fot. Materiały redakcji

Ludzie zamiast bóstw: Płonąca Mumia i Otwarta Starołęka

Płonąca Mumia gra muzykę wolności. Zespół istnieje już trzy lata, choć w tym przypadku wypada raczej mówić o oddolnie tworzonym kolektywie muzycznym. Niedawno zagrali na otwarciu wystawy „Pokój na świecie zaczyna się przy rodzinnym stole” w CK ZAMEK.

MUMIA PŁONIE

Mumia płonie, a w procesie spalania uwalnia się oczyszczająca energia wieloosobowego zespołu, posiadająca w sobie coś z hinduskiego bóstwa Śiwa, będącego symbolem unicestwienia i odnowy. „Muzyka etniczna niesie ze sobą «boską energię»” – pisała jednym z felietonów Agata Diduszko-Zyglewska. Jednak słuchając Płonącej Mumii, można odnieść wrażenie, że znacznie istotniejsza jest międzyludzka energia.

Wchodzący w skład zespołu muzycy osiągają harmonię i równowagę dzięki wiedzy tajemnej na temat chaosu i rozpadu będącego częścią metabolizmu – tak każdej materialnej istoty, jak i społeczeństw. Bez aspiracji do miana muzycznej awangardy lepiej się wspólnie dryfuje, a ryzyko pretensjonalności maleje.

Za pomocą dźwięku muzycy improwizują rytuały przejścia przez mroczne labirynty destrukcji, stanowiącej nieodłączną część funkcjonowania w systemach społecznych, które generują opresyjne mechanizmy przystosowawcze. Społeczny komponent dźwięku to ważny klucz do wsłuchiwania się w transowe przeplatanie efemerycznych dialogów między muzykami z momentami ich akceptowanej pasywności i szczerej nieproduktywności – terapeutyczne ogniwo w żywiole relacyjności.

Kiedy empatia spotyka się z poszukiwaniem harmonii, a do uczciwie wybijanego rytmu kolejno dołączają solowe występy, ciekawość dla wygrywanej przez Płonącą Mumię potrzeby wzajemnego rozpoznania oraz integracji wzrasta.

 

Pokazuje, jak być częścią większej całości w sposób bardziej naturalny, bez presji idealnego dopasowania.

Takie muzyczne doświadczenie stanowiło część otwarcia trwającej właśnie w Centrum Kultury ZAMEK wystawy „Pokój na świecie zaczyna się przy rodzinnym stole”, gdzie muzycy towarzyszyli artystom i artystkom wizualnym w próbie zmierzenia się z pytaniem o wolność w Polsce dziś. Piszę o nim ze świadomością pozycjonowania muzyków poza instytucjonalnymi ramami, wymuszającymi zarządzanie emocjami i kontrolę nad twórczym procesem.

 

Aby przetrwać, grając muzykę wolności, Płonąca Mumia musi oczywiście wokół nich oscylować, jak też nauczyć się wkupywać w łaski rynku. Ta sprzeczność, a raczej nieuchronność prędzej czy później właściwa każdej awangardzie sprawia zresztą, że muzyczne katharsis może przeszywać nas do szpiku kości z wiarygodnością z życia wziętą. Nie życzę jednak Płonącej Mumii komercyjnego sukcesu na miarę celtycko-pop-folkowych wagabundów z The Kelly Family, którym udało się opakować formułę spontanicznego rodzinnego muzykowania na tradycyjnych instrumentach w dobrze sprzedający się produkt.

Życzę im, aby na fali odczuwanej dziś silnej potrzeby wspólnotowości uczynili z komponowania i rytmu przekonujący przekaz o dodawaniu sobie nawzajem otuchy – przez ludzi systemowo nieprzystosowanych i wybieranych przez nich alternatywnych modelach życia, w których oblicze niedoskonałości czy pęknięć w społecznych relacjach nie jest pokrywane pudrem ułudy, a jedność i zgranie osiąga się metodą prób i błędów, nienarzuconych z góry, gotowych rozwiązań.

KIM SĄ CI LUDZIE?

Zespół istnieje już trzy lata, choć w tym przypadku wypada raczej mówić o oddolnie tworzonym kolektywie muzycznym, posiadającym skład stały oraz rotacyjny. Wyrasta z posthipisowskiego środowiska poznańskich bębniarzy i perkusjonistów – Anety Budzińskiej i Wojtka Dziamskiego „Dziamola”, z którymi do tej pory grali: Paweł Wojdecki „Guzik”, muzyk znany z takich poznańskich zespołów, jak: Abacua, Bumtarara, Uado Taraban, Ratan Plan czy Republika Czadu (wokal, gitara elektryczna, bębny); Paweł Gołębiewski „Gozno” (bębny, perkusjonalia), znany również z zespołu Bastion; Krzysztof Kaczmarek „Hans”, członek zespołu Ras (bębny, trąbka); Zbigniew Kędzia „KenJah” (gitara basowa), legenda poznańskiej sceny muzycznej, występujący z takimi zespołami jak Gedeon Jerubbaal, Inity Dub Mission czy Republika Czadu; Ewa „Wiosna” Małas, artystka wizualna i performerka, grająca na saksofonie; Żaneta Jaeschke (wokal); Piotr Piechocki „Pedro don Comasso” (wokal, bębny, perkusjonalia) oraz Dawid Gołębiewski „Oz” (gitara elektryczna).

