fot. Mariusz Forecki

Dzielimy się tym, co wiemy

Ostrøv to poznański kolektyw i niezależne wydawnictwo publikujące książki i ziny w niewielkich nakładach. Organizują spotkania, wystawy i warsztaty skupione wokół artystycznych publikacji. Z kolektywem rozmawia Michał Sita.

MICHAŁ SITA: Działacie w zespole sześciu osób, dla których wspólne wydaje się jedynie medium, z jakim pracujecie – książka artystyczna. Może najłatwiej będzie zrozumieć, jak działa Ostrøv, gdy podacie przykłady publikacji, pod którymi wszyscy moglibyście się podpisać?

OSTRØV W SKŁADZIE: KATARZYNA WĄSOWSKA, KRYSTIAN DASZKOWSKI I GRIGORY POPOV: Czasopismo społeczno-naukowe „Czas Postępu” Franciszki Kujawskiej był czymś takim. Frania stworzyła ilustracje, zaopatrzyła nas w grafiki, ironiczne teksty i koncept, a my na podstawie jej prac złożyliśmy propozycję gazetowych ilustracji, podzieliliśmy teksty na artykuły i wydaliśmy pierwszy numer magazynu o życiu codziennym.

 

Cały ten druk inspirowany był tanimi poradnikami lifestylowymi pokroju „Pani Domu”, problematyką codziennego życia ubraną w żart.

Na tym budowaliśmy, używając najprostszej formy gazety, cienkiego papieru, w który da się zawinąć mortadelę. A w środku magazynu: ilustrowany artykuł z morałem na temat wpływu smogu na humory. Jeżeli masz smog w mieście, to ci siada na humor. Zrobiliśmy do tego dwie ilustracje z osiedlowym blokiem bez smogu, gdzie powietrze przejrzyste, a humory miłe, i drugą, ze smogiem, gdzie już nic zza tuszu nie widać. Takich historii z życia wziętych było tam kilkadziesiąt.

Marzyło nam się, by ta gazeta funkcjonowała w kioskach, ale sto egzemplarzy rozeszło się na pniu i do kiosku, gdzie pracował kolega Kasi, nie zdążyły dojechać. To był nasz największy sukces dystrybucyjny. Przy małych kosztach produkcji i niskiej cenie detalicznej – po 4,99 za sztukę. Słoik na drobne pękał w szwach.

 

Lepiej czujecie się w publikacjach o niskim nakładzie i bardziej ograniczonym obiegu? Z założenia zajmujecie się książkami, które powinny działać niszowo, czy mają one inne elementy wspólne?

Widzimy, że gazeta albo lekki w formie zin to medium o wiele bardziej komunikatywne, czytelne dla naszych odbiorców, bliższe im. Poza tym jedynym punktem wspólnym jest to, że zajmujemy się tematami, które nas autentycznie interesują. Jesteśmy w tych decyzjach programowych w miarę niezależni. Nie musieliśmy nigdy „podciągać” tematów pod jakiś kierunek obrany akurat w ministerstwie, mogliśmy robić wszystko, co zauważyliśmy jako potencjalnie dobrą książkę, i wszystko, co byliśmy w stanie udźwignąć finansowo. Choć z tym bywa różnie, bo nie jesteśmy biznesem. Nasza działalność to raczej antybiznes… Można by to pewnie nazwać bardziej elegancko, powiedzieć coś o kierowaniu się wewnętrznymi potrzebami…

„Czas Postępu” Franciszki Kujawskiej

 

Jest jeden element wspólny dla naszych publikacji – to silnie obecna w nich fotografia, traktowana jednak jako narzędzie, a nie cel sam w sobie.

Na przykład?

Książka Krystiana. Historia całkiem prostego systemu, z którego wielu korzysta, ale dla kogoś, kto go nie zna, może być odkryciem.

