fot. Agnieszka Zdziabek

Maski Lema

"Intrygowały mnie zdeformowane ciała obcych w powieściach Lema. Od początku wiązałam ten wątek z jego studiami medycznymi. Lem zastanawia się nad procesem, który prowadzi do przemocy. W kilku jego utworach racjonalni naukowcy postanawiają wycelować głowice nuklearne w dopiero co poznanych obcych. Tylko w ten sposób umieją radzić sobie z lękiem." - o biografii i twórczości Stanisława Lema z Agnieszką Gajewską autorką książki pt. "Zagłada i gwiazdy" rozmawia Maciej Kijko.

Maciej Kijko: Cztery lata temu, nakładem Wydawnictwa Naukowego UAM, wyszła twoja książka „Zagłada i gwiazdy” o twórczości Stanisława Lema. Kiedy ją przejrzałem, wpierw prawdę mówiąc byłem zaskoczony. Jako namiętny czytelnik Lema ucieszyłem się, że napisałaś o jego prozie coś nieoczekiwanego, a z drugiej strony ta perspektywa była dla mnie zupełnie nowatorska. Mimo że czytałem jego pierwsze powieści realistyczne, cykl „Czas nieutracony” i esej autobiograficzny „Wysoki zamek”, to wydawały mi się one zupełnie osobne względem jego zasadniczej twórczości fantastycznej, która – intelektualnie bardzo złożona – wychodzi mocno w przyszłość. Ty tymczasem tę perspektywę wywróciłaś, pokazując po pierwsze, że jest ciągłość pomiędzy jego pisarstwem bardziej realistycznym i biograficznym, a fantastycznym. Po drugie, pokazujesz, że fantastyczne, przyszłościowe teksty Lema są bardzo mocno zanurzone w przeszłości. Jak na to wpadłaś?

Agnieszka Gajewska: To nie był mój pierwszy pomysł na książkę. Początkowo myślałam o postkolonialnej wymowie jego powieści. O astronautach jako konkwistadorach, o podboju obcych i niszczeniu ich cywilizacji.

 

MK: Jeszcze inny trop!

AG: Lem to bardzo ciekawy pisarz. W jego prozie można znaleźć jeszcze wiele nieomówionych tematów. Intrygowały mnie zdeformowane ciała obcych w jego powieściach, wiązałam ten wątek od początku z jego studiami medycznymi. W kilku utworach racjonalni naukowcy postanawiają wycelować głowice nuklearne w dopiero co poznanych obcych. Tylko w ten sposób umieją radzić sobie z lękiem.

 

MK: Tak było w „Fiasku”.

AG: Tak, w „Fiasku”, tak było też w „Solaris”, w którym ocean storpedowano promieniowaniem i od tego momentu w bazie zaczęły pojawiać się fantomy. Pod tym względem interesował mnie też „Eden”. Zresztą naukowcy w „Głosie Pana” przez przypadek także zostają zaangażowani w projekt broni masowej zagłady.

Niemniej moje myślenie o prozie Lema zaczęło się zmieniać. Jeszcze w pracy magisterskiej odnotowałam anegdotę o pogromie Żydów i nie wiedziałam zupełnie, co z nią zrobić. Chodzi o tę z  „Głosu Pana”, dotyczącą Rappaporta, która okazała się wspomnieniem Lema z okupacyjnego Lwowa, o czym wtedy nie wiedziałam. Wytrąciło mnie to zupełnie z równowagi. Wydawało mi się, że tak mogą opowiadać o tych wydarzeniach wyłącznie osoby, które coś takiego przeżyły, a jeśli opowiada to ktoś z zewnątrz, to może brzmieć jak niestosowny żart. Wtedy sobie z tym nie poradziłam, ale nie przestałam o tym myśleć.

 

Agnieszka Gajewska, fot. Agnieszka Zdziabek

Agnieszka Gajewska, fot. Agnieszka Zdziabek

Problem unicestwienia, zagłady, strzelania do obcych to popularny temat science fiction, jednak u Lema jest on bardzo ciekawie rozwiązywany. Interesowały mnie jego pytania o ontologię bytów.  Naukowcy w jego powieściach pytają siebie nawzajem, czy Obcy są zwierzętami, czy też istotami myślącymi. Czy można ich zabić bezkarnie, czy też nie. I kto będzie o tym decydował. Chciałam na ten temat napisać.

