fot. Mariusz Forecki

Kobiety biorą miasto

Kobiety, o których mówimy, często były rozpoznawalne, jak znane pisarki, czy osoby związane z polityką miasta. Działające w strukturach Poznania, współtworzące jego historię. To były „święte i rewolucjonistki” – opowiada Weronika Zawadzka, która wraz z Adrianną Sołtysiak i Lucyną Marzec, współtworzyła kolektyw Aleje Bibianny, zajmujący się poznańskimi herstoriami.

KUBA WOJTASZCZYK: Czy miasto można poznać przez pryzmat kobiet?

ADRIANNA SOŁTYSIAK: To właśnie robiłyśmy! [śmiech]

WERONIKA ZAWADZKA: Nie jestem pewna, czy można. Można na pewno przedstawić jedną z wersji.

LUCYNA MARZEC: Sprawa jest problematyczna, ponieważ tak postawione pytanie zakłada istnienie jednej prawdy na temat świata, miasta, rzeczywistości, którą można poznać i przedstawić. My to chyba widzimy jako bardziej skomplikowaną kwestię.

 

W tak silnie szowinistycznym społeczeństwie jak nasze musi to być miasto alternatywne...

WZ: Różnie to bywa. Kobiety, o których mówimy, często były rozpoznawalne, jak znane pisarki, czy osoby związane z polityką miasta. Działające w strukturach Poznania, współtworzące jego historię. To były „święte i rewolucjonistki” – dosłownie: opowiadałyśmy o zakonnicach i komunistkach, złodziejkach i historyczkach, o szwaczkach, literatkach i farmaceutkach. Bohaterek szukałyśmy w archiwach, w bardzo starych gazetach, do których miałyśmy dostęp jeszcze w starej Bibliotece Raczyńskich. To poszukiwanie kobiet czasami nie jest trudne, ale zdarza się, że wymaga to dużo większych nakładów pracy i czasu. 

 

Jak Wasze poszukiwanie się zaczęło?

WZ: Od Lucyny!

LM: Wszystko rozpoczęło się na uniwersytecie, w Collegium Maius, gdzie prowadziłam zajęcia fakultatywne z krytyki feministycznej. Grupa dziewczyn, która przyszła na ten fakultet, miała mnóstwo energii i chęci, ja zresztą też [śmiech]. Istniała wówczas Pracownia Krytyki Feministycznej, w ramach której pracowałam nad Wielkopolskim Alfabetem Pisarek i zainteresowałam się kobietami, związanymi z miastem i regionem. Udało mi się zapalić do tego dziewczyny.

Fot. Mariusz Forecki

W czasie, w którym prowadziłam zajęcia, znajoma z feministycznych konferencji, Joanna Erbel, została kuratorką Nowych Sytuacji w ramach Festiwalu Malta. W taki oto sposób dostałam możliwość animowania i wyprodukowania różnych wydarzeń, związanych z kobietami w Poznaniu. Z kolei ja zaprosiłam dziewczyny, abyśmy stworzyły grupę roboczo-produkcyjno-oprowadzająco-działającą. Tak zrodził się kolektyw Aleje Bibianny, który wtedy jeszcze nie wiedział, że się tak nazywa.

AS: Mnie się wtedy wydawało, że działam w ramach Genderowego Koła Literaturoznawczego...

LM: Bo nasza działalność krzyżowała się z innymi organizacjami, stowarzyszeniami...  Dlatego lubię nazywać naszą grupę sytuacyjną. Działałyśmy i przy festiwalu No Women No Art i przy wspomnianej Malcie, ale też same organizowałyśmy wycieczki szlakiem kobiet w ramach uniwersyteckich Dni Nauki i Sztuki. Wszystkie nasze działania toczyły się właściwie równolegle. Kolektyw ma raczej formę kłączowato-rizomatyczną, wiążącą kilka, czasem kilkanaście, osób, które interesują się poznańskimi herstoriami.

 

Kim jest Wasza patronka?

