fot. Mariusz Forecki

Paradoksalne i niemożliwe: miasto Petersburg

Petersburg to miejsce o tysiącu twarzy, którego mozaikowość odsłania się raz jeszcze w „Petersburgu. Mieście snu” Joanny Czeczott. O paradoksie, azylu artystów, panoptikalnym monstrum i petersburskiej tożsamości – z laureatką Nagrody Fundacji im. Kościelskich Joanną Czeczott rozmawia Agnieszka Budnik.

AGNIESZKA BUDNIK: Ta książka jest opowieścią złożoną z historii wielu ludzi, napotkanych przez panią w Petersburgu. Która z nich była pani osobistym odkryciem, zachwytem, albo sublimacją pani myślenia o Petersburgu?

JOANNA CZECZOTT: Szereg historii wziął się ze spotkań, które zaplanowałam przy tworzeniu szkicu tej książki. Chciałam przekazać akurat te opowieści, bo wiedziałam, że aby pokazać historię miasta, muszę znaleźć bohaterów, którzy będą reprezentowali daną epokę z jego dziejów.

Historie, które znalazły się w książce, a które wykraczały poza ten pierwotnie założony schemat, były akurat tymi, o które pani pyta. Właśnie te spotkania po prostu mi się przytrafiały, i mimo że nie były w pierwotnych planach, na tyle zrobiły na mnie wrażenie, że postanowiłam włączyć je do książki. To także najszybciej napisane rozdziały.

 

Zachwycające było zwłaszcza spotkanie z Iriną Borodziulą, profesorką malarstwa, która opowiada o swoich doświadczeniach z lat 30., czasów wojny i tych powojennych.

Jej opowieść jest trudno klasyfikowalna w konkretnej epoce. Między innymi dlatego, że Irina długo żyła, ale też dlatego, że wyrażała się w bardzo metafizyczny sposób, próbując tym samym uchwycić jakąś istotę tego miasta. Bardzo była z nim zżyta.

Inną opowieścią, bardzo dobrze przeze mnie zapamiętaną, była ta, którą snuli dla mnie ludzie z metra, ludzie podziemia. Wiedziałam już wcześniej, że temat handlarzy obnośnych jest ważny, ale nie wiedziałam, w jaki sposób go ugryźć. I temat ten nagle – i dosłownie – wszedł na mnie w wagoniku. Poruszające są też historie z aresztu Kresty, których także początkowo nie planowałam w „Petersburgu” umieszczać. Myśląc o Annie Achmatowej, krążyłam jedynie wokół tego aresztu, żeby zobaczyć, w jaki sposób ten budynek funkcjonuje w społecznej tkance Petersburga. Okazało się, że są tam ludzie gotowi do dzielenia się swoimi historiami.

 

Czy Petersburg jest rosyjską enklawą? Jest w ogóle możliwy do porównania z całą Rosją czy też stanowi raczej jej antytezę? 

Joanna Czeczott, „Petersburg. Miasto snu”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Petersburg jest jednocześnie antytezą Rosji, jak i jej kwintesencją. To paradoks, ale Petersburg to paradoksalne miejsce. Planowałam naszkicować portret miasta, które poprzez uwypuklanie tego, czym Rosja nie jest, pokazuje à rebours to, czym Rosja jest.

 

Petersburg nie mógłby wydarzyć się w żadnym innym państwie na świecie. I rzeczywiście dzieje się w nim mnóstwo spraw wybitnie rosyjskich.

Napotyka się też wiele znaków kultury czy sytuacji społecznych, które są typowe dla Rosji, choć zaczynają się właśnie tu, w Petersburgu. Przecież przez wieki to była stolica kultury. To tutaj narodził się system czynowniczy, który na stulecia nakreślił drabinę społeczną Rosji.

Jednocześnie Petersburg rodził się, zwłaszcza w zamierzeniach Piotra I, jako zaprzeczenie Rosji. Miał powstać na zgliszczach tej „starej”, „patriarchalnej”, „konserwatywnej” i „zacofanej” Moskwy – bo tak ją postrzegał sam Piotr I.

