fot. Mariusz Forecki

Jesteśmy niemuzykalnym narodem

Panuje błędne myślenie, że „bieda tego nie kupi”, że słuchacz jest głupi i ma otrzymać papkę. Z tym spotykam się w rozgłośniach, oczywiście z wyjątkami. Utwór ma trwać nie dłużej niż trzy minuty. To idiotyzm, nie godzę się na to – mówi Witek Łukaszewski, wirtuoz gitary i polski prekursor gatunku flamenco & rock.

SEBASTIAN GABRYEL: „Flamenco to nie tylko dźwięki, to jest pewna filozofia życia, kultura, sposób myślenia, inna skala wartości, więc jeśli nie masz w sobie tych wszystkich elementów, nie możesz naprawdę rozumieć flamenco” – pisała w swoich „Kartkach z białego zeszytu” Sonia Raduńska. Podpisałby się pan pod jej słowami?

WITEK ŁUKASZEWSKI: Tak, zdecydowanie tak.

 

Zastanawia mnie zwłaszcza ta „inna skala wartości” – czym pana zdaniem kieruje się w życiu prawdziwy miłośnik flamenco?

Tym, czym kierował się Camarón de la Isla, czyli całkowitym oddaniem się sztuce. Żył tak, jak śpiewał. I tak umarł… Dlatego jest wzorem dla dzisiejszych pokoleń „flamenceros”.

 

Flamenco to nie tylko taniec i muzyka, ale całe zjawisko kulturowe. Co warto jeszcze powiedzieć o folklorze andaluzyjskich Cyganów?

To już nie jest tylko folklor Andaluzji. Tacy geniusze jak Camarón, Paco de Lucía czy Vicente Amigo wprowadzili do flamenco elementy jazzu, z kolei Joaquín Cortés elementy baletu. Wszystko się zmieniło, na szczęście.

Jak sam pan podkreśla, flamenco to muzyka, która „za cholerę nie chce stać się modną”. Co pana zdaniem stoi jej na przeszkodzie do „czerwonego dywanu”?

To, że jej twórcy nie potrzebują do szczęścia tego całego blichtru. Mają swoją publiczność, nie muszą robić z siebie idiotów na ściankach.

 

Dobra muzyka obroni się bez PR-u? Niektórzy powiedzą, że – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – artysta musi dbać o właściwą promocję, bo inaczej jego muzyka zginie w morzu innych.

PR zawsze był potrzebny. Dzisiaj, kiedy mamy tak wielki „zalew” różnych produkcji, tym bardziej trzeba dbać o swojego słuchacza. Takie czasy [śmiech].

 

Jesteśmy wrażliwi na piękno flamenco? Polski i andaluzyjski folklor cechuje podobny temperament?

Po latach stwierdzam, że raczej nie. Jesteśmy niemuzykalnym narodem. U nich coś takiego jak disco polo by nie przeszło, co nie znaczy, że nie ma tam badziewia. Jest, ale na wyższym poziomie wykonawczym.

 

Co pana zdaniem sprawia, że Polacy tak często zadowalają się byle czym?

Panuje myślenie – oczywiście błędne – że „bieda tego nie kupi”, że słuchacz jest głupi i ma otrzymać papkę. Z tym spotykam się w rozgłośniach, oczywiście z wyjątkami, bo np. Radio Poznań odtwarza moje wielominutowe utwory. Utwór ma trwać nie dłużej niż trzy minuty. To idiotyzm, nie godzę się na to. Mam swoją ścieżkę i nie zejdę z niej.

 

„Do szkół uczęszczał w charakterze prymusa i o mało co zostałby porządnym obywatelem, ale na szczęście Los czuwał nad nim i zetknął go z gitarą. Od tego czasu wszystko się pozmieniało i szlag trafił normalne życie” – tak napisał pan o swoich początkach. Zastanawia mnie jednak, dlaczego to właśnie flamenco na wiele lat przejęło władzę nad pana „nienormalnym” życiem.