LM: Entuzjastką Bibianny Moraczewskiej jest Zuzanna Kołupajło, która również współtworzyła nasz Kolektyw. Moraczewska jest znana jako siostra Jędrzeja Moraczewskiego, historyka, intelektualisty i działacza. O niej można w zasadzie powiedzieć to samo: historyczka, intelektualistka, działaczka. Bibianna była przyjaciółką i bliską współpracowniczką Narcyzy Żmichowskiej, z którą należała do grupy dziewiętnastowiecznych Entuzjastek, czyli wyemancypowanych kobiet, tworzących salon intelektualny. Prowadziły też dywersyjną działalność polityczną; w swoich sukniach z krynolinami przewoziły bibuły z zaboru pruskiego do zaboru rosyjskiego. Osoba Bibianny Moraczewskiej całkowicie zauroczyła Zuzannę i na wszystkich naszych spacerach Zuzanna o niej opowiadała. Samo imię wydawało nam się mocne i rozpoznawalne.

 

A skąd te aleje w Waszej nazwie?

LM: Dlatego, że ulica Bibianny Moraczewskiej jest bardzo małą uliczką na Podolanach. A my zaproponowałyśmy potencjalną nazwę alei, których niewiele mamy w Poznaniu. Aleje Bibianny są tworem niemożliwym, ironicznym i zabawnym. Aleje od razu kojarzą się z reprezentatywną ulicą. My wytrącamy z takiego myślenia. Jeżeli nasza nazwa faktycznie istniałaby w Poznaniu, to zmieniałaby proporcje w opowiadaniu o przeszłości miasta przez pryzmat patronek i patronów ulic.

 

Jedną z atrakcji zaproponowanej przez Kolektyw są PozGRAnianki. Co to takiego?

AS: Szukałyśmy innego konceptu, aby przedstawić kobiety, o których opowiadałyśmy podczas spacerów po mieście. Gra miejska wydała się ciekawym pomysłem. Chciałyśmy trochę przejąć miasto i odszukiwać kobiety w jego przestrzeni. Spacery trochę się nam przejadły, a PozGRAnianki były czymś nowym, świeżym i intrygującym.

LM: To chyba była nasza najbardziej udana akcja. PozGRAnianki odbyły się w ramach No Women No Art, gra trwała kilka godzin i polegała na poszukiwaniu śladów kobiet w mieście poprzez zabawy. Forma zbliżona była do gry miejskiej, czyli typowe zadania, które trzeba rozwiązać, aby przejść do kolejnego etapu. Współpracowało z nami sporo instytucji, osób prywatnych i knajp. Zrobiłyśmy szaloną rzecz, która przyciągnęła bardzo dużo osób. Należało zbierać punkty, liczono też czas, a na koniec przewidziano nagrody. Zadania były różne, np. ubranie bamberki w odpowiedni strój...

AS: Była „Jaka to melodia?”, którą prowadziła Daga z Dagadany, konkurs gwary poznańskiej na podstawie książki Marii Rataj. Grano w piłkarzyki z mistrzyniami polski. Dużo rzeczy się działo. Wszystko zakończyło się poczęstunkiem w Gminie Żydowskiej.

 

Czego potrzeba, aby tworzyć takie oddolne inicjatywy z Poznaniu? Wystarczą: wiedza, zapał i atrakcyjna forma?

AS: Na pewno dużo chęci. Sama dołączyłam jako ostatnia do kolektywu i zostałam zarażona energią przez dziewczyny, które wtedy poznałam. Współtworzenie Kolektywu było moim pierwszym świadomym feministycznym działaniem. Moją misją było przywrócenie pamięci o kobietach. Ten cel był na tyle ważny, że po prostu weszłam w Kolektyw bez większych obiekcji. Oczywiście, wielokrotnie musiałyśmy siedzieć w archiwach i się przemęczyć, przygotować własne historie o poznaniankach. Nie wiem, czy forma spacerów jest bardzo atrakcyjna. Wtedy wydawała mi się jedyną możliwą do realizacji misji. Jeżeli forma się przejadła to ją zmieniałyśmy, jak w przypadku PozGRAnianek. Wcześniej był przecież jeszcze tramwaj...

