fot. zdjęcia prac Maksymiliana Oborskiego

Koni tak nie rysował nikt

Dzięki malowanym koniom wszyscy znają Kossaków, a i Piotr Michałowski ma swoje godne miejsce w historii sztuki. A kto zna Maksymiliana Oborskiego? Konia z rzędem temu, kto znajdzie artystę lepiej rysującego konie w ruchu, niż Maksymilian Oborski. Jego niepozorne rysuneczki wytrzymują porównanie ze szkicami Leonarda, Delacroix, czy Gericault. Tylko kto na świecie o tym wie?

Dzięki malowanym koniom wszyscy znają Kossaków, a i Piotr Michałowski ma swoje godne miejsce w historii sztuki. A kto zna Maksymiliana Oborskiego? Konia z rzędem temu, kto znajdzie artystę lepiej rysującego konie w ruchu, niż Maksymilian Oborski. Jego niepozorne rysuneczki wytrzymują porównanie ze szkicami Leonarda, Delacroix, czy Gericault. Tylko kto na świecie o tym wie?

Konie w sztuce to wielki, nieco dziś zapomniany temat. Od zarania cywilizacji towarzyszyły człowiekowi. Również na obrazach i w rzeźbach. Posągi konne wodzów to w historii sztuki szczyt artystycznych osiągnięć człowieka. Od rzymskiego przedstawienia Marka Aureliusza na Kapitolu, przez Gattamelatę w Padwie, Colleoniego w Wenecji, aż po swojskiego marszałka Piłsudskiego na kasztance. Studium konia było ważnym elementem programu każdej liczącej się Akademii. Zdarzało się, że w ramach wstępnego egzaminu, do wielkiej sali z setkami adeptów, wprowadzano wierzchowca i rzucano hasło – rysujcie.

W wielkich tematach pretekstów do pokazania końskiej urody było co niemiara. Były niezbędne w scenach batalistycznych, występowały w obrazach historycznych, obrazach polowań i parad, scenach rodzajowych i arystokratycznych portretach. Artyści pokazywali różnorodność ich ras, umaszczenia, typów sylwetki, podziwiali piękno i grację ich ruchu i niepowtarzalny błysk w oku. Konie jako główny temat obrazu pojawiły się najpierw w XIX wiecznej sztuce angielskiej. Choć warto też przypomnieć monumentalne portrety najpiękniejszych wierzchowców Gonzagów, uwiecznione przez Giulia Romano, w salach manierystycznego Palazzo Te w Mantui.

Rysunki, obrazy i rzeźby koni były nieustającym poszukiwaniem ideału urody tego pięknego zwierzęcia. Studiowano je w ruchu i w spoczynku, analizując ich chody, krok po kroku. Czasem nawet fałszując ich możliwości. Bo na obrazach skaczące konie płyną cudownie w powietrzu, wyciągając przednie nogi do przodu, a tylne jednocześnie do tyłu. Dopiero w 1878 roku Muybridge, pionier fotografii poklatkowej, udowodnił, że koń tak nie potrafi.

Nasza wielka historia nierozerwalnie łączy się z końmi. Cała kultura szlachecka wyrosła w nierozerwalnym związku z tymi zwierzętami. To nie był przypadek, że rasa koni arabskich przetrwała dzięki Wacławowi Sewerynowi Rzewuskiemu. Polska arystokracja kochała konie, tak jak dzisiaj kocha się sportowe samochody. A nawet bardziej.

I mieliśmy kilku wybitnych artystów, którzy w końskich tematach osiągnęli światowe mistrzostwo. Wymienić należałoby tu najpierw Januarego Suchodolskiego, który pierwszy ten temat potraktował jako samodzielny. Przebił go maestrią szczegółów i dynamiką przedstawień Józef Brandt, malarz ze świetnym warsztatem, wyniesionym ze studiów na Akademii Monachijskiej. Mniej spektakularne były akwarele Juliusza Kossaka o tej tematyce, ale wspaniałe w swej prawdzie o końskiej anatomii i ruchu. Jego syn Wojciech zrobił na tym temacie największa karierę. Zarabiał krocie na dworach władców, w stolicach wszystkich naszych zaborców. Aż w końcu, już w wolnej Polsce, został czołowym polskim patriotą od konnych portretów. Można do tego zestawu wybitnych artystów dodać jeszcze Juliana Fałata i Józefa Chełmońskiego, mistrzów od malowania efektownych zaprzęgów i jeźdźców.

Osobne miejsce w tym spisie znaleźć się musi dla wybitnego malarza europejskiej klasy, jakim był Piotr Michałowski. Jego skromne obrazy z końmi i konne portrety to osobne zjawisko artystyczne w światowej sztuce XIX wieku. Nie tak głośne. jak podobne obrazy Delacroix, ale dorównujące mu malarską ekspresją i zamaszystym gestem pędzla. Wyprzedzające swoją epokę, mimo że tworzone przez malarza amatora. Amatora przez bardzo duże A. W swoim dawnym znaczeniu tego słowa – konesera, znawcę, wielbiciela i miłośnika. U boku Piotra Michałowskiego szlifował swoje umiejętności artystyczne inny amator, jego przyjaciel, Maksymilian Oborski. Poznali się i zaprzyjaźnili po Powstaniu Listopadowym, na emigracji w Paryżu. Później, w latach 1847-48 artysta zarządzał majątkiem Michałowskiego w Bolestraszycach. Piotr Michałowski udzielał mu rad warsztatowych, wskazywał wzorce do kopiowania.