Interesowały mnie też eksperymenty medyczne i jako feministkę oczywiście płeć, w tym kontekście zwłaszcza „Maska” i „Solaris”. A ponieważ dostałam wtedy na napisanie książki grant – takich książek zresztą nie da się napisać bez grantu – mogłam wyjechać, zaplanować liczne kwerendy, żeby wszystko dokładnie posprawdzać. Postanowiłam napisać porządną historycznoliteracką książkę, która zaczynałaby się, jak wstępy do tomów z serii Biblioteki Narodowej. Czyli urodził się, pochodził z rodziny, wychowywał się w środowisku i tak dalej.

 

MK: To chyba ci nie wyszło. Na szczęście.

AG: Nie do końca, ale metoda takiego skrupulatnego sprawdzania okazała się efektywna. Już we Lwowie okazało się, że dwa obszerne wywiady z Lemem nie odpowiadają na pytania, które mnie interesują. Lem stosuje w nich uniki, wędrujemy od anegdoty do anegdoty, a niewiele dowiadujemy się o człowieku. Bardziej mi one przeszkadzały, niż pomagały w moich poszukiwaniach. Stwierdziłam, że jeśli tyle osób zajmuje się Lemem, to muszę zrobić coś nowego, czyli po prostu poszukać dokumentów. Po raz pierwszy podjęłam taką archiwalną pracę i szybko zauważyłam, jak niewiele jest dokumentów, które potwierdzają jego wersję. Nie chodzi nawet o to, że kłamał, tylko o to, że okupacja i zmiana granic w Europie wiązała się też ze zniszczeniem archiwaliów.

Ale bez grantu – to chciałabym jeszcze raz podkreślić – takich książek się nie pisze. Żaden naukowiec nie zarabia tyle, by prowadzić na własną rękę tak rozległe badania. Byłam trzy razy we Lwowie i jeszcze do niego wracałam. Korzystałam z pomocy osób, które tam mieszkają przez kilka lat. Takie wsparcie jest potrzebne, zwłaszcza kiedy w archiwum informują, że teczka będzie dostępna za pięć, a inna za dziesięć dni i prace się przeciągają. W IPN-ie na jeden dokument czekałam siedem miesięcy.

W recenzjach mojej książki pisano, że pojechałam do Lwowa i wszystko odkryłam w tamtejszych archiwach. Tymczasem - sprawdzając tam informacje z „Wysokiego Zamku”, który jest esejem autobiograficznym i z wywiadów - nic nie znalazłam.

 

 

Z moją przyjaciółką ze Lwowa starałyśmy się odtworzyć topografię wywiedzioną z powieści Lema, poświęciłyśmy temu mnóstwo czasu, odwiedzałyśmy nienazwane w książkach miejsca, typując je i poszukując śladów. I wszystko na próżno. Pojechałam nawet do cały czas czynnego szpitala psychiatrycznego w Kulparkowie, co było wstrząsającym przeżyciem. Sprawdziłyśmy też księgi chrztów kilku parafii, nic nie znajdując.

W końcu w mojej wyobraźni ta topografia uległa przesunięciu na inną dzielnicę: anegdota z dzieciństwa nie toczyła się za Operą, ani za teatrem obok, a za tym, który był w dzielnicy żydowskiej. W „Wysokim Zamku" nie ma nazw, są tylko sugestie. Dla osób, które pochodziły ze Lwowa, to wszystko było zapewne czytelne. Na szczęście o Lwowie są już książki, które dotyczą konkretnych ulic. Musiałam wówczas wrócić - po trzech tygodniach niezbyt owocnych poszukiwań - do Polski, ale wtedy właśnie moja przyjaciółka znalazła wpis o wpłatach na rzecz gminy żydowskiej z nazwiskiem Samuela Lema, ojca pisarza. Od tego momentu mogłam zacząć poszukiwać śladów z przeszłości. 

 

MK: Tych, można powiedzieć, zatarć śladów.

AG: Tak. Jednak wstrząsnęło mną, że wiele dokumentów, których poszukiwałam, można odnaleźć za darmo w archiwach online. Dzięki pracowniczkom z Archiwum Akt Dawnych nauczyłam się z nich korzystać. Zdołałam ustalić różne dane na temat rodziny Lemów dzięki kilku organizacjom, które zeskanowały dokumenty i umieściły je w Internecie. Mimo tego ułatwienia była to bardzo żmudna praca.

 

MK: Czyli odkrycie Lema podsunęło ci trop, o czym możesz pisać?

AG: Tak. Z daty jego urodzin można się było domyślić, że był świadkiem zagłady Żydów. W ten sposób właśnie opowiadał o tym w wywiadach. Co oczywiście jest prawdą, ponieważ był świadkiem morderstw, pogromów i wywózek. Jednak był też ofiarą. Musiałam więc sięgnąć do opracowań historycznych i dowiedzieć się, jak przebiegała okupacja we Lwowie, z czego nie zdawałam sobie wcześniej sprawy. Nie obchodzimy przecież w Polsce rocznicy wybuchu powstania w getcie lwowskim, choć właśnie tam umieszczono głównie polskich obywateli. 