LM: Właśnie! Spacer po Poznaniu, ale zabytkowym tramwajem, prowadzonym przez kobietę. Prawda jest taka, żeby coś takiego się wydarzyło, potrzebny jest szereg różnych czynników. Nie wystarczy grupa zapalonych osób, która miałaby nawet wiedzę, chęci i umiejętności. Musi być jeszcze instytucja, pozwalająca pomysł rozpropagować i zainteresować nim innych. W naszym przypadku takimi instytucjami były wspomniane Festiwale No Women No Art i Malta oraz Genderowe Koło Literaturoznawcze. Kolejną sprawą jest trafienie w czas. Wtedy, gdy zaczynałyśmy, spacerowało się po mieście; na przykład były modne spacery modernistycznym Poznaniem. W tym samym czasie działał Krakowski Szlak Kobiet, pojawiły się dziewczyny, które opracowywały kobiecą historię Stoczni Gdańskiej, a Sylwia Chutnik oprowadzała po Warszawie. Z różnych stron docierały do nas te impulsy.

 

W Warszawie spacery cały czas działają. A u nas No Women No Art już nie istnieje, Malta trochę zmieniła formułę...

WZ: Ale nasze spacery działają dalej. Podczas ostatniej Malty również zorganizowałyśmy spacer, uznając go poniekąd za działalność Kolektywu, tylko w trochę przetasowanym składzie i z pomocą Stowarzyszenia Kobiet Konsola. Ten spacer przyciągnął bardzo dużo ludzi, mimo tego, że często zadawałyśmy sobie pytanie, czy jest to formuła, która nadal pozostaje interesująca dla odbiorców. Okazało się, że nasze obawy były zbędne. Ludzie potrzebują różnych feministycznych form interakcji z miastem; to nie tylko są protesty, manify, ale też spokojne spacery, podczas których można ze sobą porozmawiać, czy posłuchać opowieści, czegoś się dowiedzieć lub po prostu spędzić razem czas.

AS: Co więcej, do tej pory dostajemy prośby o zorganizowanie spaceru, m.in. odezwała się do nas Brama Poznania.

 

Czy szlak, po którym oprowadzacie, ulega zmianie? Szukacie nowych nazwisk?

WZ: To wszystko zależy od tego, ile mamy czasu w danym momencie. Są to na pewno wydarzenia mocno akcyjne, często prowokowane przez wspomniane zaproszenia. Każda z nas działa również w innych stowarzyszeniach i grupach nieformalnych; trudno jest więc nam znaleźć zawsze tyle czasu, żeby zapoznać się z historią kogoś nowego. Zdarza się, że mówimy o tych samych osobach, ale zawsze w trochę inny sposób. Zależy to też od tego, jak dana przewodniczka, zgłaszająca się do oprowadzania, jest w sanie się do niego przygotować.

LM: Co ważne, u nas jest tak, że poszczególny przystanek na szlaku, opowiadany jest przez inną osobę. Nie stworzyłyśmy jednego czy autorskiego szlaku, podobnego do tego, który prowadzi Sylwia Chutnik w Warszawie. U nas jest to płynniejsze, zmienne.

WZ: Dlatego jesteśmy kolektywem.

 

Zdradzicie Wasze ulubione przystanki?

WZ: Zawsze opowiadałam o osobach, które miały pojedyncze, nocne ekscesy w tym mieście. Na  przykład Maria Koszutska, pseudonim Wera Kostrzewa, która była socjalistką, działaczką ruchu robotniczego, założycielką Polskiej Partii Socjalistycznej-Lewicy, a później Komunistycznej Partii Robotniczej Polski.

Koszutska była rewolucjonistką komunistyczną, wielokrotnie odsiadywała kary w więzieniach, za wrogą rządowi działalność – zakładała rewolucyjne kółka robotnicze, kolportowała nielegalną prasę, sama pisała w Robotniku – czołowym wówczas czasopiśmie socjalistycznym, organizowała grupy samokształcące i objaśniała robotnikom kolportowane teksty. Musiała przyjąć pseudonim Wera Kostrzewa, ponieważ ścigana wieloma listami gończymi musiała żyć i działać w ukryciu. Nie była na stałe związana z Poznaniem – miała tutaj stryja, do którego czasem przyjeżdżała – jego mieszkanie znajdowało się przy ulicy Półwiejskiej.