Rzeczywiście więc Petersburg to podręcznikowe „okno na świat”, na przykład miejsce-azyl, do którego ludzie nieheteronormatywni uciekali przez wieki. Miasto okazuje się jednak mimo wszystko opresyjne i dla nich, tak jak opisuję to w rozdziale o działaczach ruchu LGBT. To właśnie tu, w Petersburgu, przetrenowano jedno z najbardziej restrykcyjnych praw w stosunku do mniejszości seksualnych w całej Rosji.

 

W jaki sposób natrafiła pani na ludzi, którzy stali się bohaterami książki? A co ważniejsze – jak to możliwe, że przydarzyły się pani tak irracjonalnie głębokie rozmowy, w których napotkani handlarze map i plastrów z metra są wykształconymi adwokatkami i nauczycielami, zarabiającymi więcej na sprzedaży drobiazgów?

Joanna Czeczott, fot. Mariusz Forecki

Takie spotkania często wydarzają się przypadkiem, biorą się z otwartości i gotowości na poznanie drugiego człowieka. Z tego, że jest się tam na miejscu po to, aby takich spotkań szukać.

Gdy wyjeżdżam pisać reportaż, to mam sto procent czasu na bycie uważną i chłonięcie tego, co się przydarza. Grupa handlarzy obnośnych to nie jest grupa, którą można znaleźć przez internet. Krok po kroku pokazuję więc w książce, jak na nich trafiłam. Wielu bohaterów, którzy byli częścią zaplanowanego szkicu tej książki, szukałam przez internet. Rozpytywałam ludzi, którzy mogą coś wiedzieć. Gdy przygotowuje się reportaż z miejsca, którego się nie zna, zawsze warto umówić się z bystrym dziennikarzem lokalnej gazety. Lokalny dziennikarz zna wszystkich. Wystarczy wiedzieć, o co pytać.

 

Pani praca jako korespondentki zagranicznej „Przekroju” też zahaczała o Petersburg?

Zawsze, kiedy w Rosji działo się coś takiego, co skłaniało moją redakcję do wysłania mnie na Wschód, przekonywałam, że w Petersburgu widać to najlepiej, że trzeba koniecznie odwiedzić właśnie północną stolicę. Oczywiście jako korespondentka najczęściej wyjeżdżałam do Moskwy, to tam bije główne serce polityczne kraju.

 

Od Moskwy jednak wcale w „Petersburgu” nie uciekniemy.

To prawda, ale też „Przekrój” nigdy nie był gazetą stricte polityczną, więc redaktorów interesowało przede wszystkim to, czym żyje Rosja, czym żyją ludzie. Zawsze uważałam, że dobrze to pokazać na przykładzie jednej konkretnej społeczności z jednego konkretnego miejsca, a miejscem, w którym miałam dobre rozeznanie, był Petersburg. Zresztą jeden z tekstów, który znalazł się w książce, ten o petersburżanach rocznik 80., powstał w 2006 roku i był publikowany w „Przekroju”. Cała reszta powstała na poczet książki.

 

W takim razie – co z gatunkiem pani książki? Określenia są różne – najciekawsze: przewodnik. Pojawia się też esej i reportaż, bo oddaje pani przede wszystkim głos swoim bohaterom, pozwalając im na snucie własnej opowieści.

Na pewno nie chciałam, żeby były to „Perypetie Joanny Czeczott w Petersburgu”. Zależało mi na oddaniu przestrzeni postaciom, jak i głównemu bohaterowi – czyli miastu. Ta książka ma w sobie coś z tych wszystkich wymienionych przez panią określeń.

Rzeczywiście przewodnik jest słowem, przy którym się uśmiecham, zwłaszcza że kocham podróżować. Tak właśnie chciałabym poznawać obce miejsca i miasta – poprzez ludzi, którzy w nich mieszkają i uświadamianie sobie tego, co tak naprawdę kryją w sobie mury i budynki, które mijam.

Wtedy dopiero to zaczyna być fascynujące – kiedy uświadamiasz sobie, jakie znaczenie ma badana przestrzeń. Coś takiego próbowałam zrobić z Petersburgiem. Dlatego też zdecydowałam się na taki zabieg jak przedstawienie geograficznych wytycznych na początku każdego rozdziału. Mamy więc spis ulic, placów. Czytelnik może prześledzić trasy, które przemierzali poszczególni bohaterowie.

