fot. Krzysztof Bieliński

Kulisy czarnej magii

„Mistrz i Małgorzata” to jedna z chętnie adaptowanych powieści, stanowiąca wyzwanie dla twórców teatru. Jak poradzili sobie z arcydziełem Bułhakowa reżyser Gabriel Gietzky i realizatorzy premiery w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu?

„Ambitnie” – tak moje stwierdzenie, że jadę do Kalisza na „Mistrza i Małgorzatę” skwitowała przyjaciółka, która tego samego wieczoru oglądała w innym teatrze „Burzę”. „Ambitnie” – pomyślałam, gdy podczas opracowywania zapowiedzi sezonu dowiedziałam się, że adaptację powieści Bułhakowa zobaczymy w Wielkopolsce dwukrotnie: w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu i w Teatrze Nowym w Poznaniu. „Ambitnie” – myślałam z nadzieją, czytając o tym, że Gabriel Gietzky był asystentem Krystiana Lupy przy „Wymazywaniu”, kongenialnej adaptacji powieści Thomasa Bernharda, która wydawała się niemożliwa do realizacji na scenie, a jednak stała się podstawą jednego z najważniejszych spektakli powstałych w Polsce na początku XXI wieku.

FENOMEN ADAPTACJI

Najważniejsze spektakle, które widziałam, były adaptacjami powieści, dlatego wierzę w przedstawienia oparte na wybitnych powieściach i czekam na nie w sposób szczególny. Jednocześnie poprzeczka zawieszona jest wysoko, bowiem przeniesienie na teatralną scenę arcydzieła literatury, takiego jak „Mistrz i Małgorzata”, tekstu znanego i lubianego, jest zawsze wyzwaniem karkołomnym.

Jadąc na spektakl do Kalisza, rozmyślałam o fenomenie i sile udanych adaptacji, o tym, że często niosą ze sobą sensy większe niż inscenizacje dramatów, o tym, że pozwalają pokazać na scenie to, co kryje się między wersami, że mają niezwykłą moc odbijania w sobie współczesnej rzeczywistości.

Zastanawiałam się, co jest według mnie warunkiem udanej adaptacji, co nadaje jej tę niezwykłą siłę teatralną i pomyślałam, że najczęściej jest to chyba stosunek reżysera do adaptowanego tekstu: fascynacja, zauroczenie, czasami wręcz opętanie lub nawet miłość – w przypadkach, kiedy tekst staje się literackim objawieniem, które udaje się przekuć w niedostępne wcześniej środki artystycznego wyrazu.

Może jest to również wspólnota intuicji – przeczuć dotyczących świata i człowieka. Myślę, że z takich spotkań, czasami wręcz „zderzeń czołowych” z tekstem, powstają adaptacje oparte na wspólnocie odczuwania rzeczywistości, a jednocześnie konfrontacji i dialogu dwóch artystów: autora i reżysera. Na taki dialog miałam nadzieję, jadąc do Kalisza.

KOSMOS PRZEDSTAWIENIA

Scenografia „Mistrza i Małgorzaty” zrobiła na mnie wrażenie – dwa okręgi tworzące sceniczny kosmos: jeden zawieszony nad sceną, będący tłem projekcji pięknie funkcjonujących w tej przestrzeni, drugi – ułożony na scenie, nachylony, tworzący swoiste podium dla gry aktorów i jednocześnie ogniskujący ich działania. Wszyscy biorący udział w przedstawieniu są obecni na scenie przez większość czasu, siedząc na ustawionych wokół niego krzesłach.

 

Podobało mi się, jak ta monumentalna, choć minimalistyczna konstrukcja zagrała w przestrzeniach kaliskiego teatru.

„Mistrz i Małgorzata”, reż. Gabriel Gietzky, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, grudzień 2018, fot. Krzysztof Bieliński

Obecność wszystkich aktorów na scenie na początku wydaje się ciekawa, ale z czasem okazuje się, że pomysł ten zdecydowanie przerósł reżysera. Oprócz scenografii i projekcji mocnym elementem przedstawienia jest również muzyka.