Kostrzewa była dla mnie bardzo inspirująca. Mogłabym też wiecznie opowiadać o Piotrze Właście [wcześniej Maria Komornicka – przyp. K.W.], jest dla mnie dość przewrotne i  zabawne, że na spacerach kobiet mogę opowiadać właśnie o nim, szczególnie, że to osoba o niesamowicie ciekawej historii, tak różnie przecież interpretowanej przez wiele badaczek i badaczy. Włast jest dla mnie postacią-wytrychem tych spacerów – otwiera na coś innego, uświadamia, że tożsamości płciowe potrafią płatać figle i nie być tak bardzo oczywiste. Włast również jest związany z miastem tylko jedną nocą, do tego owianą tajemnicą – podróżując z matką, zatrzymał się w Bazarze Poznańskim, tej nocy spalił swoje suknie w geście porzucenia tożsamości kobiecej. Opowiadałam o osobach, które pojawiały się i znikały, ale nasze miasto było dla nich punktem spójnym.

AS: Właśnie próbowałam sobie przypomnieć wszystkie historie, które opowiadałam. Na pewno pierwszą była opowieść nie o osobie, tylko o miejscu, czyli Czytelnia dla Kobiet. Dzięki temu mogłam opowiedzieć o wielu bohaterkach. Czytelnia znajdowała się w już nieistniejącej kamienicy na dzisiejszym placu Wiosny Ludów. W sumie to zmieniała swoją lokalizację: najpierw siedziba znajdowała się w Bazarze, następnie na ulicy Strzeleckiej 45, Podgórnej 7, aż w końcu na Wiedeńskiej 8, czyli obecnej ulicy Romana Szymańskiego. Działalność Czytelni dla Kobiet ściśle powiązana była z funkcjonowaniem kobiecego Towarzystwa Przyjaciół Wzajemnego Pouczania się i Opieki nad Dziećmi „Warta”, które – poza działalnością pomocową – w okresie nasilenia akcji germanizacji, zasłynęło tajnym nauczaniem dzieci języka polskiego.

Druga historia dotyczyła Ludgardy i jej śmierci. Aby było zabawniej, opowiadałam o niej dzieciom. Ludgarda była żoną Przemysła II, która według różnych legend została z jego polecenia zamordowana, gdyż nie mogła dać mu potomstwa. Jedna z „pikantniejszych” wersji opowiadała, że to za namową matki, małżonek ją zabił (co jest totalnie niemożliwe, ponieważ zmarła ona jeszcze przed ślubem Ludgardy i Przemysła). Jeżeli nie ma potomka, to życie nie jest nic warte...

WZ: W Polsce dzisiaj też tak jest.

AS: Jednak najczęściej opowiadałam historię kobiety, wywodzące się z wildeckich nizin społecznych. Nazywała się Marianna Rudowicz i pod pseudonimem Maria Rataja napisała książkę (rękopis nazwany „Pamiętniki diablicy, książka z 1962 roku opracowana i znacznie skrócona przez Zygmunta Romanowskiego miała tytuł „Zaułki grzecznego miasta”, zaś oryginał zapisków wydany przez Wydawnictwo Kwartet „Grzeszne Miasto”). Zawarła w niej wspomnienia – od tych najwcześniejszych, związanych z osiedleniem się w Poznaniu, życiu w skrajnej nędzy, przejmowaniem obowiązków pijącej matki w opiece nad bratem i „domem”; poprzez opowieści z okresu dorastania, w trakcie którego poszukiwała swojej przynależności narodowej, tożsamości seksualnej i bezpieczeństwa bytowego, aż po historie związane z II Wojną Światową i konsekwencjami podpisania Volkslisty (była uprawniona do jej podpisania z racji niemieckiego pochodzenia od strony matki). Całe jej życie było pełne skrajności, zwrotów losowych i niejednoznaczności…

 

Lucyno, a jaka jest Twoja ulubiona historia?