W trakcie występów Mumii gościnnie występowali również Marta Zawrocka (ukulele, wokal), Stanisław Pav (instrumenty klawiszowe, gitara) oraz Mieszko Łowżył, uczestnik feministycznego projektu Chór Czarownic (bębny, perkusjonalia, ukulele, wokal).

 

Płonąca Mumia dawała koncerty w przestrzeniach Otwartej Starołęki, nieistniejącym już Centrum Amarant na Jeżycach czy – niedawno – w przestrzeniach KontenerART-u.

Z transowymi, folkowo i etnicznie zaprawionymi utworami o brzmieniach nawiązujących do kultur różnych stron świata wpisali się również w programy takich kulturotwórczych wydarzeń, jak np. Ostoya Festival (2017) na Kaszubach czy Festiwal XXX lat Teatru Klinika Lalek, którego siedzibą jest Stacja Wolimierz na Pogórzu Izerskim.

Ponieważ kolektywowi bliskie jest życie w zgodzie z naturą, o czym świadczy sympatia dla imprez świętujących jej żywioły, najbliższe plany to występy w ramach Festiwalu Jedności Duszy i Ciała w Okonku, promującego postawy holistyczne oraz miłość do matki Ziemi.

DOM KULTURY NA OUCIE

autorka: Agnieszka Nowak

Sercem hybrydowej formacji są jednak bębniarze, również organizatorzy wspomnianej już Otwartej Starołęki, na której warto się chwilę zatrzymać. Jest to podpoznański, nieoficjalny Dom Kultury – miejsce twórczych działań, nadal niezbyt społecznie rozpoznawalne na kulturalnej mapie Poznania, połączone z przestrzenią życiową na tak zwanym oucie.

Dom mieści się na spadzistym rzecznym terenie, dla którego kontekst urbanistyczny kreśli zabudowa nawiązująca do peerelowskiej kostki, a elementy pejzażu (po)industrialnego i wiejskiego przeplatane są supermarketami i przydrożnymi kapliczkami. Równie osobliwy jest panujący tam społeczny mikroklimat, w którys z uwagi na położenie na rubieżach miasta niejako wpisany został duch rekreacji.

Ukorzeniona we wschodnim wybrzeżu Warty Otwarta Starołęka sąsiaduje z polem paintballowym, po którym biegają zamaskowane postacie z karabinami naładowanymi nabojami z farbą.

 

Kontrast wynikający z tak bliskiego sąsiedztwa pacyfistów i komercyjnej rozrywki o militarnym podtekście sprawia, że trochę trudno uwierzyć, aby ta druga mogła w kimkolwiek wyzwalać pozytywne emocje.

Otwarta Starołęka zajmuje przestrzeń, w której niegdyś mieścił się punkt gastronomiczny oraz wytwórnia wag szalkowych. Otoczona jest labiryntami podwórzy, gdzie składowane są materialne zasoby, niezbędne do samodzielnego funkcjonowania dwójki ludzi, których połączyła wspólnota życiowych wyborów.

Drzwi otworzył Dziamol. Człowiek o życzliwym wyrazie twarzy pokazał część warsztatową, w której zajmuje się wyrobem bębnów (cajuny) i stolarką, oraz mieszkalną wypełnioną konstrukcjami DIY. Z sufitu wyrastają asamblażowe lampy autorstwa Ewy „Wiosny” Małas, podkreślające sympatię gospodarzy dla użytkowych form rzeźbiarskich. Na środku pokoju niczym kościelne organy wznosi się antresola z umocowanym u góry niebieskim filtrem, o którym Aneta napisała wiersz afirmujący podniebny charakter rękodzielniczej sypialni.

Aneta ma wyrazistą energię. Chętnie pokazuje foldery z dokumentacją kilku wystaw, jakie zorganizowali wspólnie z Dziamolem, kiedy jeszcze mieli do dyspozycji przestrzeń hali, której utrzymanie okazało się jednak zbyt kosztowne dla nieformalnej organizacji (odbyła się w niej m.in. wystawa „Tabu” prezentująca fotografie Zbigniewa Libery, Krzysztofa „Cyś” Nowaka, Piotra Wręgi, Tomasza Warzyńskiego). Na zdjęciach często pojawia się Libera, który ofiarował swoje prace na aukcję wspierającą Otwartą Starołękę, czy Jerzy Truszkowski, performer i kurator związany z początkami nurtu sztuki krytycznej w Polsce, a także muzyk, który w latach 1982–1989 działał z artystyczną grupą audiowizualną NAO Sternenhoch, tworząc muzykę postindustrialną.

