fot. Mariusz Forecki

GusGus: Wytańczyć ten smutek

Od: 28/05/2018

Koncertem w Poznaniu rozpoczęła się polska część trasy koncertowej zespołu GusGus, który niedawno wydał swoją dziesiątą, długo oczekiwaną płytę „Lies Are More Flexible”. Zespół już kilka lat temu zyskał status najciekawszego islandzkiego zjawiska muzycznego. Oczywiście zaraz po Björk i Sigur Rós…

Klubowy house, laboratoryjne techno, miejski trip hop, kwaśny electro-pop, jak i pop sam w sobie. Jak to wszystko sensownie zebrać, czasem łącząc z jazzem? Próby podejmowało wielu, często roztrzaskując swoje pomysły o ostre krawędzie gatunkowego eklektyzmu. By ten zadziałał, musi mieć sens. Choć oczywiście nie jest to regułą, trzeba mieć coś z Zappy, by Zappą być.

Tak się składa, że z różnego rodzaju nietypowymi eksperymentami na gruncie muzyki nowoczesnej (by nie powiedzieć cyfrowej) całkiem nieźle radzą sobie Islandczycy. Od kilku lat krytycy zastanawiają się, czym różni się ich powietrze od reszty Europy, że muzycy z tamtych stron potrafią grać zarówno srogi black metal – dokładając ważną cegiełkę do jego renesansu – jak i taneczne dziwactwa różnej maści, od których naprawdę trudno odciągnąć ucho. Nie ma wątpliwości, że ta wyspa ma w sobie niedefiniowalną magię. Jej mocy sprawczej zaczynają zazdrościć nawet Skandynawowie. Przez wiele lat byli największą nadzieją dla wszystkich, którzy we współczesnej muzyce Starego Kontynentu poszukują niemal mitycznej już „wody na pustyni” – upragnionego elementu zaskoczenia, nieszablonowego podejścia do dobrze znanych „genres”.

W ZMIANIE SIŁA

 

Nic dziwnego, że coraz więcej słuchaczy wytęża słuch, kierując się w stronę Islandii. Dziś to ona rozdaje karty.

Asy w rękawie chowają choćby Daniel Ágúst Haraldsson i Birgir Þórarinsson, założyciele projektu GusGus, którzy od 23 lat konsekwentnie prezentują bardzo specyficzną, autorską wizję muzyki tanecznej, mimo że ich zwariowany skład ulega ciągłym fluktuacjom. A może właśnie dlatego? W końcu już lata temu panowie przyznali, że nieustające zmiany – artyści przychodzący do grupy i z niej odchodzący – są dla nich jedną z największych inspiracji.

Sukces albumów, np. „Polydistortion” (1997), „Arabian Horse” (2011) czy „Mexico” (2014), jest niepodważalny. Miliony wyświetleń na YouTubie mówią same za siebie, podobnie jak udział na największych festiwalach muzycznych – często w roli gwiazdy. Nic dziwnego, że informacja na temat planowanego koncertu w Poznaniu zelektryzowała wielu słuchaczy.

 

Do powrotu do naszego kraju Daniel i Birgir mieli solidny pretekst – nowy krążek o zastanawiającym tytule „Lies Are More Flexible” i jeszcze bardziej intrygującej treści. Skrajnie progresywnej, syntetycznej, syntezatorowej, transowej, plastycznej.

PSTROKATA MELANCHOLIA

Pstrokata, ekstrawagancka, wyskokowa, ale jednocześnie bazująca na nienachalnej, podprogowej melancholii, będącej nieodłącznym elementem krajobrazu - taka jest właśnie twórczość GusGus

Znak zapytania zdaje się wyzierać już z samej okładki, na której widzimy islandzką stację benzynową w czasie śnieżnej zamieci. Nie gorące źródła, nie polarne zorze, żadne malownicze obrazki rodem z katalogu biura podróży, lecz zwyczajna, zupełnie nieprzekonująca wizualnie stacja paliw.

 

„Islandia to dość ponure miejsce. To w żadnym razie nie jest magiczna kraina rodem z baśni fantasy. Miasta są zaniedbane i brudne. Zamiast lasów i elfów mamy narkomanię i przemoc. I to jest prawdziwe oblicze tego kraju” – mówił niedawno Kjartan Harðarson, perkusista zespołu Draugsól, w wywiadzie dla „Noise Magazine”.