 

Umieściłam konkretny plan miasta również dlatego, że dla mnie samej to, w jaki sposób i w jakich miejscach wydarzały się wielkie historyczne sprawy w Petersburgu, było fascynującym odkryciem.

Rewolucja lutowa jest świetnym przykładem – w momencie, kiedy odwiedzi się dzielnicę Wyborską, miejsce, w którym znajdowały się fabryki i stoją one aż po dziś dzień – jedne zrujnowane, inne zachowały resztki czerwonych murów, dziś ze szklanym wieżowcem w środku – inaczej się o rewolucji myśli. Samo zobaczenie, że jest miejsce połączone mostami z resztą miasta, gdzie fabryk jest naprawdę mnóstwo, pozwala zrozumieć, że rewolucja mogła się po prostu przelewać przez płoty.

Historia przepoczwarza się na naszych oczach. Te fabryki za chwilę znikną, bo nikt jakoś szczególnie ich nie pielęgnuje. Kiedy zobaczy się, że po podniesieniu mostów można przejść po skutej lodem Newie, gdy można stwierdzić, gdzie cały ten tłum się wylał i gdzie spalono więzienie, to po prostu lepiej można pojąć, że to miasto stworzyło rewolucję.

Jeżeli nie przejdzie się obok Dużego Domu, czyli dzisiejszej siedziby FSB, to nie poczuje się tego dreszczu grozy, który odczuwali mieszkańcy, gdy go mijali. I faktycznie jest tak, jakby kilka pięter zwalało się na przechodnia. To budynek wyższy niż pierzeje kamienic, jest tak monumentalny, że aż przytłaczający. I takich punktów, które zaczynają żyć, gdy doda się im historię ludzką i kontekst historyczny, jest dużo więcej. Można zobaczyć i zwiedzić je, wracając do koncepcji przewodnika, bardziej świadomie.

 

Co bardzo ciekawe, a co przewodnikom się nie przytrafia – w pani książce nie ma egzotyki rosyjskiej. Kiedy rzuca się hasło „Rosja”, często uruchomiony zostaje ciąg skojarzeń, w którym występuje też „Wschód”. To optyka formatowana również literacko, zwłaszcza przez literaturę XIX-wieczną: chcąc nie chcąc, także przez „Dziady” Mickiewicza. Jak ma się do rzeczywistości taka perspektywa kolonizacyjna? Jak Rosjanie reagowali na pani obecność?

Spotkałam się z bardzo dobrym przyjęciem. Zawsze kiedy wyjeżdżam, szukam spotkania z drugim człowiekiem. To brzmi patetycznie, ale to jedyne proste i prawdziwe określenie tej sytuacji.

Po pierwsze, moi rozmówcy mieli dobre wspomnienia dotyczące Polski i Polaków. Zwłaszcza ci starsi – mieli w pamięci jeszcze to, że wszyscy byliśmy w jednym bloku. Mówiono mi, że „Przekrój” czytano w całym imperium, a Polki przywoziły modę na dżinsy do Petersburga. Był szereg społecznych odwołań, które powodowały, że powiedzenie „jestem z Polszy”, wywoływało dobre skojarzenia.

Zmieniło się to trochę po nałożeniu sankcji na Rosję w związku z konfliktem na Ukrainie. Wtedy rzeczywiście bywało, że lwią część rozmowy musiałam spędzić na tłumaczeniu, że to polityka, a mnie ciekawi pani/pana historia. Trzeba było więc trochę lawirować, żeby przekonać rozmówcę, że ma się dobre zamiary.

 

Kiedy przyjeżdża się do jakiegoś miasta i mówi się, że chciałoby się napisać książkę na jego cześć, to już sam ten zamiar budzi gotowość do podzielenia się własną historią.

Po drugie, reporter zawsze przyjeżdża z uważnością, chęcią wysłuchania drugiego człowieka, ale też z chęcią nadania usłyszanej historii jakiejś rangi i znaczenia. Spisania jej, uwiecznienia tego, co ktoś nosi w sobie. Moi rozmówcy byli na to bardzo gotowi i otwarci, być może tego im brakowało. Być może wcześniej nie doznali poczucia, że ich opowieści są warte tego, żeby wynieść je na poziom historii spisanej.

