fot. Mariusz Forecki

Lubię typy niepokorne

„Jak się nie dostaniesz na dyrygenturę, to cię nie znam” – powiedział młodziutkiej Agnieszce Duczmal profesor Stefan Stuligrosz, u którego śpiewała w chórze. „Startowało dziewięć osób, dostały się dwie: Zygmunt Rychert i ja” – wspomina nasza znakomita dyrygentka. Założycielka i szefowa orkiestry Amadeus właśnie świętuje swoje 70. urodziny.

ADAM OLAF GIBOWSKI: Pamięta Pani swoje pierwsze zetknięcie z muzyką?

AGNIESZKA DUCZMAL: Oczywiście, że tak, miałam cztery lata. Był to koncert Wielkopolskiej Orkiestry Symfonicznej, która przyjechała z koncertem do Krotoszyna, gdzie mieszkałam z rodzicami, pamiętam dyrygował pan Leszek Rezler. Dlaczego zapadło mi to w pamięć? Ponieważ po koncercie wręczałam dyrygentowi bukiecik kwiatów. Proszę mnie natomiast nie pytać o repertuar, jaki zagrała orkiestra, bo tego nie pamiętam.

Niedługo potem muzyka stała się stałą towarzyszką mojego życia, kiedy miałam pięć lat, zaczęłam naukę gry na fortepianie. Potem moja rodzina przeniosła się do Poznania, a ja zostałam uczennicą Szkoły Muzycznej I stopnia im. Karola Kurpińskiego, następnie przyszedł czas szkoły średniej i studiów. Co zabawne, cała moja edukacja muzyczna przebiegła w budynku dzisiejszej Akademii Muzycznej, tam bowiem mieściły się wszystkie szkoły, które ukończyłam.

 

Co sprawiło, że wybrała Pani dyrygenturę?

Jeszcze przed studiami poznałam prof. Stefana Stuligrosza, u którego śpiewałam w chórze. Była to mieszanka jego chóru oraz chóru uczniów szkół muzycznych. Czas szkoły średniej dobiegał końca, zbliżały się egzaminy wstępne do Wyższej Szkoły Muzycznej. Profesor Stuligrosz zapytał czy będę zdawała? Odpowiedziałam, że oczywiście zamierzam stanąć do egzaminów wstępnych na dyrygenturę symfoniczną. Profesor bardzo się zdziwił. Powiedział wówczas, że wysoko stawiam sobie poprzeczkę, ponieważ jest dużo zgłoszeń, także od osób, które wcześniej kończyły inne wydziały. Mnie to nie zrażało, mimo wszystko uważałam, że to są właściwe studia dla mnie.

Agnieszka Duczmal, fot. Mariusz Forecki

Agnieszka Duczmal, fot. Mariusz Forecki



Zaintrygowany moim postanowieniem Profesor Stuligrosz wyznaczył mi dzień, w którym miałam przedstawić mu moją wizję I Symfonii Beethovena. Tak też się stało.

Takich lekcji odbyło się kilka, terminy egzaminów były coraz bliższe, a Profesor po jednej z lekcji powiedział mi: „Teraz wyjeżdżam z chórem za granicę, przed tobą egzaminy, a jak się nie dostaniesz na dyrygenturę, to cię nie znam”. Startowało dziewięć osób, dostały się dwie – Zygmunt Rychert i ja. Na wszystkich latach dyrygentury studiowało sześć osób. Dostałam się do klasy prof. Witolda Krzemieńskiego.

 

Jaka muzyka pasjonowała studentkę Agnieszkę Duczmal?

Przede wszystkim klasyczna. Natomiast jak każdy młody człowiek słuchałam różnych zespołów, które w tamtym czasie uchodziły za dobre i modne, a także Kabaretu Starszych Panów, Grechuty i jazzu. To był czas znakomitych big-bandów, jednym z nich byli Sami swoi, z którymi się zaprzyjaźniłam na festiwalach studenckich Fama. Na jednej Famie popełniliśmy wykonanie piosenki Krzysztofa Knittla. Zagraliśmy z Magda Umer „Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie”.