To nie tak. Flamenco pojawiło się w wyniku znudzenia gitarą klasyczną, jej sztywnymi regułami. Flamenco dawało mi wolność, podobnie jak rock. Do dziś tak czuję i tak gram. Na szczęście moja recepta na życie się sprawdza. Utrzymuję się tylko z muzyki, dzięki Bogu.

 

No właśnie, wiele osób twierdzi, że ujęcie akademickie oddala muzykę od emocji, a przybliża do jakiejś absurdalnej formy nauki, z wzorami i zasadami. Najlepiej polegać na sobie?

Potrzebne jest wyważenie. Oczywiście należy zgłębić teorię muzyki, ale potem jak najszybciej o niej zapomnieć i rzucić się na głębokie wody – o ile jest się artystą. Jeśli jednak jesteś tylko muzykiem, możesz znakomicie odtwarzać to, co wymyślili inni. Wtedy twoje miejsce – bo moje na pewno nie – jest w orkiestrze [śmiech].

 

Kiedyś prowadził pan La Guitarrę. To było ważne miejsce na kulturalnej mapie Poznania…

Niestety, widząc, że dobrze nam idzie, właściciel domu niebotycznie podwyższył czynsz. Typowe polskie podejście do bliźniego. Tym samym dałem sobie spokój z prowadzeniem klubu. Jestem artystą, moje miejsce jest na scenie.

 

A w studiu? Mógłby pan z niego nie wychodzić? Pytam, bo dla wielu muzyków praca studyjna wydaje się dość nużąca – w wywiadach czasem podkreślają, że chcą nagrać co trzeba i czym prędzej ruszać w trasę [śmiech].

Uwielbiam i jedno, i drugie. Mogę siedzieć w studiu godzinami, a potem ruszać na koncerty – to cudowne życie. Swoje płyty nagrywam w MM Studio w Poznaniu, u Przemka Ślużyńskiego. Panuje tam wspaniała atmosfera do kreatywnej pracy i w dzień, i w nocy. Znamy się jak łyse konie i nigdy się na nim nie zawiodłem.

 

Ma pan swoje ulubione kluby, miejscówki w Poznaniu czy w innych regionach Wielkopolski?

Poznań jest ciężki. Miałem swoje ulubione miejsce – to była herbaciarnia Chimera, bywałem w niej przez dwadzieścia lat. Obserwowałem jej wzlot, a potem nagły upadek. Z sentymentu do tego miejsca przejąłem je, ponieważ chciałem, aby istniało w takiej postaci, w jakiej je zapamiętałem. Ale nie udało się… Szkoda, bo La Guitarra była miejscem magicznym. Fajne się gra w 109 Za Rogiem [przy ul. Ściegiennego 109 – przyp. red.], więcej takich miejsc nie znam. Staram się grać tylko duże koncerty [śmiech].

 

Współpracuje pan z najlepszymi – choćby z Józefem Skrzekiem z SBB, Jurkiem Styczyńskim z Dżemu czy Marylą Rodowicz. A jednak to z Wojciechem Hoffmannem z Turbo można pana zobaczyć najczęściej. To pana największa muzyczna przyjaźń?

Wojtek to gitarowy geniusz, najlepszy polski gitarzysta elektryczny. Rozumiemy się bez słów, gramy ze sobą od ponad dwudziestu lat. Repertuar powstaje na scenie, bo nasz duet powstał na scenie. Nigdy nie mieliśmy żadnej próby. Wojtek to wielki artysta, ale też cudowny człowiek w życiu codziennym.

 

Są ignoranci, którzy uparcie twierdzą, że w porównaniu z zespołem Kat Turbo to zespół jednego przeboju – „Dorosłe dzieci”. Co jeszcze śmieszniejsze, niektórzy sądzą, że jest to grupa satanistyczna, z uwagi na płytę pod tytułem „Kawaleria szatana” [śmiech].

