fot. Wydawnictwo WBPiCAK

Język za zębami

Czasem świerzbi, by powiedzieć więcej, domknąć zdanie puentą, rzucić ciętą ripostą. Najnowsza książka poetycka Piotra Florczyka, tłumacza i akademika pracującego w Stanach Zjednoczonych, jest o chwili przed. Bo może nie powiedzieć nic? I jak to napisać?

Geografie mniej i bardziej wyobrażone

Letnia premiera Wydawnictwa Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu jest poniekąd wyjątkowa: oto i kolejny tom wierszy amerykańskiego i polskiego poety, tłumacza i akademika.

 

Piotr Florczyk, nagradzany za przekład Budowałam barykadę Anny Świrszczyńskiej na język angielski (Building the Barricade), pisze w rozkroku, rozsnuwając swoją opowieść wokół Krakowa i zachodniego wybrzeża. Takie to zestawienie.

I co z niego wynika?

 

 

Autoportret

Trzymam

język za zębami –

za językiem

ja.

 

 

Nie chodzi przecież o zaznaczenie dystansu czy ustawienie hierarchii. Podróż Florczyka w Granicach nie chce, za przeproszeniem, być wertykalna, ale trzyma się horyzontu. Bo skoro granica, to i mapa: kolejne teksty poety (a może jednak: pisarza, autora short stories?) układają się w prywatną kartografię.

 

Część wierszy to notatki poczynione mimochodem, codzienne zdziwienia, które przecinają codzienność. Inne osadzają się w konkrecie: mieście, dniu, kraju.

Każdemu jednak towarzyszy pytanie kołaczące się z tyłu głowy – po co to wszystko określać? I komu to określanie jest potrzebne?

 

 

Piotr Florczyk "Granice", Wydawnictwo WBPiCAK

Piotr Florczyk „Granice”, Wydawnictwo WBPiCAK

Dwa centy

Rdzawy marmur w czarnych wodach.

Świerszcze jaszczurki pająki.

Nazwisko? Skąd? Dokąd? Kanonada znaków zapytania.

Wyraźnie dnieje.

 

Uciekałem przez sen w nocy.

Z ciemnych wód wyłowiona ryba.

Gdybym mógł uprościć język, zrobiłbym to.

Tyle jest rzeczy do nazwania.

 

 

Gdyby dać się ponieść fantazji, to możemy przecież czytać Granice w kluczu kultowego już Lost in Translation, a raczej w kolejnych życiach tej frazy, która oderwała się od tytułu filmu i wkradła się do naszych słowników. Nie idzie o wyliczanie procentu amerykańskości i polskości, a tym bardziej o skartowanie przestrzeni, by zaprowadzić porządek.

 

Języki, waluty i miejsca to jeden język, jedna waluta i jedno miejsce. Zmieniają się tylko okoliczności, układ pozostaje bez zmian. Florczyk porusza się ponad makietą państw-narodów, wyklejając własną mapę.

A tworzą ją świstki, sceny, migotliwe postaci i absurdo-śmiesznostki, których nie trzeba wymyślać, bo dzieją się same, na przykład w Kalifornii:

 

Piotr Florczyk "Dwa rysiace słów", Instytut Mikołowski

Piotr Florczyk „Dwa rysiace słów”, Instytut Mikołowski

24 grudnia

Dziesięć, nawet

dwanaście stopni w kilka minut

po szesnastej. Moi sąsiedzi

faszyniści biegną gdzieś

w czarnych uszatkach

i szalikach czerwonych.

Ilu z nich wozi w bagażniku

łańcuchy śniegowe?

Skrobaczki? Smary i płyny?

Nawet pies-kundel

wdział kozaki.

Dlaczego

brakuje im zimy?

Nie mówi o tym żaden

przewodnik. Słońca

nie przegonią, choć

od pierwszego wstaje późno

i wcześnie zachodzi.

Zresztą mróz jest –

niedaleko.

Szydzić

nie wypada, ale wolno

się dziwić. Piwnic u nas brak,

ziemia nie trzyma,

więc co kto ma w szafie

w końcu zliczone zostanie.

Ale czy Bóg rodzący się

w cieple, to Diabeł?

Stoję pochylony ze świecą w ręku

i spisuję tę szopkę

z oka na pamięć. 

 

 

Podwójne życie

U Florczyka nie chodzi tyle o retoryczną zagrywkę, o próbę zamknięcia rzeczywistości w języku, o jak najdokładniejsze jej nazwanie.