Ten smutny wniosek warto przywołać właśnie w kontekście twórczości GusGus. Pstrokatej, ekstrawaganckiej, wyskokowej, ale jednocześnie bazującej na nienachalnej, podprogowej melancholii, będącej nieodłącznym elementem krajobrazu – jak się okazuje, również społecznego – miejsca, z którego pochodzą.

JAGGER Z ISLANDII

Tę dwoistość można było wyczuć podczas koncertu GusGus w klubie muzycznym B17, na którym zespół zaprezentował 12 utworów. Haraldsson schował się za elektronicznymi sprzętami, Þórarinsson wprost przeciwnie – pewnym krokiem ruszył w stronę tłumu, onieśmielając ekstatycznym tańcem à la Mick Jagger.

 

Tonąc w mroku, przecinanym tylko wiązkami kolorowych świateł i abstrakcyjnymi wizualizacjami na ekranie, rozpoczęli wieczór od otwierającej nowy album kompozycji „Featherlight”. Tajemniczej, wycofanej, a jednak na tyle wyrazistej, by momentalnie porwać publiczność do zabawy.

Po sycącej przystawce przyszedł czas na pierwsze danie główne – „Don't Know How To Love How To Love” i „Fireworks” – podczas występu przedstawionych niemal bliźniaczo do ich studyjnych wersji. Pierwsza przywodzi na myśl jedną z najgłośniejszych petard z poprzedniego krążka, czyli taneczny „Crossfade”, który również usłyszeliśmy podczas koncertu. Druga to wspomnienie dawnego „Polyesterday”, kusząca onirycznym głosem Birgira i porcelanowym brzmieniem klawiszy wciśniętych pod dyskotekowy, stanowczy beat, wychodzący spod palców jego kompana.

Akurat w przypadku GusGus trzymanie się konwencji ustalonej w nagraniowym studiu, przerywane jedynie improwizacjami na syntezatorach modularnych, jest ogromnym walorem. Pokazała to również żywiołowa reakcja na „Lifetime” – inny klubowy pewniak, będący swego rodzaju odniesieniem do pamiętnego, nie mniej melodyjnego „Over”, którego rozbudowana wersja okazała się hitem wieczoru.

POP W PEŁNI DOJRZAŁY

Haraldsson schował się za elektronicznymi sprzętami, Þórarinsson wprost przeciwnie – pewnym krokiem ruszył w stronę tłumu, onieśmielając ekstatycznym tańcem à la Mick Jagger

Bez względu na koncertowy potencjał nowych numerów duetu jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów było wykonanie kultowego już „Arabian Horse”. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w klubie B17 zabrzmiał w niemal tak mistyczny sposób jak podczas sesji dla amerykańskiej stacji radiowej KEXP, która dla wiernych fanów projektu wciąż pozostaje punktem odniesienia. Jak wypadł na żywo tytułowy numer z nowego krążka? Cóż, choć czar lat dziewięćdziesiątych – zwłaszcza ówczesnej muzyki rave i acid techno działa w „Lies Are More Flexible”, jak należy, to akurat w tym przypadku skłaniał raczej do uśmiechu satysfakcji niż kompulsywnego ruszania nogami.

 

Koncertowymi wisienkami na torcie były za to kawałki finałowe – „Add This Song”, „David” i „Deep Inside” z poprzednich albumów. Okazały się idealnym zestawem na zakończenie imprezy, wykańczającym publiczność zaraźliwymi rytmami, którym nie ulegli chyba jedynie ci, którzy znaleźli się w klubie z przypadku.

GusGus to bardzo magnetyczni artyści – na dodatek z coraz większą słabością do Polski. Ściągają na parkiet za sprawą rzadkiej umiejętności pisania utworów chwytliwych i jednocześnie artystycznie w pełni dojrzałych.

Jeśli ktoś przegapił ich poniedziałkowy koncert, niech sięgnie po płytę. Wysoki lot gwarantowany.

 

 

CZYTAJ TAKŻE: Late Summer Festival: Deszcz i łzy
CZYTAJ TAKŻE: Dominic Miller na Akademii Gitary: Wolny jak ptak. Recenzja koncertu
CZYTAJ TAKŻE: Akademia Gitary 2018: Wsłuchać się w siebie. Inauguracja festiwalu