 

Jest coś takiego w badaniach nad Zagładą, że gdy to wszystko już wiesz i zapamiętasz, zostajesz kustoszem pamięci po zamordowanych. I kiedy przeczytałam jeszcze raz „Czas nieutracony”, zdałam sobie sprawę, że jest to jedno z nielicznych świadectw na temat życia Żydów w czasie okupacji we Lwowie.

A potem, czytając jeszcze raz powieści fantastyczne, odnajdywałam te same motywy. Trzeba było jedynie spojrzeć na nie z innej strony. To nie tak, że Lem umieszczał tam wyłącznie swoje przeżycia albo wydarzenie historyczne. Wiadomo jednak skądinąd, że czytał po wojnie wiele na ten temat, był świadkiem procesów norymberskich, więc śledził tę historię. Często wspomina o tym w listach do przyjaciół.

 

MK: No właśnie, w dużym stopniu opierasz się na korespondencji Lema z przyjaciółmi, z tłumaczem na angielski, Michaelem Kandlem, która akurat przynajmniej w części jest wydana.

AG: Jednostronnie. Lema do Kandla.

 

MK: I piszesz, że w tej wymianie listów coraz bardziej się odkrywał, zdejmował ze swojej biografii maski, co też pozwoliło identyfikować tropy tak skrzętnie pozacierane.

AG: Lem, jak wielu Żydów w jego sytuacji, na pewno miał trudności, żeby identyfikować się ze wspólnotą żydowską po wojnie. Jego wspólnota lwowskich Żydów została - wraz z ogromną częścią jego żydowskiej rodziny - zgładzona. Po wojnie podlegał procesom, którym podlegali ci, którzy nie wyemigrowali, czyli stopniowo ukrywał swoje pochodzenie. Trudno być częścią jakiejś społeczności, jeśli tej społeczności nie ma. W połowie 1947 roku ze społecznością żydowską identyfikowało się w Krakowie trochę ponad sześć tysięcy osób, a około dwa tysiące z nich mieszkało wcześniej w tym mieście Nie tylko Lem miał kłopot, żeby to wyartykułować, ponieważ wtedy w Polsce nie było nikogo, kto chciałby tę pamięć kultywować. Krótko po tym, gdy przyjechał do Krakowa, miał miejsce pogrom krakowski, potem był pogrom kielecki. Nie mógł czuć się bezpiecznie.

 

MK: To wydaje mi się takie frapujące i w istocie zagadkowe. Czy sięgnął po kostium fantastyczny, żeby opowiadać wciąż o przeszłości? Jak myślisz, co wpłynęło na taką decyzję, bo zaczynał przecież od realistycznych powieści?

AG: Zaczynał od tych powieści, ale nie mógł ich wydać. Trzeba pamiętać, że „Szpital Przemienienia” czekał na wydanie siedem lat. A pozostałe części „Czasu nieutraconego” pięć. Kiedy ukazały się, Lem był już rozpoznawalnym autorem dwóch powieści science fiction. Na pewno więc decyzja o pisaniu powieści fantastycznonaukowych mogła być podyktowana odrzuceniem realistycznych powieści.

 

MK: W których przeszłość mogła być zbyt na wierzchu…

AG: Grzegorz Niziołek twierdzi, że po wojnie po prostu nikt nie czekał na takie utwory. Wszyscy mówili: wiemy to, widzieliśmy, po co nam o tym opowiadasz. Realistyczne przedstawienia nie miały terapeutycznej, wstrząsającej mocy. Poza tym cenzura bardzo dbała o to, by w twórczości realistycznej pojawiało się podziemie związane z komunistami ratującymi Żydów. Lem musiał się z tym liczyć i popadał w konflikty na różnych poziomach pamięci, trudno się więc dziwić, że wybrał kostium fantastyczny.

Gdyby miał napisać, jak wyglądała okupacja z jego perspektywy, to musiałby napisać o krwi spływającej po ulicach Lwowa i o niewielu Żydach, ukrywających się po tak zwanej aryjskiej stronie, którym ktoś chciał pomóc. Naprawdę trudno było wówczas myśleć o  jakiejkolwiek szansie na przetrwanie.