 

Ale pani opowieść nie zawsze jest historią „na cześć” tego miasta. Pokazuje też petersburżanom, że nie znają swojej tożsamości etnicznej czy narodowej.

Joanna Czeczot podczas wręczenia Nagrody Fundacji im. Kościelskich, 8 grudnia, Powiatowa Scena Kultury ZAMKOWA w Miłosławiu, fot. Mariusz Forecki.

Tak, o tym też mi mówili. Mąż Jekatieriny Kuzniecowej powiedział mi, że nie wie tak naprawdę, kim jest. To było tak wstrząsające, że do dziś myślę o tym jako o potencjalnym dużym temacie do przeszukania.

Nie przyjeżdżałam z jakąś tezą, słuchałam tego, co ludzie chcieli mi powiedzieć. Przyjechałam natomiast ze szkicem na podstawie znajomości miasta, wówczas dosyć pobieżnej. Mój zamiar był, wydawałoby się mało kontrowersyjny. Dopiero w toku poszukiwań, rozmów z ludźmi i pogłębionej kwerendy zrozumiałam, że ta historia może być czymś bardzo spornym i nieoczywistym.

Kiedy mówimy więc, że ta opowieść nie jest tylko „na cześć miasta”, bo w wielu punktach też przeciwko niemu, to wynikło to ze zgłębiania historii tego miejsca. Ale historii rozumianej jako konflikt między tą opowiedzianą przez jednego człowieka a tą oficjalną, publiczną, narzuconą często politycznie narracją, którą lansuje się jako jedyną i słuszną wersję wydarzeń, które miały miejsce.

 

Ten konflikt między językiem jednostkowym a językiem władzy rodzi też kluczową dla pani książki kategorię: życia „wnie”.

Kiedy znalazłam książkę profesora Aleksieja Jurczaka, który opisał kategorię życia „wnie”, olśniło mnie. Zobaczyłam, że mam klucz do tej opowieści – klucz, który spina wszystkie pomniejsze historie.

Przedtem miałam przed sobą pływające kawałki, które oczywiście były spójne, choćby przez zanurzenie w historii Petersburga, ale to, co chciałam uchwycić w historii tego miasta, po prostu mi się wymykało. Dopiero kiedy trafiłam na książkę profesora, zrozumiałam, że opisany wcześniej konflikt wpycha ludzi w ich własny świat.

Zapytano mnie na jednym ze spotkań autorskich, czy „bycie wnie” jest tożsame z emigracją wewnętrzną. Wtedy powiedziałam, że tak. Teraz myślę, że „bycie wnie” jest postawą aktywną. O ile emigracja wewnętrzna często jest eskapizmem, zamknięciem się, które może sprawić, że człowiek staje się istotą aspołeczną, niemającą wpływu na to, co się dzieje – to postawa „wnie” jest aktywna, bo popycha do robienia czegoś swojego i sprawia, że nie jest się sowieckim człowiekiem.

 

Różne mogą być przejawy życia „wnie”. Ich wspólnym mianownikiem jest postawa, w której udaje się zachować przestrzeń własnej wolności.

Bardzo ciekawe, że ta postawa wymknęła się władzy, nie była represjonowana. Ludzie żyjący „wnie”, ci – jak sami o sobie mówią – „swoi”, znaleźli sprytne sposoby na to, żeby nie być „pasożytami”. Jak opisuję za Jurczakiem – ci inteligenci przesiadywali więc choćby w kotłowniach, wykonując różne prace, dokręcając kolejne śrubki, ale ich głowy tak naprawdę były wolne. I to spowodowało, że to oni byli siłą napędzającą przełom. Właśnie dlatego, że nie udało się ich przerobić na sowieckich ludzi.

 

Czy mimo wszystko nie jest to postawa nieco niebezpieczna albo asekurancka? Rozmawiamy o życiu „wnie” głównie w kontekście artystów i intelektualistów. Czy w tej kategorii nie jest aby ukryta wymówka od braku społecznego zaangażowania?