Podobnie jak w powieści spektakl rozgrywa się na trzech poziomach, planach. Pierwszy z nich to opowieść o wizycie Wolanda i jego świty w Moskwie oraz ich działaniach, drugi to świat powieści o Piłacie pisanej przez Mistrza, trzeci to historia miłości Mistrza i Małgorzaty – tej ostatniej w kaliskiej realizacji jest najmniej.

Adaptacja Radosława Paczochy, mimo dysproporcji poszczególnych części, pozwala utrzymać dynamikę i spójność przedstawienia, jednak działania sceniczne rozczarowują. Opowieść dotycząca diabelskich harców w Moskwie dominuje spektakl. Momentami bawi publiczność, ale w wielu miejscach możliwości płynące z powieści pozostają niewykorzystane – chociażby w scenie seansu czarnej magii w jednym z moskiewskich teatrów, który w spektaklu staje się przegadanym pokazem lichych sztuczek.

Dużym rozczarowaniem jest również jedna z kluczowych scen: bal, podczas którego splatają się losy Małgorzaty i Wolanda – wątpliwa estetycznie, pozbawiona niemalże ruchu, której głównym elementem jest zastygnięta „płaskorzeźba” złożona z ubranych w kuriozalne kostiumy aktorów.

ZASKAKUJĄCE ROZCZAROWANIA

Po zachwycie scenografią kolejne elementy spektaklu powodują zawód – szczególnie kostiumy i choreografia. Znane powiedzenie mówi, że zawsze można „dowyglądać” to, czego się nie dopowiedziało. W przypadku „Mistrza i Małgorzaty” aktorzy nie mieli takiej szansy.

 

Kostiumy w tym spektaklu to dziwaczny miks stylów i estetyk: począwszy od ubrań współczesnych, przez kiczowate przebrania, na tunikach kończąc.

„Mistrz i Małgorzata”, reż. Gabriel Gietzky, kostiumy: Marta Kodeniec, fot. Krzysztof Bieliński

Nie uzasadniają tego trzy plany przedstawienia ani fakt, że w powieści świta Wolanda ubrana jest co najmniej ekscentrycznie. Wydaje się, że zabrakło pomysłu na niektóre z postaci, a przyjęta estetyka robi z diabelskiej trupy raczej kiczowatą rodzinę Addamsów niż roztaczającą diabelski czar grupę przybyszów z innego świata.

Ruch od pierwszych chwil, kiedy cała aktorska ekipa pojawia się na scenie, robi dziwne wrażenie – aktorzy wykonują zbiorowo gesty zatrzymane w „stop-klatkach”, potem pojawiają się niczym nieuzasadnione elementy taneczne, przerysowana choreografia, która nijak nie przystaje do nowoczesnej, minimalistycznej scenografii.

Może miał to być pomysł umożliwiający zaangażowanie obecnych przez większą część czasu na scenie aktorów, jednak zdecydowanie się nie sprawdził.

Światy wykreowane na scenie nie dają szansy zaistnienia aktorom w wyjątkowo porywających rolach. Ciekawą kreację stworzył Michał Wierzbicki w roli Wolanda, choć brakowało mi w nim niejednoznaczności i pewnej rezygnacji, właściwej w moim wyobrażeniu tej postaci. Mistrz i Małgorzata zbyt późno wkraczają na dobre do akcji, żeby zachwycić. Interesującym zabiegiem jest za to powierzenie roli Jeszui Ha-Nocri Krystynie Horodyńskiej.

PIĘKNO POSTACI

„Mistrz i Małgorzata”, reż. Gabriel Gietzky, fot. Krzysztof Bieliński

W kaliskiej adaptacji najciekawsze były dla mnie te fragmenty, które wiązały się z opowieścią o Piłacie. Choć grane przez aktorów w nieco afektowany sposób, momentami pompatyczne, to jednak decyzja reżysera o obsadzeniu w roli Jeszui starszej kobiety wytworzyła w spektaklu ciekawą przestrzeń interpretacyjną.