 

Zagłada i gwiazdy, Agnieszka Gajewska, fot. Wydawnictwo Naukowe UAM

"Zagłada i gwiazdy", Agnieszka Gajewska, fot. Wydawnictwo Naukowe UAM

Musiałby też napisać o zaangażowaniu ludności polskiej i ukraińskiej w Zagładę lwowskich Żydów. Dzisiaj też to jest problem, a co dopiero w czasach stalinowskich.

Po opublikowaniu książki dostawałam listy z wszystkich stron świata, w tym od osób, które strzegą pamięci konkretnego kraju. Kiedy czytam w obcym języku, że jestem agentką Mosadu, zmanipulowaną przez niektóre książki, albo że nie zdaję sobie sprawy, jak wiele krzywdy zrobili komuniści Polakom, lepiej rozumiem to wycofanie. Pisząc o przeszłości, wikłasz się w teraźniejsze konflikty polityczne. Niby zdawałam sobie z tego sprawę, ale ten styk trzech pamięci narodowych trochę mnie czasami przerasta emocjonalnie.

 

MK: Chcąc nie chcąc, zaangażowałaś się w konflikt pamięci.

AG: Tak, w konflikt historyczny, bo nadal nie napisaliśmy na przykład wspólnego podręcznika do historii -  z lat 1939–1945 - z Ukraińcami. Taką próbę podjęła Ola Hnatiuk, która wydała książkę o ukraińskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, zatytułowaną "Odwaga i strach". To jest próba przełamania pewnych stereotypowych ujęć i sposobów myślenia, ale to nadal nie jest wspólny podręcznik. Mamy wiele przejmujących świadectw wzajemnej, ponadnarodowej i ponadwyznaniowej pomocy zgromadzonych w archiwach, ale mamy też takie tradycje, jak getto ławkowe. A w nim nie mogli uczestniczyć Ukraińcy, bo ich na uniwersytecie lwowskim było niewielu. Nie przyjmowano ich przecież w ramach represji polskiego państwa za ich dążenia niepodległościowe. Cokolwiek o tym styku napiszesz, wikłasz się w otwarty konflikt, także z historykami.

 

MK: Czyli Lem, nie mogąc powiedzieć otwartym tekstem, co się zdarzyło naprawdę, przybrał kostium i tę pamięć przepisywał w przyszłość i w inne realia?

AG: To, co mnie bardzo zainteresowało u Lema, to jego postawa. Nie był oskarżycielem. Nie interesował go rozrachunek z ludźmi, których znał i którzy przyczynili się do śmierci jego bliskich. Te motywy, które odnajdywałam w jego prozie, uparcie powracające, skupione są na emocjach, afektach. I Lem jest bardzo konsekwentny w tych opisach emocji ofiar, co znaczy, że być może te doświadczenia są jego doświadczeniami. Czyli opuszczamy poziom rozmowy o przeszłości, skrzętnie sprawdzając daty i statystyki, do czego próbują mnie zmusić przeciwnicy mojej książki, których skądinąd nie jest znowu aż tak wielu. Wkraczamy zaś do świata pełnego emocjonalnych reakcji na okupacyjną przemoc. 

 

MK: Do poziomu tego, co w ciele się może nawet zachowało. Bo poświęcasz trochę miejsca w swojej książce reinterpretacji – dość daleko idącej – „Pamiętnika znalezionego w wannie”. Kiedy czytałem tę powieść, dość wyjątkową w twórczości Lema, była ona dla mnie kafkowska. Świat tam przedstawiony był absurdalny, ale też odczuwałem niemalże fizycznie ciasnotę przestrzeni, gęstość, ciężar uwikłania narratora w niezrozumiałą rzeczywistość. W tym momencie znalazło to swoje osadzenie. Nie jest to relacja z faktów, ale oddanie pewnej świadomości życia w ciągłym osaczeniu i niewiedzy, co przyniesie jutro. Podobnie zresztą ma się sprawa z twoją reinterpretacją „Edenu”. Bardzo cenię tę powieść, ona silnie oddziałuje, gdy idzie o pokazanie mechanizmów władzy, okrucieństwa wykluczenia, a jednocześnie w twoim odczytaniu odnalazłem – w tym momencie oczywiste – nagle rozbrzmiałe echo świata podzielonego na dwoje, rozerwanego. To wydało mi się odkrywcze, że ten kostium jest tak łatwy do zdjęcia. Przypomina mi się ten fragment wypowiedzi Lema, który przytaczasz, że ci, co wiedzą, czytają to zupełnie inaczej niż ci, co nie wiedzą.

AG: Przede wszystkim myślał o żydowskich znajomych. Michael Kandel udostępnił mi swoje listy do Lema, które ciekawie tę kwestię naświetlają. Lem inaczej rozmawiał z ludźmi, którzy byli związani z żydowską tradycją. Rozmawiając z Kandlem, nie mógł już stosować tych wszystkich wybiegów. A Kandel starał się dowiedzieć, dopytać, zrozumieć.

