fot. archiwum redakcji

Klęski nie widać

Szaleńczy, karkołomny pomysł – pokazać w teatrze rzecz, inspirowaną poetyckimi impresjami o nieistniejących miastach i intelektualnym dialogiem o życiu i śmierci. Wyimaginowany świat rodem z Italo Calvino na scenie? To nie mogło się udać. A jednak, na scenie teatru w Kaliszu udało się.

Na taki pomysł mogły wpaść tylko programowe dekonstruktorki i teatralne anarchistki, dla których konkretny materiał literacki jest tylko pretekstem. Autorski tekst, inspirowany „Niewidzialnymi miastami” Italo Calvino, napisała i udramatyzowała Agnieszka Jakimiak, młoda dramaturżka i krytyczka filmowa. Reżyserii spektaklu „Klęski w dziejach miasta” podjęła się Weronika Szczawińska, reżyserka teatralna, nominowana do Paszportów Polityki 2014 za „wyjątkowy, spójny i konsekwentny język teatralny niezależnie od mód”. Obie panie pracowały już ze sobą wcześniej m.in. przy „Geniuszu w golfie”, „Jak być kochaną” czy „Teren badań: Jeżycjada”. Widać, ze ten tandem oparty jest na pełnym, wzajemnym zrozumieniu.

Powieść Calvino to genialna rzecz o fantastycznych miastach, których nie ma, gdzie geometryczność przestrzeni wchodzi w relacje z ludzkimi emocjami i przemyśleniami. O takich miastach opowiada pierwszemu mongolskiemu cesarzowi Chin – Kubłaj-chanowi, włoski podróżnik Marco Polo. A że na początku nie zna języka, który obowiązuje w Cesarstwie, pierwsze opowieści snuje na migi, posługując się gestem i różnymi przedmiotami. W ten sposób kreuje przed władcą obraz miasta „jako takiego”, w wielu możliwych odsłonach.

Powieść Calvino, którą można czytać od początku do końca albo od dowolnie wybranego miejsca, składa się z dziewięciu rozdziałów. Opisy miast wypełniają przestrzeń między rozmowami weneckiego podróżnika z Kubłaj-chanem. W sumie dostajemy aż 55 opowieści o miastach, wszystkie mają nazwy rodzaju żeńskiego. Jest zatem Izydora, Dorothea, Anastasia, Zaira, Tamara, Despina, Zenobia, Valdrada, Melania, Olinda, Cecilia, Theodora itd. Każde miasto mieści się w określonej kategorii, a jest ich aż 11, m.in. „Miasta i pamięć”, „Miasta i pragnienia”, „Miasta i znaki”, „Miasta i śmierć”, „Miasta i niebo”.

Słuchając opowieści o fantastycznych grodach, Kubłaj-chan uświadamia sobie, że „miasta Marca Polo są do siebie podobne, jakby przejście od jednego do drugiego wymagało nie tyle podróży, ile wymiany elementów”. O tym, czym jest miasto dla człowieka i kim człowiek dla miasta, Calvino tak pisze: „Człowieka, który przez długi czas przemierza konno dzikie bezdroża, nachodzi tęsknota za miastem. Wreszcie dociera do Izydory, miasta, gdzie pałace mają kręte jak muszla ślimaka schody, wysadzane morskimi muszlami, gdzie rzemieślnicy celują w wyrobie lunet i skrzypiec, gdzie przybysz, jeśli nie umie dokonać wyboru między dwiema kobietami, zawsze napotka trzecią, gdzie walki kogutów przeradzają się w krwawe bitki między stawiającymi zakłady. O tym wszystkim myślał podróżny, tęskniąc za miastem. Izydora jest zatem miastem z jego marzeń: z jedną tylko różnicą. Miasto, o którym marzył, obejmowało jego samego w młodości; do Izydory przybywa w podeszłym wieku. Na rynku jest murek, gdzie przesiadują starcy, by patrzeć na przechodzącą młodzież; on siedzi w rzędzie wśród nich. Pragnienia są już wspomnieniami”.

Trudno sobie wyobrazić, że tego typu dywagacje uda się przenieść na scenę, nawet po totalnej rozwałce. A jednak. „Klęski w dziejach miasta” Jakimiak/Szczawińskiej to opowieść o mieście, właściwie o dźwiękach miasta, o tym, co możliwe, a co wyimaginowane.

 

O nas samych, choć nie takich samych. O życiu i śmierci, o marzeniach, ukrytych pragnieniach, o przywiązaniu, o tym, że przestrzeń, którą kiedyś oswoiliśmy, zawsze będziemy już nosić w swojej pamięci.

W autorski tekst wplecione są odniesienia do Kalisza (różnie nazywanego), który staje się jednym z takich miast „niewidzialnych”, o którym opowiadają wszyscy bohaterowie spektaklu. Odnajdziemy w nim zresztą więcej aluzji do aktualnej rzeczywistości – kaliskiej i poznańskiej – oraz mentalności współczesnych mieszkańców miast.

„Klęski…” mają w sobie coś z performance’u, alternatywnego koncertu i coś z precyzyjnie opracowanego widowiska ruchowego. To zresztą charakterystyczne dla języka Szczawińskiej – skupienie na ciele aktora, na jego pracy z ciałem, opracowanie ruchu w każdym szczególe, do bólu perfekcyjne (brawa dla całego zespołu za świetną synchronizację), preferowanie aktorstwa, które podporządkowane jest całkowicie rytmowi tekstu i zespolone w jedną całość z ruchem scenicznym. Cztery aktorki i dwóch aktorów opowiada o życiu i tęsknocie w miejskiej przestrzeni - językiem dźwięków i gestów. Znakomicie radzi sobie z zadaniami muzycznymi (których ma najwięcej) Natasza Aleksandrowitch w roli Marco Polo. Pochwalić należy jednak cały zespół, świetnie spisują się: Ewa Kibler jako Epidemia, Kama Kowalewska (Wichura), Izabela Wierzbicka (Pożar) oraz panowie – Jacek Jackowicz (Plaga) i Marcin Trzęsowski w roli Wielkiego Architekta Van Dera. Wszystkie działania ruchowe i dźwiękowe wymagały od aktorów dokładności i nie lada czujności. Tak, jak mówienie tekstu, które płynnie przechodzi w frazę muzyczną.

Ciekawa muzyka Krzysztofa Kaliskiego jest jednym z najważniejszych elementów spektaklu, bez niej nie byłoby na scenie historii o naszym życiu w przestrzeni – przeszłej, przyszłej i takiej, której nigdy nie było. Znakomitym pomysłem jest skomplikowana, „dźwiękotwórcza” maszyneria na scenie, pełniąca rolę scenograficznych eksponatów.

Po spektaklu ktoś powiedział, że brakuje w nim puenty. Mnie nie brakowało – przeciwnie, w tym braku puenty widziałam ukłon w kierunku Calvino. Włoski pisarz porównywał swoją książkę do wielościanu, dając do zrozumienia, że nie ma ona jednej puenty, lecz wiele. Dobrze, że spektakl nie zakończył się znanym (ale nad wyraz już banalnym) fragmentem o piekle, w którym żyjemy.

Ten, kto przeczytał choć fragment Calvino sam dopisze sobie finał, pozostali będą w dość trudnej sytuacji. Mogą wyjść ze spektaklu z poczuciem klęski – własnej.