 

Granice Piotra Florczyka skupiają się na tym, z czego w ostatnim momencie rezygnujemy. Co się dzieje, kiedy gryziemy się w język? Ilu genialnych pomysłów, głupich uwag i bolesnych zdań nie usłyszał świat? W swojej najnowszej książce pisarz dokumentuje momenty skreśleń i zawahań, publikując poniekąd teksty (i lektury) podwójne, jeśli nie potrójne.

Część wierszy możemy czytać „na czysto”, z pominięciem przekreślonych fragmentów albo też na ominięciach się skupić i nad nimi głowić. Możliwa i najciekawsza jest rzecz jasna strategia kombinowana.

 

 

Piotr Florczyk, fot. D. Florczyk

Piotr Florczyk, fot. D. Florczyk

2.

Wziąć się do roboty?

Szare kartony, po których

stąpali tragarze, okazują się

mapą donikąd. Na szczęście

lampa wciąż działa.

I tak: tu stanie wersalka.

W średnim pokoju spocznie

biurko. Regał z książkami.

Półeczka na ścianie.

Podłoga z desek. Ile nudy

jest w tym opisie,

przekonuje mnie nagłe

wycie karetek

 

 

Ale to nie wszystko, bo przecież wcale nie musimy skupiać się na czytaniu czy mówieniu. Redakcje, dostawki i wycinki to również domena pisania. I tak też granice zaczynają robić to, co powinny: falują, zwodzą, zacierają się. List zmienia się w monolog, który nigdy nie został wypowiedziany, choć właśnie go czytasz.

 

 

3.

Wyczerpany mimiką

podnoszę więc głos –

 

moja ekspansja nie zna

granic, nie zna łaski –

 

ale na kogo krzyczę,

skoro dziś śpię sam?

 

Nieznośny jest jestem,

bo nie ma cię ze mną

 

 

Ciepło, ale nie za gorąco

Ironię się lubi, ironię się ceni: na podstawie jej poziomu i jakości dość chętnie wyliczamy inteligencję rozmówcy.

 

Choć bywa urokliwa, we współczesnej literaturze leży podejrzanie blisko cynizmu i uśmiechu wyższości. Słowem: nic nam nie rozbraja, niczego nie wywraca na nice, a podziały i granice tylko się umacniają. Poluzowanie ironicznego gorsetu napawa niepotrzebnym lękiem. Jej antypody to nie tylko dolina banału i naiwnego optymizmu.

Florczyk proponuje spojrzenie czułe i ciepłe, którego lepiej nie mylić z melancholią i nostalgią podszytych przeszywającym zimnem. Tam, gdzie czułość, tam wyobraźnia:

 

 

S.O.S.

Pierwszy raz w życiu zmieściłem się cały

do małego jamnika. Nie będzie mnie

chwilę, tydzień cały, ale załączam

 

listę ubrań, bo łatwo nie będzie odnaleźć się

w zgliszczach: pięć par skarpet w liście

klonu i spodenek tyle samo. Odnalezione

 

w szafie czarne koszulki (cztery sztuki,

byle nie firmowe) swoje widziały: granice

zielone i sztuki na bis; żuka z mięsem

 

pod mostem. Adres? Widzieli mnie

w Krynicy. Na cyplu w Sielpi. W gaju

pod Borkowem. Dobczyce? Zostały

 

rysy i średnik blizny na prawym nadgarstku.

(Zima bez śniegu – Dobczyce! – to jednak

inna bajka.) Jeszcze wcześniej, na prawym

 

brzegu małej wody, zgubiłem się

w bajce pierwszy raz w życiu. Dawno temu.

Stąd ten krzyk ukryty wówczas w butelce.  

 

 

I można tak długo dalej: bo w tle tańczy patron, Aleksander Wat, zabawa rytmem wiersza (która najwyraźniej sprawia Florczykowi masę frajdy), a nawet próba rekonstrukcji wojaży pisarza. Podobnie wylewnie można i o końcowym poemacie o zabójczym tempie, fabularnych zwrotach i szwungu. Ale zakończmy słowami poety:

 

 

(…)

36.

A więc to wszystko –

kropka. The end. Ciąg dalszy

nie nastąpi. Sam

schodzę z tanka i idę

już – jak mówi Iza – spaść.

 

 

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
6
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0