 

Pozostały przyjaźnie z tamtych lat?

Pozostała na pewno przyjaźń z Krzysztofem Knittlem i jego pierwszą żoną Weroniką Szrajber, świetną skrzypaczką. Zaprzyjaźniliśmy się również ze Staszkiem Firlejem, znakomitym wiolonczelistą. Pozostało we mnie wiele wspomnień, ale i prawdziwych przyjaźni, nie sposób wymienić wszystkich.

 

Jako młoda dyrygentka rozpoczęła Pani pracę w poznańskim Teatrze Wielkim, wtedy – Operze Poznańskiej. Jak wspomina Pani tamten czas?

Z operą miałam do czynienia od wczesnej młodości, ponieważ przez kilka lat mój ojciec Henryk Duczmal był wicedyrektorem Opery Poznańskiej. W tamtym czasie praktycznie codziennie oglądałam spektakle, choćby jeden akt, wtedy połknęłam operowego bakcyla. Kiedy po studiach skończyłam asystenturę w filharmonii, dostałam się do opery. Byłam korepetytorem chóru, prowadziłam próby zespołowe z solistami, poznałam świat opery od podszewki. Z czasem dostałam pierwsze spektakle oraz premiery. Uważam, że to była znakomita szkoła warsztatu dyrygenckiego, które wiele wniosła w mój rozwój artystyczny. W operze pracowałam dziewięć lat.

 

Jakie dokonania artystyczne z tamtego okresu ceni Pani najbardziej?

Udało mi się zrobić kilka wspaniałych tytułów. Dokonałam polskiego prawykonania „Snu nocy letniej” Benjamina Brittena, a także przygotowałam premierę jednej z najcudowniejszych oper – „Rigoletto” Giuseppe Verdiego. Wraz z zespołem baletowym pracowałam nad baletem Prokofiewa „Romeo i Julia”. To były moje sztandarowe premiery i z łezką w oku o nich myślę do dziś.

 

Świat opery znacznie różni się od innych dziedzin działalności muzycznej, w dużej mierze zawdzięczamy to śpiewakom. Jak wspomina Pani ówczesny zespół?

Największą gwiazdą, z jaką się zetknęłam, była niekwestionowana primadonna poznańskiego teatru – pani Antonina Kawecka. Wspominam ją niezwykle czule. To były moje pierwsze kroki w operze. Wyznaczono mi próbę z pianistką Krystyną Kujawą oraz śpiewaczką Antoniną Kawecką. Pamiętam moje obawy i przerażenie, szłam na tę próbę i myślałam sobie, co ja, młoda osoba, mogę mądrego powiedzieć doświadczonej i cenionej śpiewaczce, którą pamiętałam od dziecka? Myślałam sobie, że pewnie będzie markować, nie potraktuje mnie poważnie.

Jakież było moje zdziwienie! Weszłam do sali, pani Kawecka już czekała, przywitałyśmy się. Krystyna Kujawa zaczęła grać, a Antonina Kawecka całą próbę śpiewała pełnym głosem, oczekując ode mnie uwag, co mnie nieco deprymowało, ale wszystkie uwagi, które padły z mojej strony, przyjmowała, potraktowała mnie poważnie. Tamta próba była dla mnie wspaniałą lekcją pokory i profesjonalizmu.

 

W ciągu ponad 50. lat pracy artystycznej, spotkała się Pani na estradzie z wieloma wybitnymi artystami. Kogo szczególnie Pani zapamiętała?

Z największym rozrzewnieniem wracam we wspomnieniach do Gary’ego Karra, którego występ z naszą orkiestrą był niezwykle brzemienny w skutkach. Ten wspaniały kontrabasista spowodował, że nasz zespół przestał mieć sztywny i nabożny niemalże stosunek do muzyki. On nas rozluźnił. Gary Karr pokazał nam, że muzykowanie jest dobre i autentyczne tylko wtedy, kiedy damy się porwać muzyce, kiedy wnikniemy w jej wnętrze.

Agnieszka Duczmal, fot. Mariusz Forecki

Agnieszka Duczmal, fot. Mariusz Forecki

 

Muzyka nie jest świętością, wobec której trzeba stać na baczność. Jeżeli muzyka jest żartem, to właśnie tak trzeba ją traktować i grać.

