fot. Mariusz Forecki

Królowe na śmietnisku życia

O aktorkach, budzących szacunek i podziw, mówiło się kiedyś w środowisku: aktorzyce. To był wyraz najwyższego uznania dla ich sztuki. Aktorzyce potrafią rozbawić, wzruszyć, zawstydzić, zasmucić. Wywołać obrzydzenie, litość i przerażenie. Przez te wszystkie emocje przechodzą widzowie „Prezydentek”, najnowszej premiery Teatru Nowego.

Chciałoby się powiedzieć, że to jedna ze smakowitszych premier w Teatrze Nowym, gdyby nie fakt, że mówimy o sztuce fekalnej Wernera Schwaba i takie porównania brzmią wręcz perwersyjnie. „Prezydentki” koncentrują się na najbardziej obrzydliwych, najintymniejszych aspektach ludzkiego życia. Wszędzie, gdzie były pokazywane budziły skrajne emocje.

W Polsce sztuka weszła do repertuarów teatralnych, siedem lat po światowej premierze w Wiedniu – w 1997 roku, wyreżyserował ją w Olsztynie Tomasz Dudkiewicz. Dwa lata później za tekst wziął się Krystian Lupa, który swoją wersję pokazał w Teatrze Polskim we Wrocławiu, później także w m.in. w Ekwadorze i we Francji, gdzie wstrząsnęła publicznością.

Można nie przepadać za dosadnym językiem Schwaba, za jego prostackimi bohaterkami, ich obrazoburczymi wypowiedziami, ale nie można udawać, że nie rozumiemy bólu, samotności i poczucia beznadziei bohaterek. Nawet, jeśli uważamy, że na drabinie społecznej stoimy wyżej od nich. A może nie chcemy słuchać, bo przeraża nas ich „zwyczajne” człowieczeństwo? Może boimy się, konfrontacji z tym, co w nas samych prawdziwie ludzkie, a co tylko udawane, deklarowane?

Irena, Renata i Maryjka  - sąsiadki. Spotykają się u tej pierwszej, by wspólnie obejrzeć transmisję z mszy świętej, celebrowanej przez Jana Pawła II, który właśnie przyjechał do Polski. Pobożna Irena (Bożena Borowska-Kropielnicka) zasępia się nad kondycją wiary we współczesnym świecie, ale jej refleksja płynnie przechodzi w opowieść o futrzanej czapce, znalezionej na śmietniku i tanio kupionym telewizorze. Biegiem myśli Ireny kieruje Renata (Daniela Popławska), zadając proste, czasem swawolne pytania. W czasie pogawędki obu pań, Maryjka, sprawiająca wrażenie ociężałej psychicznie (Małgorzata Łodej-Stachowiak) szuka guzika Renaty i tylko co pewien czas wtrąca dewocyjne uwagi. Błaha na pozór rozmowa – świetnie prowadzona przez obie aktorki – nabiera innego wymiaru, kiedy wychodzi na jaw profesja Maryjki.

Kobieta specjalizuje się w przepychaniu gołymi rękami toalet bogatych ludzi. Nie widzi w tym nic obrzydliwego, przeciwnie: „Mnie też po prostu naprawdę nic w gardle nie staje, kiedy wkładam rękę do muszli, ofiarowuję to naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi, który umarł za nas na krzyżu” – mówi, a Irena zaczyna wymiotować do umywalki. Sądząc po reakcji części widzów, wielu z nich miałoby ochotę pójść w jej ślady. To jednak dopiero preludium – morze obrzydliwości wylewa się powoli. Irena i Renata, choć zniesmaczone, dopytują Maryjkę o szczegóły. Z ludzkiego gówna, rozmowa przechodzi w psie gówno, bo Renata chętnie opowiada o swojej suczce Lidzi.

Gdzieś między jednym i drugim Irena i Renata wymieniają uwagi na temat swoich dzieci – a raczej, ich seksualności. „Bogusław nie chce mieć stosunku” – żali się Irena, a Renata wyznaje, że jej córka przed wyjazdem do Irlandii „kazała sobie jak kura wyciąć jajnik i te, bo ja wiem, no wszystko, co potrzebne na wnuki”. Pobożna Irena, rozochocona rozmową i swawolnymi wtrętami Renaty, wytyka jej złe prowadzenie się, a w końcu nazywa „żydowską kurwą”, Renata nie pozostaje dłużna i wyzywa sąsiadkę od „hitlerówek”. Kobiety skaczą sobie do gardeł, następuje jedna z najbardziej „oczyszczających” scen w spektaklu.

 

Lecą sprzęty, kwiaty, krzesła, stół, rozwalają się papierowe ściany, wyziera zza nich pusta przestrzeń. To moment zwrotny w akcji.

Zimna, ciemna otchłań paraliżuje kobiety. Ich furia gwałtownie cichnie, trochę pomaga w tym wódka, którą Irena wyjmuje z lodówki. Zaczyna się fantazjowanie. Na scenie, która jest pobojowiskiem życia, o swojej przyszłości majaczą dwie podpite, proste kobiety, skrzywdzone przez los.

Irena marzy o właścicielu sklepu mięsnego, gdzie kupuje wątrobiankę  – o nijakim Wótke, Renata – opowiada w szczegółach (także pikantnych) historię swojej znajomości z muzykiem Fredkiem. Maryjka popada w coraz większy szał przepychania kolejnych toalet, wpada prawie w euforię.
Ale to ona właśnie brutalnie przerywa piękne wizje Ireny i Renaty. Marzenia pękają, jak mydlane bańki, po dwóch stronach sceny stoją dwie stare kobiety, zrozpaczone. Kiedyś zabrano im godne życie, teraz – sen o szczęśliwym życiu. Ból, bezradność i utrata złudzeń, wyzwalają ich agresję, która skupia się na - traktowanej dotąd pobłażliwie – Maryjce.

 

Wszystkie trzy aktorki grają koncertowo, świetnie też sobie partnerują. W ich grze nie ma cienia fałszu, kontrolują każdy gest, każdy grymas, każdy krok.

Czasem balansują na granicy, która aktorowi stwarza pokusę poszarżowania, nigdy jej jednak nie przekraczają. Każda z nich niesie w sobie inną ludzką historię i inaczej ją opowiada.

Chwała reżyserowi (Piotr Kruszczyński) za to, że umiał tak świetnie poprowadzić trzy różne osobowości sceniczne, pozwalając każdej z nich na granie w sposób organicznie indywidualny.

Świetny pomysł, odpowiedzialnego za ruch, Maćko Prusaka – totalne rozwalenie ścian, mieszczańskiego mieszkania-pudełka, podczas szamotaniny Ireny z Renatą - potrząsnął nie tylko bohaterkami, ale też widzami. Ból, nędza, upodlenie, poniżenie, budzą prawdziwą agresję, pozbawiają hamulców. Dopóki obnaża ona tylko pustkę egzystencji samych wykluczonych, możemy czuć się w miarę bezpiecznie, bo nas to nie dotyka. Świat wali się za zasłoniętymi firankami. Gdzieś w Poznaniu albo innym miejscu na świecie. Ale prędzej czy później przez zburzone ściany, agresja wyleje się na zewnątrz.

 

Teatr Nowy, „Prezydentki” Wernera Schwaba, reż. Piotr Kruszczyński.
Premiera 7 marca 2015 (Scena Nowa).


Poniżej zdjęcia ze spektaklu.