fot. Mariusz Forecki

Lecąc w otchłań

Jeśli coś nas łączy jako metafizyczną wspólnotę, to przedziwny splot snów o potędze, bohaterstwa i celebrowania klęsk – mówi Cyprian Łakomy, wokalista poznańskiego zespołu In Twilight’s Embrace.

SEBASTIAN GABRYEL: No to odpowiedz mi, proszę, na kultowe pytania: jak to się wszystko zaczęło i o czym są wasze piosenki? [śmiech] A tak na poważnie: lubisz rozmawiać o muzyce In Twilight’s Embrace czy wołałbyś, żeby mówiła sama za siebie?

CYPRIAN ŁAKOMY: Z częścią składu gramy już piętnaście lat, a z niektórymi znam się jeszcze dłużej. Początki wyglądały dość typowo – wszyscy graliśmy w zespołach wywodzących się z poznańskiej sceny metalowej i hardcore punku. W pewnym momencie po prostu znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i czasie, by zrobić coś wspólnymi siłami.

Był to 2003 rok, kiedy zarówno Leszek (gitara) i ja – wówczas jeszcze jako basista – wylądowaliśmy w Over The Edge.

 

Po dwóch latach zespół przemianowano na In Twilight’s Embrace i od tego czasu, z różnymi zmianami po drodze, piszemy swoją historię, a wraz z nią – muzykę o ujarzmianiu świata i samych siebie.

Im jestem starszy, tym bardziej wolę, by nasza muzyka mówiła sama za siebie. Na tym etapie nie potrzeba jej już kunsztownych opisów ani analiz. Spokojnie poradzi sobie bez dodatkowych zapewnień.

Odnoszę wrażenie, że na „Lawie” stoicie w rozkroku pomiędzy death a black metalem. Pozycja niby niewygodna, a jednak wam pasuje jak ulał…

Cyprian Łakomy, fot. Mariusz Forecki

Cyprian Łakomy, fot. Mariusz Forecki

No i sam widzisz, jak silna jest pokusa, by nadawać muzyce nazwy, które moim zdaniem nie dotykają jej istoty. Oczywiście jako doraźne uproszczenie taka charakterystyka spełnia swoją funkcję, choć nie oddaje sporej części treści, które zawieramy w tym, co robimy.

Ogólnie rzecz biorąc, black i death metal to gatunki, których słuchamy najwięcej, choć to tylko nazwy, które w konfrontacji z całym spektrum emocji zawartych w muzyce po prostu brzmią sucho i jednowymiarowo. Obecnie na przykład równie często co płyty Burzum, Doombringer i Deus Mortem kręci się u mnie nowy album Gold i epka Molasses – nowego zespołu Faridy Lemouchi z The Devil’s Blood. Nie wspominając o takich zespołach jak In Solitude, który dzielnie przeciwstawiał się tyranii gatunkowych ram i którego płyty wciąż odkrywam na nowo.

 

A po co „Dziady” takim szarpidrutom jak wy?

Od dłuższego czasu chciałem zrobić coś, co weźmie pod lupę nasz romantyczny pierwiastek. Nie czuję się dobrze z narodowymi kwantyfikatorami, ale uważam, że jeśli coś nas łączy jako metafizyczną wspólnotę, to właśnie ten przedziwny splot snów o potędze, bohaterstwa i celebrowania klęsk. Splot poczucia krzywdy, rozpamiętywania przeszłości i chęci podzielenia się tym doświadczeniem ze światem niczym objawioną prawdą. „Dziady” pomnikowo te aspiracje uosabiają i osadzają w niesamowitym, nadprzyrodzonym kontekście. Stąd decyzja, by uczynić je punktem wyjścia do lotu w otchłań, który dokumentuje „Lawa”.

„Ciary, ciary, ciary” – na tego rodzaju komentarze natrafiam najczęściej, czytając o waszym najnowszym albumie „Lawa”. Wy również czuliście je, siedząc nad tą płytą? Każdy zespół podkreśla przed premierą, że to „najdojrzalszy materiał w naszej karierze”, jednak w waszym przypadku chyba rzeczywiście tak jest.

Z płyty na płytę jesteśmy coraz bardziej świadomymi twórcami. Wiemy, czego chcemy, a także czego na pewno nie chcemy.

 

Powiedziałbym, że jako zespół stale znajdujemy się w stanie twórczej przemiany, a kolejne wydawnictwa – w tym ostatnie – są świadectwami naszego dojrzewania.

Nie wiem, na czym polega dojrzałość w graniu muzyki. Kojarzy mi się z osiągnięciem pewnego constans, sformalizowaniem procesów i ustaleniem sztywnych granic. To kłóci się z moim wyobrażeniem sztuki jako wolnej wypowiedzi.

 

Kilku recenzentów zauważyło, że jako gardłowy nie tylko odważyłeś się na teksty w języku polskim, ale i na okazjonalne – choć bardzo znaczące – czyste wokale. Ile procent roboty wykonujesz ty, a ile reszta chłopaków?

„Lawa” to precedens w naszej dotychczasowej działalności, bo po raz pierwszy muzyka jest dziełem zbiorowym. Każdy z nas jest zaangażowany w tworzenie – od fazy szkicu po finalny utwór. Koncepcja, która legła u fundamentu tego materiału, wyszła ode mnie, natomiast jej przetworzenie na gotowe kompozycje to wynik wspólnego wysiłku.