Wręczenie Nagrody Fundacji im. Kościelskich, 8 grudnia, Powiatowa Scena Kultury ZAMKOWA w Miłosławiu. Fot. Mariusz Forecki

Myślę, że to w ogóle nie jest wymówką od braku zaangażowania. To jeden z powodów, dla których życie „wnie” nie jest emigracją wewnętrzną. Ono, to życie „wnie”, często przeradza się w aktywności „mimo wszystko”.

Tak jest w przypadku choćby ruchu ochrony LGBT: kiedy wchodzi się do budynku, w którym mieści się jego siedziba, ma się wrażenie, że wkracza się do takiej przestrzeni, która funkcjonuje „wnie”, jakby poza Rosją. Podobnie w przypadku wodzkiej mniejszości.

Takie enklawy życia „wnie” są oazami działań obywatelskich w społeczności, która – generalizuję, co zawsze jest niesprawiedliwe, ale czasem pozwala uchwycić ogólny trend – nie ma poczucia sprawczości, nie wierzy, że działania oddolne mogą coś realnie zmienić w polityce.

A przecież tworzenie mikromuzeum mniejszości wodzkiej w małej chałupinie jest godnym największego szacunku działaniem oddolnym. Bo chodzi w nim o to, by ten własny świat wewnętrzny zachować i dać mu nawet fizyczne miejsce. To coś dużo więcej niż siedzenie i nicnierobienie.

Malarka Irina Borodziula mówiła mi, że artyści z jej pokolenia malowali obrazy, których przez lata nigdzie nie wystawiali. Rozmawiali o nich w kuchni, tworzyli dla czterech ścian. Próbuję sobie wyobrazić, jakiej siły ducha, jakiego zaparcia wymagała taka praca, która przecież jest rozwijaniem siebie i swoich talentów. W zachodnim społeczeństwie, demokratycznym świecie, ci ludzie mogliby pokazywać swoje dzieła i to by ich mogło napędzać. Tutaj nie mieli tej możliwości, a i tak tworzyli. To właśnie jest fascynujące, a nie ma przy tym nic wspólnego z inercją czy samowykluczeniem.

 

Czy życie „wnie” jest możliwe poza Rosją? Obawiam się, że kiedy przyłożymy tę kategorię do państw spoza byłego bloku radzieckiego, zmieni się ona w postawę bagatelizującą jakąkolwiek formę wspólnotowości, stojącą wbrew założeniom społeczeństwa obywatelskiego.

Myślę, że tak, że życie „wnie” wykracza poza Rosję. Wydaje mi się, że ta postawa nigdy nie będzie asekurancka. Życie „wnie” w najczystszej postaci, wedle profesora Jurczaka, jest chronieniem i magazynowaniem swojego potencjału, aby móc go później zrealizować. Nie oceniam tej postawy. Przejmuję ją od profesora i rozszerzam.

 

Wydawało mi się, że ta metafora życia „wnie” jest w ogóle metaforą Petersburga. Że to miasto snu, które nadaje się na stolicę życia „wnie”.

Myślę, że można rozszerzyć tę kategorię także geograficznie i przyłożyć do wszelkich miejsc, w których system jest na tyle inwazyjny, że uciekamy od niego, tworząc swoją przestrzeń wolności. Gdybyśmy tak ją rozumieli, można by użyć jej jako miernika, dzięki któremu ocenilibyśmy kondycję demokracji.

 

Bo życie „wnie” to kategoria dotycząca wolności, ale też pamięci.

Tak, to dwie kategorie, które są ze sobą mocno splecione. To przecież bardzo głęboka ingerencja w przestrzeń wolności, kiedy mówi się nam, co i jak powinniśmy pamiętać.

 

Pamięć bywa też niebezpieczna. Syn bohaterów – kiedy na domu jego ojca powieszona zostaje oficjalna tablica upamiętniająca go jako jedną z ofiar czystek – boi się, że zostanie aresztowany, gdy próbujecie zrobić mu zdjęcie. Prawdziwa pamięć bohaterów tej opowieści nie zgadza się z oficjalną wersją wydarzeń, jest jednostkowa, czasem też fizjologiczna. To pamięć skomplikowana i niejednoznaczna, podobna przez to do polskiej pamięci. Czy te połączenia istnieją mimo tak dużego dystansu?