Piszę tu o Maksymilianie Oborskim jako o wybitnym rysowniku, ale jest to też niesłusznie zapomniany, wielki polski patriota i wybitna postać naszej historii. I to zarówno na niwie pracy organicznej jak i walki zbrojnej o naszą niepodległość. Urodził się w 1809 roku, w Proszewie pod Siedlcami. Już w warszawskim liceum miał świetnego nauczyciela rysunku, Zygmunta Vogla. Później studiował prawo i administrację na Uniwersytecie Warszawskim. Aplikował w stołecznym Banku Polskim. Był administratorem dużych majątków Czartoryskich, a potem Potockich. Zapisał się jako wybitny znawca nowoczesnego rolnictwa. Odbył w celu poszerzenia swej wiedzy szereg podróży zagranicznych, głównie do Anglii i Francji. Tłumaczył książki o rolnictwie, wydał Katechizm rolniczy oparty na zasadach chemii i geologii, Jamesa J.W. Johnstona, w swoim tłumaczeniu. Był autorem licznym rozpraw o rolnictwie i aktywnym członkiem Towarzystw Rolniczego i Gospodarskiego.

Udział w działalności patriotycznej i powstaniach przerwał jego świetną karierę zawodową. Brał udział jako podporucznik w Powstaniu Listopadowym i został odznaczony Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. W Powstaniu Styczniowym zbierał fundusze i broń dla oddziałów powstańczych, a w jego majątku mieściła się siedziba dowództwa wojewódzkiego, naczelnika cywilnego powstania. Zapłacił za to aresztowaniem, torturami i karą dziesięcioletniego zesłania na Syberię. Wrócił z niego w podeszłym wieku i dokonał żywota w Husowie pod Pińczowem. Tamtejszy dwór, siedziba majątku jego rodziny właśnie rozpada się do cna. Za nic mamy pamiątki po wielkich Polakach.

Właśnie na zesłaniu Maksymilian Oborski intensywnie rysował. Robił portrety, pejzaże, sceny rodzajowe, a przede wszystkim poświęcił się obserwacji i szkicowaniu koni. Z sukcesem zresztą, bo dzięki portretom wierzchowców zarabiał na życie i został nawet przeniesiony do miejscowości z carską stadniną. Używał ołówka, węgla i akwareli. Wykorzystywał każdy dostępny kawałek papieru, często rysował po obu stronach kartki i na kilkucentymetrowych skrawkach.

Prace o innej jak końska tematyce są poprawne, ale sztywne i zdają się być pozbawione polotu. Rzemieślniczo wypracowane i nic więcej. Za to, gdy w kadrze pojawiał się koń, rysunki ożywały. Z połączenia gruntownej wiedzy o tym zwierzęciu i rzucającej się w oczy pasji i miłości powstawały małe arcydzieła. Choć to tylko niewielkie szkicowe notatki, to dynamika poszukującej kreski wyśmienicie oddaje grację i koński temperament. Oborski obok znawstwa tematu wykazał się fenomenalną pamięcią wzrokową, zatrzymując w swoich rysunkach, jak w migawce aparatu fotograficznego, trwające zaledwie ułamki sekund skomplikowane pozycje końskiego ciała. Te unikalne zapisy graficzne mają wymiar uniwersalny, są ponadczasowe, wciąż aktualne, zdają się być stworzone przed chwilą. Z maestrią równą mistrzom światowej sztuki.

Dokonałem tego odkrycia na zakończonej niedawno wystawie na zamku w Gosławicach, w siedzibie Muzeum Okręgowego w Koninie. To niewielkie, prowincjonalne muzeum, tą wystawą przebiło wrocławskie Ossolineum, które posiada największy zbiór prac Maksymiliana Oborskiego. Jego prace są też w kolekcjach Muzeum Narodowego, Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Niepodległości w Warszawie, a także w Muzeum Narodowym w Krakowie. Żadna z tych renomowanych i bogatych instytucji nie zrobiła nic dla upowszechniania wiedzy o wyjątkowej sztuce Maksymiliana Oborskiego. Wystarczy wspomnieć, że ostatnia wystawa z udziałem większego zbioru jego prac z końmi, odbyła się w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w roku 1913.

Tym większa więc zasługa konińskiego muzeum. Nabyło ono na początku lat dziewięćdziesiątych, za bardzo niewielkie pieniądze, pokaźną tekę prac Maksymiliana Oborskiego. Jest to, wraz z nieco późniejszymi zakupami aż 130 rysunków i obrazów. Zostały one na okoliczność wystawy pieczołowicie odrestaurowane i oprawione. Świetnie zaprojektowaną ekspozycję i kompletny, ładnie wydany katalog prac przygotowała pani Wanda Mazurek.

I to byłoby na tyle o zapomnianym wielkim artyście rysującym konie. Wystawy już nikt nie zobaczy, katalog jest prawie nie do dostania. Dlaczego nie pokazuje się jego sztuki w dumnych muzeach Poznania, Wrocławia, Krakowa i Warszawy? Czy trzeba będzie na to czekać kolejne sto lat? Czy naprawdę mamy w Polsce za dużo wielkiej, polskiej sztuki, którą moglibyśmy zadziwić świat? Wojciech Hildebrandt zdjęcia prac Maksymiliana Oborskiego autora