Znajduję tu pewne pokrewieństwo z teatrem. Proszę sobie wyobrazić aktora, który gra komedię, a tekst roli podaje w sposób taki, jakby recytował monolog Hamleta. Gary Karr opowiadał nam o swoim dziadku, który bił go po łapach, kiedy podczas ćwiczeń grał co prawda czysto, ale bez właściwych emocji. Pytał „Dziadku, ale dlaczego?”, dziadek odpowiadał „Ponieważ zagrałeś obojętnie te nutę, a ona coś znaczy!”. To było odkrycie innego świata, dlatego też Gary zajmuje szczególne miejsce w naszych sercach i tych wszystkich, którzy go pamiętają. Wszyscy członkowie orkiestry, którzy przyszli do orkiestry po tym koncercie, znaleźli inny zespół, niż był on na początku. Znaleźli dyrygenta, który zupełnie inaczej zaczął postrzegać muzykę.

 

Jesienią 1992 roku Amadeus zagrał koncert w słynnym Teatro alla Scala w Mediolanie. A Pani była…

…pierwszą kobietą, która zadyrygowała na tej słynnej scenie, to prawda. Dowiedziałam się o tym fakcie od garderobianej. Po koncercie przyszedł do mnie dyrektor teatru i powiedział, to, co wcześniej usłyszałam od niej. Odparłam na to: „tak wiem, powiedziała mi o tym garderobiana”. A on odrzekł: „Och, przecież zakazałem im o tym mówić, żeby nie zestresować pani przed występem”.

Agnieszka Duczmal, fot. Mariusz Forecki

Agnieszka Duczmal, fot. Mariusz Forecki

Po przyjeździe, pierwsze co zrobiłam, to weszłam na scenę, żeby popatrzeć i poczuć ducha tych wszystkich, którzy na tej scenie występowali. To mnie odprężyło i mogłam oddać się w pełni muzyce. Na drugi dzień po koncercie przechodziłam obok La Scali, a z naprzeciwka szła wielka śpiewaczka Montserrat Caballe. Zatrzymała mnie i powiedziała: „Przepraszam maestra, byłam na wczorajszym koncercie i chciałam pani pogratulować, był to piękny koncert”.

 

Swoje 70. urodziny uczci Pani koncertem jubileuszowym, z Amadeusem wystąpi Ivo Pogorelić.

Myślę, że to nieprzypadkowy wybór. Pogorelić jest nie tylko artystą wybitnym, ale też kontrowersyjnym. Przypomina mi się październikowy koncert orkiestry z młodym pianistą Georgijem Osokinsem, także kosmatą duszą muzyczną.

Lubi Pani grać z takimi solistami?

Tak, lubię typy niepokorne. Tacy artyści mają do powiedzenia zawsze coś niebanalnego i osobistego. Nie ma jednego ideału wykonawczego, każdy ma swój i warto konfrontować swoje wizje z innymi, taki ferment jest konieczny. Czasami, kiedy myślę o muzyce, kojarzy mi się ona ze wspinaczką górską. Otóż nie ma jednej drogi na szczyt, każdy znajduje swoją, a często bywa i tak, że jeden szczyt zdobywamy kilka razy. Tak samo jest z muzyką, wiele utworów wykonujemy wiele razy i za każdym razem to wykonanie jest inne, znajdujemy nowe ścieżki i drogi dojścia. Myślę, że Ivo Pogorelić zaproponuje nam nową i ciekawą ścieżkę na szczyt Koncertu fortepianowego f-moll Fryderyka Chopina.

 

Koncert jubileuszowy „Z mojego życia” odbył się 10 stycznia o godz. 18 w auli UAM. Wystąpiła Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod batutą Agnieszki Duczmal, solista wieczoru – Ivo Pogorelić

 

SŁUCHAJ TAKŻE: Zamieniam się w słuch #41: Agnieszka Duczmal

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #2

CZYTAJ TAKŻE: Moja Wielkopolska 2018: Imigranci, tradycje i codzienność