fot. Mariusz Forecki

Kosz, samochód i inne plecionki

Przed laty, w trakcie długich zimowych wieczorów, ludność wiejska powszechnie zajmowała się wyplataniem. Pleciono niemalże wszystko. Oprócz koszy i koszyków, także dzbanki na jagody, talerze na owoce, kołyski, zabawki, a nawet wózki dla dzieci.

 

Park im. Feliksa położony jest na krańcu osiedla. Domy jednorodzinne sąsiadują tu z typowymi blokami, całość robi wrażenie skraju miasta. „Feliks” – znaczy „szczęśliwy” i jako taki w uzasadniony sposób ma prawo patronować miejscom wypoczynku. Nazwa parku wymagała jednak dla mnie pewnego doprecyzowania. Dopiero po dłuższym poszukiwaniu, naznaczonym wypytywaniem raczej spłoszonych porannych spacerowiczów, dowiedziałem się, że patronem Parku Kultury i Wypoczynku nie jest jakiś tam przypadkowy Feliks.  Ostatecznie ustaliłem, że w przypadku nowotomyskiego Parku Kultury chodzi o Feliksa Szołdrskiego. Prawdę mówiąc, musiałem uzupełnić swoją wiedzę biograficzną, aby dowiedzieć się, jakimi zasługami zapisał się patron parku. Jak się okazało, był on założycielem Nowego Tomyśla. Więcej pytań nie miałem.

WYPLATANIE, ZAPLATANIE

Feliks, mając 42 lata, mógł sobie pozwolić na założenie miasta. 13 sierpnia 1778 roku konsystorz ewangelicki w Lesznie pozwolił mu na budowę kościoła. Szołdrski ofiarował na ten cel dogodnie położony teren oraz materiały budowlane. Grunty, na których miało powstać nowe miasto, leżały na przecięciu dróg z Wolsztyna do Lwówka i ze Zbąszynia do Opalenicy i Grodziska. Teren ten oddalony był o 17 kilometrów od Lwówka, 22 kilometry od Grodziska, 21 kilometrów od Opalenicy, 17 kilometrów od Zbąszynia i 25 kilometrów od Wolsztyna. Tak wytyczona lokacja skazana była na szybki rozwój i gospodarczy sukces. Było to idealne miejsce na organizację targów i jarmarków. Nie bez przyczyny zaczynam od opisu początku zdarzeń, bowiem nowo powstałą miejscowość trzeba było kimś zasiedlić. Ale po kolei.

 

W Parku Feliksa położone są dwie największe atrakcje turystyczne Nowego Tomyśla: niewielki zwierzyniec i Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa będące oddziałem Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie.

Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa, fot. Mariusz Forecki

Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa, fot. Mariusz Forecki

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się wszystkiego o wyplataniu, pleceniu i zaplataniu koniecznie powinien się do niego udać. Może przekonać się na własne oczy, że wypleść można wszystko, nawet karoserię samochodu. Tylko czy wówczas będzie to jeszcze karoseria? Mam co do tego pewne wątpliwości. Wizytę w muzeum zaplanowałem na którąś z wiosennych sobót. Decyzja była trafna, bo we wszystkie soboty wstęp do muzeum jest bezpłatny.

KARMAZYNOWA WIKLINA

Kiedy jako mały chłopiec chodziłem z babcią na szamotulski targ po jajka, kupowało się na nim także kury, króliki, a nawet młode gołąbki. Targ zlokalizowany był na pustym placu po zburzonej przez Niemców synagodze. Choć nie ma to większego znaczenia dla opowieści o wiklinie, nie sposób o tym fakcie nie wspomnieć. Wiele z oferowanych do sprzedaży zwierząt pozamykanych było w wiklinowych koszach.

 

Na targu sprzedawano także nowe koszyki. Malutkie, do wielkanocnej święconki, bardzo duże, czasem zamykane niczym skrzynie, przeznaczone do zawożenia prania do magla i zwyczajne, służące podczas wybierek do przenoszenia ziemniaków.

Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa, fot. Mariusz Forecki

Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa, fot. Mariusz Forecki

Sprzedający je ludzie, przyjeżdżali z okolic Lwówka i Nowego Tomyśla. Szczególnie podobały mi się najzwyklejsze koszyki z dereniowym pałąkiem służącym jako uchwyt. Wykonane były z pięknej czerwonej wikliny. Babcia, jeśli już, to i tak kupowała te tańsze z nieokorowanych pędów. Mnie jako małego chłopca nurtowało pytanie, na które nikt nie potrafił powiedzieć: gdzie rośnie czerwona wiklina? Oczywiście chciałem jej naciąć samemu i wypleść koszyk. Dzisiaj już wiem, że nie była to żadna czerwona odmiana wikliny. Niemalże karmazynowy kolor przybierała ona podczas gotowania nieokorowanych pędów. Chęci wyplatania czegokolwiek samodzielnie dawno mnie opuściły, a po wizycie w Muzeum Wikliniarstwa ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że stokroć lepiej skorzystać z efektów pracy tutejszych mistrzów tego fachu.