 

Zaczyna się od tego, że na erotycznym czacie przed kamerą siedzi sobie osoba i rozmawia z zainteresowanymi…

fot. Mariusz Forecki

Są pewne rzeczy, za które musisz zapłacić, ale zwykłą rozmowę możesz prowadzić za darmo. Niektórzy mają swój cennik, piszą, że zrobią to i tamto za tyle i tyle, rozliczając się walutą działającą w ramach danego serwisu (tutaj były to akurat żetony). Takie żetony dzieli się później po połowie między serwis a tego, kto jest przed kamerą. Działa to jak Uber. Ta sama wymiana doświadczeń, ktoś cię bierze w podróż, ktoś inny zarządza systemem i dostaje prowizję za to, że zbudował infrastrukturę.

Dopiero od pewnego momentu taki czat zaczyna być prywatny. Cała sfera erotyczna zaczyna się właśnie wtedy. Gaśnie publiczny ekran, ten, kto płaci żetonami wchodzi na czat dostępny tylko dla niego albo dla niej. Granice tego, co pokazać publicznie, każdy ustala sam.

 

Ty analizujesz tylko publiczne dyskusje, które są otwarte dla wszystkich?

Krystian Daszkowski, fot. Mariusz Forecki

KRYSTIAN DASZKOWSKI: Tak. W tym projekcie nie chodziło o to, by relacjonować życie konkretnych osób, tylko o zjawisko odbywające się w przestrzeni publicznej. To jest najciekawsze, bo tam są ludzie, którzy grają na akordeonie, stawiają tarota albo się przebierają. Temat dotyczy czegoś więcej niż same seks kamery, chodzi tu o relacje osób używających tego medium. W książce znajdują się rozmowy dotyczące codzienności, zwykłych spraw przyziemnych – czat erotyczny służy takim kontaktom. Każdy, kto się tam pojawia, ma swój styl. Niektórzy są wulgarni, niektórzy szarmanccy, każdy zwraca na siebie uwagę. Bo właśnie o atencję tu chodzi, o to, by być widzialnym, o uwagę innych, której brakuje na co dzień w realnych relacjach.

 

Jak pracowałeś nad książką?

KD: Zdjęcia robiłem od 2016 roku, ale analizę tekstów z czatu erotycznego zacząłem na poważnie w zeszłym roku. Dopiero Grisza w czasie pracy nad książką zwrócił uwagę, że to ciekawsze niż sfera wizualna. I za tym poszedłem. W pewnym momencie próbowałem nawet zainstalować wtyczki blokujące wyświetlanie obrazów, by widzieć tylko tekst czatu, bo analiza tekstu nie jest prosta, gdy widzisz obok całą erotyczną akcję, o którą przecież nie chodzi w książce…

Ostrøv, fot. Mariusz Forecki

Obrazy i teksty, które znalazły się w publikacji, nie są pornograficzne. Zrzuty ekranu pokazują puste przestrzenie w przerwach. Jeśli chodzi o teksty – ogromna większość treści na czacie to namawianie kogoś do tego, by zrobił coś za darmo. To może trwać jakiś czas, może 15 minut. I nagle się kończy. Uspokaja się. Przechodzi w normalną relację. Bez fiksacji, by zobaczyć kogoś nago. Wtedy przychodzi moment, jaki mnie interesuje, zaczyna się rozmowa o życiu codziennym. O praniu, chorobach. Ktoś był u lekarza, ktoś inny jedzie w góry i robi transmisję z kamery umieszczonej na przodzie auta, z majestatycznymi górami w tle niczym z „Twin Peaks”. To jest ciekawe, rodzaj normalnych relacji, jakie się w tym świecie kształtują. Z resztą często te osoby znają się też w realnym świecie.

Oprócz wydawnictw całkiem niezależnych współpracujecie też z większymi instytucjami. Książka wydana we współpracy z CK ZAMEK była chyba pierwszym takim wspólnym krokiem kolektywu poza murami waszej czytelni.