Turbo satanistyczne?! Superreklama. Oby ludzie częściej mówili takie bzdury, a Wojtek będzie miał więcej koncertów. Bo Turbo to Wojtek, który – co warto podkreślić – jest cudownym melodykiem. Nie słucham „Kawalerii Szatana”, słucham jego ballad.

 

Stworzył pan muzykę i teksty do ostatniej płyty Maryli Rodowicz. Jak pracuje się z osobą o takiej charyzmie scenicznej? Jak dużym wyzwaniem był dla pana ten krążek?

Nie był żadnym wyzwaniem, bo ja – jak powiedzieli to Maryla i jej manager Bogdan Zep – produkuję przeboje z prędkością światła. Z Marylą dogadujemy się znakomicie. Oczywiście wolałbym, żeby niektóre utwory śpiewała w innej konwencji, ale nie jestem jej producentem, więc to nie moja rola.

 

O jakiej konwencji mowa?

Bardziej gitarowej. Ostatnio dałem jej świetny przebój pt. „Wiosna”. Powierzyła go młodemu producentowi z Warszawy. Namawiałem ją do gitarowej, latynoskiej wersji, jednak wybrała inną i przebój padł. Szkoda, bo to mógł być naprawdę wielki sukces. Ale jak powiedziałem już wcześniej, nie jestem jej producentem. Jeszcze nie… [śmiech]

 

Ze swoją gitarą zjechał pan całą Europę, odpowiada pan za najstarszy polski zespół flamenco. I wciąż pozostaje pan w trasie. To właśnie jest największa moc flamenco – witalność?

Witalność nie jest cechą sztuki, tylko artysty. Ja dopiero zaczynam, rozpędzam się. Czy to jest flamenco czy rock albo jazz – to nie ma znaczenia, bo znaczenie ma pasja. Każda nuta musi pochodzić z „bebechów”, bo inaczej nie ma to sensu.

Jak się nie ma pasji, szaleństwa w sobie, to trzeba dać sobie spokój ze sztuką. Jasne, można przez jakiś czas się oszukiwać, ale prawdziwa sztuka jest drogą do Boga (jako kosmicznej energii), tu oszukiwać się nie da.

 

Skoro dopiero się pan rozpędza, to nie mogę nie zapytać o plany artystyczne na najbliższe miesiące.

W planach mam wydanie dwóch płyt, kolejnej powieści i koncertowanie. Normalne, cudowne życie. Aha – i wyjazd w Himalaje do mojego guru! Nie zapominam, że dusza jest ważniejsza od ciała [śmiech].

Witek Łukaszewski, poznański promotor flamenco, fot. Mariusz Forecki

WITEK ŁUKASZEWSKI – wirtuoz gitary, wokalista, autor muzyki i tekstów, poeta oraz pisarz. Jest założycielem i liderem kilku grup muzycznych, w tym założonego w 1994 roku zespołu Acid Flamenco, uważanego za pierwszy polski zespół wykonujący muzykę flamenco & rock.

W latach 1984–2001 organizował Międzynarodowy Festiwal Flamenco w Kościanie. W latach 1995–1997 został wybrany najlepszym gitarzystą flamenco w Polsce (według magazynu „Gitara i Bas”). Autor muzyki i tekstów do ostatniej płyty Maryli Rodowicz „Ach, świecie…”. Jest autorem powieści „Led Zeppelin – Schodami do nieba”, „Jimi Hendrix & Niccolo Paganini – Dialogi” i „Jim Morrison & Pablo Picasso – Dialogi 2”, a także tomiku poezji „Café Poema”.

CZYTAJ TAKŻE: W bocznej ulicy: Gitara w ciemnym zaułku

CZYTAJ TAKŻE: Do zobaczenia na dyskotece! Rozmowa z Bartoszem Papierzem i Jędrzejem Szymanowskim z duetu ABC Przygody

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #12