróbek, niezręczności, niedbałości, niekonsekwencji i najzwyklejszych błędów.

W dodatku trudno mieć zaufanie do tych informacji, skoro na przykład wedle nich Łukasz Borowicz jest wciąż pierwszym dyrygentem gościnnym Orkiestry Filharmonii Poznańskiej. Ale przecież informacja została zapewne przekazana w marcu, czyli przy okazji inauguracji (która w książeczce jest nazwana „wydarzeniem towarzyszącym”, co uznaję za przedni żarcik), a potem nikogo już nie interesowało, że Borowicz został od nowego sezonu dyrygentem – szefem tejże Orkiestry. Czepiam się szczegółów? Możliwe, ale przecież wiadomo, co w nich tkwi i robię to dlatego, że uważam je za niezwykle wymowne dla atmosfery, jaka panuje wokół i na samym festiwalu.

100 lat!

Przypominam, że ta edycja to jubileusz! Przypominam, bo będąc na festiwalu trudno było sobie zdać z tego sprawę. Mogę zrozumieć, że Artur Kroschel, dyrektor artystyczny PWM, nie jest osobą ekstrawertyczną, nie szuka poklasku, ale kiedy jak nie teraz świętować? Może okoliczności nie są najweselsze, ale skoro powiedziało się „a” i urządza się festiwal, to warto by to było zrobić z jakimkolwiek przekonaniem. Skoro Wiosna już nie jest wiosną, to może niech chociaż będzie poznańska – bo i tak w ostatnich latach z festiwalu, na którego każdej edycji można było odkryć coś nowego, stała się festiwalem, na którym rokrocznie spotykamy te same nazwiska i tak już znajome.

 

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Jeden z koncertów podczas Poznańskiej Wiosny Muzycznej w roku 2019, fot. z archiwum redakcji

Może więc schować imperialne ambicje za pazuchę i powrócić do koncepcji Dni Kompozytorów Poznańskich, w które PWM przepoczwarzyła się w chudych latach dziewięćdziesiątych? Spojrzeć prawdzie w oczy i przestać ścigać się z Warszawą czy z innymi wyobrażeniami metropolii, gdzie toczy się to postulowane prawdziwe życie muzyczne. Małe też może być piękne i ważne, nie trzeba tu sięgać po fantom małych ojczyzn, ale rozejrzeć się w innych kierunkach, żeby dostrzec mnóstwo przykładów rzeczy dziejących się na peryferiach, które z czasem nabierają takiej mocy, że przesuwają bieguny magnetyczne.

Ale to brzmi jak mrzonki, bo na razie tkwimy w dziwnym zawieszeniu: kiedy piszę te słowa (prawie miesiąc po festiwalu), skądinąd wiadomo, że Artur Kroschel nie jest już dyrektorem artystycznym, ale nie wiadomo, kto będzie następczynią lub następcą. Oficjalnie nie wiadomo, bo skądinąd wiadomo, że ktoś już został mianowany. Im dłużej myślę o tym niedomkniętym oknie, tym silniejsze mam wrażenie, że jest ono niesamowicie trafną metaforą otwarcia PWM na świat.

Podziel się kulturą!