LM: Najbardziej lubię historię Julii Woykowskiej, dlatego że opowiada się ją przy Ratuszu, w miejscu zabytkowo-turystycznym; a jednocześnie mówi się o tym, co by było gdyby, czyli o historii potencjalnej, czy o prześnionych rewolucyjnych możliwościach Poznania. Opowiada się wtedy też o przestrzeni, która tak samo, jak w przypadku Czytelni dla Kobiet, nie istnieje, albo jest tak samo nieuchwytna, jak historia Piotra Własta i spalonych w kominku sukien.

Operujemy na bardzo delikatnej tkance legend, opowieści, wyobrażeń. Musimy sobie wyobrazić kamienicę na placu Wiosny Ludów, żeby zobaczyć, jak kobiety przychodziły tutaj, aby czytać obcojęzyczne czasopisma lub książki. Podobnie musimy sobie wyobrazić, że Julia Woykowska, mieszkając przy samym Ratuszu, na towarzyskich spotkaniach siadała  po turecku, paliła fajki i wydawała się poznańską George Sand. Woykowska zajmowała się głównie redagowaniem i opracowywaniem materiałów do najważniejszego demokratycznego czasopisma „Tygodnik Literacki”, które działało w latach 40. XIX wieku.

Lubię też opowiadać o Marii Wicherkiewiczowej, to persona, która przyciąga niemal magnetycznie, dlatego dzieliłam się nią z innymi osobami. Wicherkiewiczowa była amatorską, samozwańczą herstoryczką, historyczką miasta Poznania, piękną, bogatą, a przy tym zafascynowaną Mussolinim i opiewającą faszystowskie Włochy. Gdybym brała udział w seansie spirytystycznym i mogła wywołać ducha Wicherkiewiczowej, zapytałabym, jak się czuje duch świadomy fascynacji skompromitowanymi ideami.

 

Czyli jesteście trochę jak Wasza patronka, tylko zamiast bibuły pod kiecką, przewozicie feministyczne idee?

LM: Ta ideologiczna bibuła polega na opowiedzeniu Poznania w inny sposób, niż poprzez klisze z Wikipedii o patronach ulic. Prawda jest jednak taka, że mało kto wie, co robił i czym się zajmował patron ulicy, przy której mieszka albo pracuje. Nie wierzę za bardzo w to, że miasto poznajemy poprzez patronów, patronki…To drugi stopień wtajemniczenia. Na co dzień przeżywamy miasto, doświadczając przestrzeni, która jest albo przyjazna, albo nie.

WZ: Powstanie Kolektywu jest istotne, dlatego że przy nim, przy wielu okazjach, sieciują się różne osoby i grupy. Współpraca z nimi jest niezwykle istotna.

LM: Poznań jest na tyle małym miastem, że aktywistki i aktywiści spotykają się na różnych płaszczyznach i w wielu miejscach. Ważne jest nie to, kiedy powstał Kolektyw i kto przeciął wstęgę czy wprawił w ruch szampana przy burcie statku, nazywając go wybranym imieniem, ale to, że część osób związanych z Alejami Bibianny działa teraz w innych przestrzeniach aktywizmu, jak na przykład Kolektyw Kłak.

 

Za udostępnienie miejsca do rozmowy dziękuję kawiarni Ciuciu Paj na ulicy Wawrzyniaka 3.

ADRIANNA SOŁTYSIAK – pracowniczka kultury za dnia, a po pracy siostra w walce. Członkini Stowarzyszenia Kobiet Konsola, Kolektywu Kłaki i innych tworów feministycznych. Przez kilka lat współtworzyła Kolektyw Aleje Bibianny, przeprowadzając herstoryczne spacery po Poznaniu

WERONIKA ZAWADZKA – członkini Kolektywu Kłak, feministka i aktywistka, absolwentka Gender Studies UAM

LUCYNA MARZEC – redaktorka „Czasu Kultury”, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej i w Interdyscyplinarnym Centrum Badań Płci i Tożsamości Kulturowej UAM

 

CZYTAJ TAKŻE: Paul Esswood, „Giulio Cesare in Egitto” i wielka lekcja baroku

CZYTAJ TAKŻE: W domowych pieleszach praca idzie sprawniej, cz. I

CZYTAJ TAKŻE: Na przekór – o mądrych książkach dla dzieci