 

Krystyna Horodyńska jest w tej roli w pewien sposób bezradna, spokojna i cierpliwa. Jak gdyby grana przez nią postać nie rozumiała do końca, co jej grozi i co się z nią dzieje.

W jej ustach słowa o tym, że wszyscy ludzie są dobrzy, brzmią przedziwnie autentycznie. Nawet pomyłki i przejęzyczenia, kiedy zwraca się do Piłata, wpisują się w charakter tej postaci. Dokonuje się w niej dziwne przesunięcie znaczeń i sensów.

Czytelnicy powieści Bułhakowa przykładają różną wagę do poszczególnych historii w niej przedstawionych. Dla mnie niewątpliwie najciekawszą, najbardziej zagadkową i fascynującą częścią jest właśnie opowieść o Piłacie, dlatego z ciekawością przyglądałam się rozwiązaniom wykorzystanym w kaliskiej adaptacji.

NIESPÓJNOŚĆ WYOBRAŹNI

Plakat spektaklu „Mistrz i Małgorzata”, reż. Gabriel Gietzky, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu

Na konferencji prasowej poprzedzającej premierę „Mistrza i Małgorzaty” w Kaliszu reżyser Gabriel Gietzky powiedział: „Mam zwyczaj niedefiniowania spektakli, ale mam zwyczaj stawiania pytań”.

Po obejrzeniu kaliskiej adaptacji spokoju nie dają mi pytania: jak to możliwe, że ten sam człowiek – reżyser – zdecydował się na tak nowoczesną scenografię i tak anachroniczną choreografię? Jak to możliwe, że ciekawe projekcje i dobra, ambientowa muzyka idą w parze z kiczowatymi kostiumami?

Dawno nie widziałam w teatrze przedstawienia tak niespójnego estetycznie. Czasami zestawienie odmiennych estetyk przynosi zachwycające rezultaty, jednak w tym przypadku wywołuje raczej konsternację, zdziwienie i niedowierzanie – być może podobne do tych, które stały się udziałem widzów seansu czarnej magii w powieści Bułhakowa.

Nie mam poczucia, że twórcy tego spektaklu podjęli dialog z tekstem rosyjskiego pisarza. Nie wiem, o czym dla nich jest ta powieść, co ich w niej fascynuje i co chcieli przekazać, zabierając się za jej realizację. Opowiadanie ze sceny historii, które większość z nas dobrze zna, to chyba dziś za mało, żeby oczarować widza.

„Mistrz i Małgorzata”, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, grudzień 2018.

TEKST: Michaił Bułhakow;
PRZEKŁAD: Andrzej Drawicz;
ADAPTACJA: Radosław Paczocha;
REŻYSERIA: Gabriel Gietzky;
SCENOGRAFIA: Maria Kanigowska;
KOSTIUMY: Marta Kodeniec;
MUZYKA: Marcin Nenko;
RUCH SCENICZNY: Witold Jurewicz, Marlena Bełdzikowska;
WIZUALIZACJE: Tving Stage Design;
KONSULTACJE ILUZJONISTYCZNE: Karol „Carlos” Walerowicz;
OBSADA: Malwina Brych, Agnieszka Dulęba-Kasza, Krystyna Horodyńska, Małgorzata Kałędkiewicz-Pawłowska, Aleksandra Pałka, Bożena Remelska, Izabela Wierzbicka, Zbigniew Antoniewicz, Michał Grzybowski, Jakub Łopatka, Wojciech Masacz, Marcin Trzęsowski, Michał Wierzbicki, Maciej Zuchowicz oraz: Aleksandra Smoliga, Mikołaj Dolata, Piotr Żurawski;
INSPICJENT: Nikola Brojerska

CZYTAJ TAKŻE: Pytania o powstanie. Zapowiedź spektakli „Asymilacja” i „27 grudnia”

CZYTAJ TAKŻE: Temperament teatru, temperament rzeczywistości. Rozmowa z Bartoszem Zaczykiewiczem

CZYTAJ TAKŻE: Marketingowiec z powołania. Rozmowa z Marceliną Hertmann