 

Jaki ustrój obowiązuje w In Twilight’s Embrace? [śmiech]

Cyprian Łakomy, fot. Mariusz Forecki

Cyprian Łakomy, fot. Mariusz Forecki

Nigdy nie było czegoś takiego jak ustrój w In Twilight’s Embrace. Nazwałbym to raczej układem sił, który kiedyś wyglądał po prostu inaczej niż dziś. Dawniej to jeden z nas przynosił niemal gotowe kompozycje, które kosmetycznie aranżowaliśmy i ogrywaliśmy na próbach.

Wraz z „Lawą” porzuciliśmy ten system pracy. Daje nam to większą wolność i możliwość spojrzenia na proces twórczy z wielu perspektyw. Sama praca nad materiałem jest dziś dużo bardziej spontaniczna. W ten sposób każdy z nas jest osobiście odpowiedzialny za to, dokąd zmierzamy, a co za tym idzie – w zespole panuje dużo głębsze poczucie celu.

 

Ktoś zauważył, że gracie bezpretensjonalnie, nie idąc w symfoniczne historie w stylu Dimmu Borgir czy Cradle Of Filth, ale nazwę macie patetyczną jak refreny Queen [śmiech]. Z perspektywy czasu nie żałujcie wyboru?

Są jeszcze dni, kiedy z uśmiechem myślę o naiwnych motywacjach, które kierowały nami przy wyborze nazwy, albo kiedy dziennikarze i promotorzy wciąż piszą „embrance”. Ale później wracam do „tu i teraz” i przypominam sobie, że z roku na rok jesteśmy w stanie wypełniać tę nazwę coraz lepszą treścią.

 

Oglądałeś już film „Władcy chaosu” Jonasa Åkerlunda, opowiadający historię norweskiego black metalu?

Nie widziałem jeszcze, choć pamiętam książkę, która – delikatnie mówiąc – najlepsza nie była. Film obejrzę przy okazji. Nie pali mi się, ale bawi mnie skala negatywnych reakcji i zdziwienia, że Åkerlund upraszcza i czyni temat strawniejszym dla widza kompletnie niezwiązanego z metalowym podziemiem.

 

A w dzieciństwie oglądałeś się bardziej na Norwegię czy Szwecję?

W moim przypadku nigdy nie było wyboru: albo Norwegia, albo Szwecja. Chronologicznie rzecz ujmując, najpierw poznałem brytyjski Venom i ich „Black Metal”, później norweską drugą falę z Burzum i Mayhem na czele, a dopiero później na dobre wsiąkłem w epicki etap twórczości Bathory – od „Blood. Fire. Death” w górę.

Do tej listy dołączali inni przedstawiciele szwedzkiej sceny, jak Dissection czy Marduk, ale również At The Gates czy nawet In Flames z pierwszych płyt. Przy czym mówimy o okresie, który rozgrywał się gdzieś między 11 a 14 rokiem życia. Od tamtej pory obie sceny miały lepsze i gorsze momenty, ale zespoły – zarówno kanoniczne, jak i młodsze stażem – należą do tych, które towarzyszyły mi najczęściej na przestrzeni lat.

Algorytm jednego z muzycznych serwisów sugeruje mi, że najbardziej podobnie do was grają nie tylko wspomniane przez ciebie Dissection, ale też Unanimated i Heaven Shall Burn. Te kapele również miały wpływ na wasze brzmienie?

Nie jestem fanem algorytmów. Był czas, w którym słuchaliśmy każdego z wymienionych zespołów, więc uważne ucho na pewno wychwyci jakieś podobieństwa. Znowu jednak wracamy do nadmiernej skłonności do nazywania, porównywania i ujmowania tego, co robimy w znane ramy. Jebać to, nie interesuje nas naśladowanie kogokolwiek.

 

W takim razie ostatnie takie pytanie [śmiech], tym razem z polskiego podwórka: Turbo czy Kat?

Skoro znów stawiasz mnie w sytuacji zero-jedynkowego wyboru, to mimo ogromnej sympatii do starego Turbo wybieram zdecydowanie Kata. Dlaczego? Bo „trzy szóstki, szóstki trzy – mój i ludzi znak. Poddajcie się, świat był zawsze nasz”.

 

Nieodłącznym elementem życia każdej hordy są koncerty. Jak czujesz się po trasie „Do diabła z Wami” i gdzie będzie można usłyszeć was w najbliższych miesiącach?

Wysiłek włożony w organizację trasy zdecydowanie się opłacił. Zaliczyliśmy najlepsze frekwencje w dotychczasowej działalności, co cieszy tym bardziej, że była to nasza pierwsza headlinerska trasa.

Nie osiadamy jednak na laurach – wkrótce będzie można zobaczyć nas na pojedynczych klubowych i festiwalowych koncertach, a po wakacjach na trasie Ecclesia Diabolica Baltica MMXIX, razem z takimi zespołami, jak: Behemoth, Zeal & Ardor oraz norweskim Whoredom Rife. Zagramy w największych halach sześciu polskich miast i trzech stolic krajów bałtyckich – Tallinna, Rygi i Wilna.

CYPRIAN ŁAKOMY – wokalista poznańskiego zespołu In Twilight’s Embrace założonego w 2003 roku (pierwotnie pod nazwą Over The Edge). Grupa łączy takie gatunki jak black metal i death metal. Zespół wydał pięć albumów studyjnych: „Buried In Between” (2006), „Slaves To Martyrdom” (2011), „The Grim Muse” (2015), „Vanitas” (2017) i „Lawa” (2018).

CZYTAJ TAKŻE: Rebeka „Post Dreams”: Gwiazdy i niespełnione marzenia

CZYTAJ TAKŻE: Poznań jest miastem hip-hopu. Rozmowa z Piotrem Kraśnerem, twórcą projektu Neo Soul / Hip-Hop Live Session

CZYTAJ TAKŻE: Poznańska Wiosna: muzyczna pora roku