Przed laty, w trakcie długich zimowych wieczorów, ludność wiejska powszechnie zajmowała się wyplataniem. Pleciono niemalże wszystko. Oprócz koszy i koszyków, także dzbanki na jagody, talerze na owoce, kołyski, zabawki, a nawet wózki dla dzieci. Sam nie potrafiłbym powiedzieć, z iloma wyplecionymi przedmiotami zetknąłem się w życiu. Do dzisiaj wyplatanie stanowi dla niektórych źródło zarobku. Najbardziej rozpowszechnione są rzecz jasna wyroby z wikliny. Regułą jest to, że moda na wiklinowe meble powraca mniej więcej co kilkanaście lat, a u naszych zachodnich sąsiadów w zasadzie nigdy nie przemija. W ostatnich trzydziestu latach wiklinowym meblom zagroziły wyroby z rafii, bambusa czy ratanu. Stały się one popularne w miarę postępującej globalizacji światowego handlu. Wizyta w nowotomyskim muzeum z pewnością jest w stanie zdyskwalifikować wszystkie te egzotyczne plecionki, przynajmniej na jakiś czas. Każdy przekona się, że z wikliny nie tylko można zrobić wszystko, ale do tego znakomicie sprawuje się ona w naszym północnoeuropejskim klimacie, pełnym mgieł i niskich temperatur.

MŁODZI EWANGELICY

Zanim pracownik muzeum otworzy przed gośćmi wrota, za którymi znajduje się główna ekspozycja, zwiedzający udają się do zrekonstruowanego domu olenderskiego osadnika. W nim znajduje się główna siedziba muzeum. Tutaj kupimy też bilety, oczywiście jeśli nie jest to darmowa sobota lub poniedziałek, gdy muzeum jest zamknięte. Zdecydowana większość ekspozycji wikliniarskiej znajduje się w stojącym nieopodal większym budynku – zrekonstruowanej wielkopolskiej stodole typu olenderskiego.

 

Pokaźnych rozmiarów gmach wzniesiony został z inicjatywy Stowarzyszenia Wikliniarzy i Plecionkarzy Polskich. Budowano go rok, pomiędzy majem 2005 roku a majem 2006.

Informacja o projektantach i innych ludziach bezpośrednio zaangażowanych w powstanie budynku umieszczona jest na drewnianych tablicach, zawieszonych w drewnianym wnętrzu.

Tutaj wrócę do początków miasta i osadników, którzy zasiedlali tereny Nowego Tomyśla i otaczających go wiosek: Paproć, Glinno, Sątopy Przyłęk, Kozielaski, Nowa Róża. Wsie te zamieszkiwali Niemcy uciekający przed służbą wojskową w Brandenburgii. Młodzi ewangelicy, bo takiego byli wyznania, gotowi byli stawić czoła naturze i dzięki ciężkiej pracy przekształcać ją w zgodzie z nauką swego Kościoła. Lasy i bagna wokół Nowego Tomyśla ustępowały miejsca polom uprawnym. Sami siebie nazywali „Hauländer”, co polscy sąsiedzi spolszczyli na „olęder” lub „olender”. Charakterystyczne cechy ich budownictwa zobaczymy nie tylko na terenie nowotomyskiego muzeum.

Wyczulone na wiejskie piękno oko wypatrzy olenderskie budowle w niejednej okolicznej wiosce, szczególnie łatwe będzie to w Miedzichowie. 

SZYSZKI Z LUPULINĄ

Z czasem, do niemieckich emigrantów dołączyli przybysze z Czech. Dzieje ich osadnictwa w Wielkopolsce sięgają jeszcze XVI wieku, kiedy to przybyli w te strony prześladowani przez katolickich Habsburgów Bracia Czescy. Korzyść, jaka wynikała z czeskiego osadnictwa, nie ujdzie uwadze tym wszystkim, którzy odwiedzą muzeum. Czesi przyczynili się bowiem do rozwoju upraw chmielu. Uprawiało go się w tych okolicach zgodnie z czeską sztuką prowadzenia chmielowych plantacji.