OSTRØV: Gosia Myślińska zgłosiła się do nas z prośbą, byśmy wsparli ją w realizacji rezydencji, ponieważ od początku wiedziała, że chce pracę z CK ZAMEK podsumować książką. Wspólnie przeanalizowaliśmy całość jej materiałów i nadaliśmy im spójną formę. Bardzo zresztą prostą, stanowiącą nawiązanie do klasycznych projektów typograficznych i layoutu katalogu produktów. Chodziło o rodzaj promocyjnej książeczki, w której znajdują się zdjęcia wnętrz, a w nich elementy dekoracji, jakie moglibyśmy sobie zamówić.

 

Co przedstawiają zdjęcia Gosi?

Katarzyna Wąsowska, fot. Mariusz Forecki

Katarzyna Wąsowska, fot. Mariusz Forecki

OSTRØV: To tła fotograficzne z małych zakładów w Wielkopolsce, zazwyczaj ręcznie malowane. Gosia stwierdziła, że ten etap życia społecznego w Polsce jest zamknięty, popularność tego typu fotograficznych dekoracji spada, nie ma większych szans, by nagle zaczęły się pojawiać nowe. Można więc spróbować zrobić podsumowanie, inwentaryzację.

Okazało się, że materiał, jaki zebrała, łączy wspólny mianownik. Z jakiegoś dziwnego powodu wnętrza, parki, rekwizyty, na których ludzie chcą się fotografować – przedstawiały obraz abstrakcyjnego, nieistniejącego pałacu. Zestawiliśmy więc te wyobrażone pałacowe wnętrza i stworzyliśmy książkę nawiązującą do przewodnika muzealnego. Nie podzieliliśmy geograficznie dokumentacji, którą zrobiła Gosia, pokazując, jakie tła znajdują się w Kole czy w Poznaniu. Zamiast tego zrobiliśmy przewodnik po tym dziwnym nierealnym pałacu.

 

Takie bajkowe aspiracje w zdjęciach rodzinnych znikają?

OSTRØV: Nie, one świetnie funkcjonują, mamy przecież cały czas sesje ślubne w pałacach, mimo że ani on, ani ona tam nie mieszkają. Odchodzi się od zdjęć robionych na malowanym tle, szukając zamiast tego realnych lokalizacji, ale estetyka otoczenia i logika pozostają te same. Nic tu nie jest prawdziwe.

 

Jesteście na progu działań otwierających Ostrøv na osoby z zewnątrz?

Grigory Popov, fot. Mariusz Forecki

OSTRØV: Myślimy o warsztatach – i prędzej czy później zaczną one funkcjonować. Już teraz można skonsultować z nami pomysł na druk, formę czy koncepcję książek albo po prostu przyjść z materiałem, nad którym się pracuje, by skonfrontować go z ludźmi zajmującymi się tematem. Sama rozmowa weryfikuje często wyobrażenia. Dla wielu osób myślących o książce kontakt z rzeczywistością dotyczącą koncepcji, organizacji produkcji, kosztów, realiów procesu przygotowania sprawia, że urealnia się ocena możliwości.

Dzielimy się tym, co wiemy. Pomysły, jakie do nas trafiają, które możemy opracować autorsko, na które mamy realny wpływ i które nas szczerze zainteresują, realizujemy wspólnie z autorami. To centralny dla Ostrøva element działalności.

W rozmowie wzięli udział: Katarzyna Wąsowska – fotografka, Krystian Daszkowski – fotograf i Grigory Popov – grafik projektowy. Do kolektywu Ostrøv należy również trzech grafików warsztatowych: Karol Kołodziejczyk, Kornel Ofierski i Wiktor Wolski.

CZYTAJ TAKŻE: XPRINT. Historie prywatne. Festiwal książek fotograficznych

CZYTAJ TAKŻE: Mayumi Suzuki: Potrzeba rekonstrukcji

CZYTAJ TAKŻE: Katalog aktywności fotograficznej. 4. Wielkopolski Festiwal Fotografii im. Ireneusza Zjeżdżałki