Joanna Czeczot, fot. Mariusz Forecki

Wciąż mam w pamięci strach tamtego mężczyzny, syna ofiary czystek, to bardzo wstrząsający obraz. Rozmawiałyśmy wcześniej o pisaniu o Rosji bez egzotyzowania. Jestem zawsze od tego daleka, właśnie dlatego, bo staram się szukać tych połączeń. Szukam tego, co potrafię zrozumieć, dlatego, że to we mnie rezonuje. Jeżeli odnajdę to połączenie, to wówczas mogę spojrzeć na moich bohaterów inaczej – nie z lupą, jako zachodni przybysz, który chce obserwować egzotycznego wschodniego człowieka – jak ktoś, kto szuka porozumienia.

To sprawia, że przyglądając się temu, co wydarzyło się w Petersburgu nawet na przestrzeni ostatnich lat, starałam się zrozumieć, co dzieje się w Polsce. A patrzenie na to, co się dzieje w Polsce z perspektywy rosyjskiej, wyostrza obraz. Może nawet za bardzo.

 

Dzięki takiemu spojrzeniu można dostrzec, że każde odejście od demokracji, praworządności, jest naprawdę bardzo niebezpieczne.

Mamy przykład właśnie zza wschodniej granicy, że wszystko zaczyna się od małych ustępstw i że decyzje podejmowane przez władzę na najwyższym szczeblu mogą zmienić krajobraz społeczno-polityczny naprawdę na całe dekady.

Kiedy się to już wie, człowiek z większą rezerwą przygląda się wydarzeniom w kraju, ale ma też chęć dobitnego powiedzenia, że pewne sprawy są realnymi zagrożeniami. I że możemy się uczyć od wschodnich sąsiadów tego, co się stanie, kiedy się nie zaprotestuje.

 

Co w takim razie z kategorią homo sovieticus?

 

Swietłana Aleksijewicz mówi, że każdy, kto wychował się w państwie radzieckim jest „sowkiem”. Myślę, że jedną z najbardziej kluczowych cech, które determinują, czy jest się „sowkiem” czy nie (bo na przykład żyje się „wnie”), jest poczucie braku sprawczości, wpływu na to, co się dzieje w kraju. Wydaje mi się, że to jest nadal udziałem wielu ludzi.

Byłam wstrząśnięta, kiedy rozmawiałam z księżną Wierą Oboleńską, jedną z pierwszych moich bohaterek, która naprawdę z wielkim przejęciem wypowiadała się o tym, że w tej Rosji politycznie naprawdę się źle dzieje. Nie zaskoczyły mnie jej poglądy, bo były bardzo podobne do tych, które panują w zachodnich mediach. Zdziwiło mnie raczej to, że ona całą tę sytuację brała mocno do siebie. Zdałam sobie sprawę, że ona należy do rodziny, która przez trzydzieści cztery pokolenia żyła sprawami Rosji i miała bardzo istotny wpływ na losy kraju. Księżną wychowano w poczuciu, że Rosja jest bardzo ważna. Wspominała, że jej ojciec nie tyle się interesował sprawami Rosji, ile nią żył. Podobnie jest z nią samą.

Dopiero po tej rozmowie zrozumiałam, jak mało osób, z którymi spotykałam się wcześniej, dzieliło to doświadczenie. Jak wiele uważało, że i tak nie mogą na otaczającą ich rzeczywistość wpłynąć, więc przynajmniej będą robić coś swojego.

 

A czy sami bohaterowie, czy szerzej – petersburżanie, czują ciężar historii miasta?

Historia miasta w powszechnym odczuwaniu nie jest ciężarem, ale czymś, z czego mieszkańcy są dumni. Tożsamość petersburżan jest bardzo mocna. Niektórzy mieszkańcy mówili mi, że najlepiej by było wziąć to miasto i przenieść je gdzie indziej.

Tak jak wspominałam, to miasto naprawdę wielu kontrastów.