W tym miejscu warto przypomnieć miłośnikom piwa, że jak wskazuje nazwa, muzeum w Nowym Tomyślu poświęcone jest nie tylko wikliniarstwu, ale w dużej części także chmielarstwu. Jeśli mają ochotę zdobyć wiedzę, jak nieprzeciętnej roślinie zawdzięczają charakterystyczną goryczkę i niepowtarzalny aromat napoju, powinni odwiedzić tutejszą ekspozycję. Dowiedzą się na niej między innymi, że zasadniczym walorem szyszek chmielu jest zawarta w nich lupulina – substancja żywiczna mająca postać lepkiego złocistego proszku o aromatycznym zapachu i gorzkim smaku. Lupulina jest nieodzowna w procesach piwowarskich. Zawiera przy tym kwasy żywiczne i garbnikowe, olejki eteryczne, witaminę C oraz szereg mikroelementów takich jak: magnez, cynk, miedź, mangan, żelazo, fluor.

Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa, fot. Mariusz Forecki

Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa, fot. Mariusz Forecki

W muzeum w Nowym Tomyślu stworzono ekspozycję mającą niepowtarzalne i unikatowe przesłanie. Uczy ona, jak człowiek mający szacunek dla otoczenia, potrafi korzystać z natury nie wyrządzając szkody środowisku. Można się tutaj nauczyć, jak z powodzeniem czerpać potrzebne do codziennej pracy naturalne dobra. Wiklina jest tego znakomitym przykładem. Tania i ekologiczna, nie wymagająca skomplikowanych sposobów uprawy, nie zaburza równowagi w środowisku. Można z niej wykonać niemal wszystko, do tego nie ma najmniejszego problemu z jej utylizacją.

OD PATYKA DO KOSZYKA

Wracając w stronę Poznania mijałem sprzedawców ozdób ogrodowych. Wykonane z tworzyw sztucznych budziły grozę nie tylko pretensjonalnymi kształtami i kolorami, ale swoistą gigantomanią, która widocznie jest teraz w modzie. Tymczasem niewiele potrzeba wysiłku, aby zjechać z trasy prowadzącej w stronę granicy. Wystarczy wówczas podjechać do Nowego Tomyśla, żeby na ekspozycji muzealnej podziwiać animistyczne prace Krzysztofa Pierzyńskiego. Wykonane przez niego konie, krowy, osły czy niedźwiedzie, decydować mogą o estetycznej atrakcyjności każdego miejsca. Ktokolwiek je ustawi w swoim otoczeniu, najlepiej parku bądź ogrodzie, będzie obcował z dziełem artystycznego rzemiosła wysokiej próby. Do tego z każdego wiklinowego splotu wyzierać będzie tradycja tysiąca lat wyplatania, łączenia tym sposobem jednej gałązki z drugą i tak dalej.

Wojciech Hildebrandt, Michał Kruszona, „Wielkopolskie muzea. Między szklaną gablotą a ekranem LED”, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu, Departament Kultury, Poznań 2018

Jeśli – w przeciwieństwie do mnie – ktoś postanowi zdobyć praktyczną wiedzę na temat wyplatania koszyków, można się tego nauczyć podczas lekcji muzealnych. Najmłodsi realizują temat: „Od patyka do koszyka”, starsi poznają: „Historię wikliną przeplataną” i dowiedzą się: „Jak to z chmielem bywało?”. Być może już niebawem będą mogli zapoznać się też z narzędziami do uprawy szparagów. Po mojej wizycie w Nowym Tomyślu dowiedziałem się, że tamtejsze muzeum wzbogaci ekspozycję, wprowadzając w krąg swoich zainteresowań także szparagi. Odwiedzę Nowy Tomyśl podczas przyszłorocznego sezonu szparagowego. Jako miłośnik tego warzywa mam nadzieję, że zarządzający muzeum zdecydują o promocji szparagów w trakcie poświęconego im festynu lub innego szparagowego święta. Miejsce, w cieniu olenderskiej zagrody, jest ku temu znakomite.

 

Tekst pochodzi z książki Wojciecha Hildebrandta i Michała Kruszony pt. „Wielkopolskie muzea. Między szklaną gablotą a ekranem LED”, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu, Departament Kultury, Poznań 2018.

 

MICHAŁ KRUSZONA – historyk, muzeolog, absolwent historii UAM w Poznaniu. Od kilkunastu lat jest dyrektorem Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach. Autor wielu książek, m.in.: „Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła” (rekomendowana w przewodniku po polskiej literaturze: „500 polskich książek, które warto w życiu przeczytać”), „Czarnomorze. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór” (nagroda im. Arkadego Fiedlera – Bursztynowy Motyl). Jego najnowsza książka „Reifstein albo podróż Trzech Króli” nawiązuje do historii Wielkopolski u progu niepodległości.

CZYTAJ TAKŻE: Opowieść o pszczołach. Muzeum Pszczelarstwa w Swarzędzu

CZYTAJ TAKŻE: Wsi spokojna, wsi wesoła...

CZYTAJ TAKŻE: Kolekcja ze słoniem. Muzeum Okręgowe w Koninie