Aneta opowiedziała o wizycie Jana Wiktora Soroko, który w oprawie wizualnej wykonanej przez „Wiosnę” i złożonej z kolorowych neonów mówił o podobnej do Otwartej Starołęki inicjatywie muzycznej Multikulti działającej w Chicago.

Wnętrze całego domu przypominało mi „Merzbau Kurta Schwittersa, a zatem dadaistyczny prototyp żywego, rzeźbiarskiego środowiska mieszkalnego, które stało się marką artysty i którego druga wersja notabene spłonęła w pożarze. Jednak jest to niewątpliwie „Merzbau” na miarę ponowoczesnych czasów. Każdy urządza go, jak chce, a kredyt konsumpcyjny bynajmniej nie jest do realizacji marzeń konieczny.

Piętrzące się wszędzie bębny świadczyły o najważniejszej w życiu pary – materialnej wszechobecności muzyki. Ponieważ niewielu ludzi ma dziś odwagę rzucić wszystko i podążać za głosem wewnętrznego rytmu, to właśnie ta dominanta wystroju przestrzeni sygnalizowała najwyraźniej odpór poukładanemu mieszczańskiemu stylowi życia, gdzie wszystko musi być na tip-top.

Uruchamiając pokoleniową wrażliwość, coraz częściej dostrzegam, że za tym, co gustowne, nowoczesne, kosztowne, stoją pseudowartości, symptomy chorobliwego zarżnięcia i społecznego izolacjonizmu, w który nasze aspirujące potransformacyjne społeczeństwo same siebie wpędziło.

REMEDIUM NA TRAUMĘ SUKCESU

Abstrahując od kontekstu popularnych fascynacji wątkami muzyki etnicznej czy folkowej, warto zastanowić się, skąd dziś bierze się zainteresowanie muzycznymi społecznościami, które cieszą się sporą popularnością – tak w polskiej historii kultury popularnej, jak i alternatywnej.

Powodem tego może być fakt, że obecnie ma miejsce wzmożony proces weryfikacji opresyjnych mechanizmów wolnego rynku, promujących postawy indywidualistyczne, które w rzeczywistości wolnorynkowej pojawiły się bezrefleksyjnie, stanowiąc odpowiedź na kryzys kolektywnych form społecznych, kojarzonych z bezwzględnym podporządkowaniem interesów jednostki partii komunistycznej. W trzeciej dekadzie od upadku komunizmu coraz gorliwiej jednak szukamy lepszych wzorców organizacji społecznego świata niż te, które redukują troskę do dobrostanu jednostki i jej biologicznej rodziny.

Słuchamy Płonącej Mumii oraz zaglądamy na poprzemysłowe przedmieścia do Otwartej Starołęki – ciekawi performowania społecznego procesu – sami będąc w procesie poszukiwania kulturowych, ekonomicznych i ekologicznych zasad społecznej przebudowy. Słuchamy i zaglądamy, gdyż potrzebujemy dobrych praktyk wytwarzania wiedzy włączającej, wymiany pokoleniowych doświadczeń oporu przed naciskami, które pozbawiają nas impulsów bezinteresownej przyjacielskiej interakcji.

Warto zatem pamiętać, że dla wielu przedstawicielek i przedstawicieli pokolenia obecnych 40- i 50-latków skok w brutalny kapitalizm lat 90. był szokiem, z którym cześć poradziła sobie, właśnie dostrzegając w muzyce remedium na traumę przedsiębiorczości, społecznego prestiżu i sukcesu.

Część pokolenia obecnych 30-latków dostrzega z kolei konieczność wzięcia odpowiedzialności za świat w rozsypce, doceniając wymianę bóstw, na które zawsze można zrzucić winę za katastrofy i kataklizmy, na ludzi, którzy zazwyczaj są ich sprawcami. Nawet w muzyce wybrzmiewa wyraźna potrzeba wymiany wyniszczającej energii związanej z doskonaleniem i rywalizacją – na tę, która obniża bariery i zbliża światy.

 

 

 

CZYTAJ TAKŻE: Darcie szat o Poznań: między feministycznym etosem a patosem zachowawczym

CZYTAJ TAKŻE: Długie postscriptum do końca świata

CZYTAJ TAKŻE: Nocne motyle bez wieści na wystawie „Lochy Arsenału”