 

Obok działaczy na rzecz ruchu LGBT jest tu też wielu nacjonalistów, którzy coraz częściej urządzają najazdy na nieheteronormatywne kluby czy organizacje. Jest też odłam komunistów, którzy są dumni z trzech rewolucji.

Opisuję grupę komunistów, którzy pisali do Stevena Spielberga, w jaki sposób powinien przerobić „Indianę Jonesa i Królestwo Kryształowej Czaszki”. W tej wizji Indiana Jones zawiera sojusz z komunistką Iriną Spalko, która (przy tym pomyśle już się nie upierają) może zapoznać bohatera z podstawowymi dziełami Lenina.

Ale jednym z najsilniejszych przeżyć formacyjnych Petersburga jest blokada, czyli obrona Leningradu przed armią niemiecką. Przez niemal trzy lata miasto wymierało z głodu, a liczba jego mieszkańców drastycznie się zmniejszyła. Do dziś wielkim szacunkiem darzy się tych, którzy w blokadzie brali udział. Jeżeli ktoś ma w swojej rodzinie blokadnika, na pewno powie o tym na początku rozmowy.

 

Jednocześnie pani wariant opowieści o Petersburgu jest w dużej mierze herstoryczny.

Joanna Czeczott, fot. Mariusz Forecki

Nie myślałam o tym, projektując książkę, ale faktycznie tak się stało. Spotkałam się z wieloma silnymi kobietami, które nierzadko musiały działać wbrew sytuacji, w której się znalazły. Wymiar kobiecy jest bardzo istotny właśnie w micie blokady – to kobiety i ich dzieci zostały w oblężonym mieście, niektóre musiały podejmować naprawdę dramatyczne decyzje, wybierać, które dziecko ma przeżyć, bo nie było tyle jedzenia, aby wykarmić wszystkie. To opowieść o ich sile i wzajemnej pomocy.

Z tej siły wzięła się też opowieść o areszcie Kresty. Uderzyła mnie zwłaszcza wspólnotowość, która wytwarza się ponad klasą czy stanem majątkowym. Wyroki dla synów czy mężów są także karą dla matek i żon, niewinnych kobiet skazanych na lata samotności. Jednocześnie nikt tymi kobietami nie pogardza.

 

W Rosji mówi się, że żebractwo i więzienie może się przydarzyć każdemu.

Dlatego też te matki i siostry stoją ramię w ramię w poczekalni więzienia, przepakowując całe siaty jedzenia w plastikowe woreczki i przekładając na tacki, bo aresztowani nie mogą otrzymać zapakowanych paczek.

 

A jaki zatem – podsumowując – byłby pani Petersburg?

Na pewno miejscem skomplikowanym i wielowarstwowym. Petersburg jest też po prostu pięknym miastem. To, że odbija się na powierzchni wody jak w lustrze, ale też że rozkłada się w nim światło, jest czymś naprawdę zachwycającym. Jednocześnie, jak na miasto paradoksu przystało, nie można opędzić się od tego panoptikalnego wrażenia – odgrodzenia przestrzeni kanałami, niskich budynków i bycia obserwowanym.

JOANNA CZECZOTT (ur. 1979) – ukończyła stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim, studiowała też na Państwowym Uniwersytecie w Sankt Petersburgu i w Warszawskiej Szkole Filmowej. Politolożka i dziennikarka, pracowała w „Gazecie Wyborczej”, a od 2006 roku w dziale zagranicznym „Przekroju”. Autorka książki „Macierzyństwo non fiction. Relacja z przewrotu domowego” oraz współautorka antologii reporterskiej „Odwaga jest kobietą”. Współtwórczyni i redaktorka naczelna pisma reporterskiego dla dzieci „Kosmos dla dziewczynek”. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jej ostatnia książka „Petersburg. Miasto snu” zdobyła nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej za książkę roku 2017 oraz Nagrodę Fundacji im. Kościelskich, a także znalazła się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

CZYTAJ TAKŻE: O kulturze „my”. Rozmowa z Jakubem Sajkowskim
CZYTAJ TAKŻE: Program lojalnościowy. Rozmowa z Tomaszem Bąkiem

CZYTAJ TAKŻE: Jesteśmy tu, ponieważ wy byliście tam. Rozmowa z Moniką Bobako