Dla mnie zadziwiające było to, że ta korespondencja jest wydana, tyle osób czytało ją przede mną i nikt tego nie wykorzystał. Ale być może trzeba to czytać pod pewnym kątem, żeby coś zobaczyć. Skupiłam się na tym, by pokazać, że Zagłada jest przedstawiona w „Pamiętniku znalezionym w wannie” za pomocą kilku scen, które dotyczą emocji, gównie lęku, osób ukrywających się.

 

Podobnie jest ze zmysłami. Postacie widzą morderstwo, ale bez fonii. Mogą obserwować, ale nie słyszą, co mówią ofiary, a co napastnicy. Czasami dochodzą do nich jakieś głosy, ale boją się wyjrzeć, aby zobaczyć, co się dzieje. Słyszą dokładnie sceny konania. Albo czasami tylko i wyłącznie czują zapach. Palonych ciał, na przykład. Z tych zmysłowych wrażeń muszą sobie zrekonstruować, co się wydarzyło.

Tak jest właśnie zbudowany „Pamiętnik”. Postacie muszą się domyślać, co się dzieje za ścianami, odkrywają podobieństwa między szkieletem a osobą, z którą niedawno rozmawiały.

Ten aspekt medyczny też mnie zainteresował. Zastanawiałam się, jak to było studiować medycynę w czasie okupacji i tuż po niej. Kiedy się widzi wszechobecną śmierć i później jeszcze czyta, co zrobił Mengele w Oświęcimiu. Gdy zaczynasz to badać, to wszystko robi się o wiele bardziej przerażające. Zadałam sobie na przykład pytanie o to, co się stało z preparatami pozostałymi po tych bestialskich eksperymentach, niemającymi nic wspólnego z medycyną i nauką, które próbowały udowodnić coś, czego udowodnić się nie da? Nie uzyskałam jednoznacznych odpowiedzi.

Część, jak się dowiedziałam, została komisyjnie spalona w krematoriach, ale część – „najciekawsze preparaty" – zachowano. Są w różnych miejscach, czasami można je zobaczyć. I wydaje mi się, że dla Lema to też było istotne: pytanie, jak działa postęp naukowy, jeśli wiemy, że za nim stoi zbrodnia ludobójstwa.

A jednocześnie jest w jego twórczości wiele nieoczywistości. W dodatku jego bohaterowie nie mają jasnej tożsamości narodowej, podobnie jak ich oprawcy. 

 

MK: Nie przystaje to do schematów.

AG: Tak, szczególnie do takich, które chciano by wykorzystać politycznie, za to przystaje do doświadczenia. Wiemy dzisiaj, że nawet wielcy przeciwnicy Żydów potrafili ich ratować dziesiątkami, a byli tacy, którzy, mimo szumnych deklaracji, w niczym nie pomogli. Wiemy, że to były bardzo złożone sytuacje, które, miejmy nadzieję, nigdy nie będą naszym udziałem.

 

MK: Wspomniałaś, że pewne karty leżały już na stole, wystarczyło je podjąć. Dziwisz się, że nikt przed tobą tego nie zrobił. Przecież wszyscy widzieli, że jabłka spadają, ale potrzeba było Newtona.

AG: W bardzo dobrej pozycji sytuuje mnie to porównanie, jednak myślę, że nikt nie chciał tego napisać, skoro sam Lem nie powiedział otwarcie, że jest Żydem. Nikt nie chciał naruszać tej delikatnej materii.

 

MK: O to właśnie mi chodzi, o specyfikę tej pamięci – wszystko jest na wierzchu, niektórzy wiedzą, a musi się pojawić ktoś, kto przełamie pewne tabu, pewien niepisany zakaz.

AG: On zostawiał wiele śladów w swojej korespondencji, w swoich tekstach, które czytało wielu ludzi.

 

MK: Inteligentnych ludzi.

AG: Dla Kandla to było zadziwiające, że żydowska tradycja w twórczości Lema nadal wzbudza w Polsce emocje. To było dla niego oczywiste. A mnie się zdaje, że to może być efekt wielowiekowego życia razem, na jednej przestrzeni. Polacy i Żydzi upodobniali się do siebie w tym, co jedli, jak się ubierali. Byli dla siebie nieodróżnialni, jeśli tylko nie była to ortodoksyjna rodzina mówiąca w jidysz. Tamten świat został unicestwiony, ale ten wspólny istnieje nadal. Przeżyli przecież prawie wyłącznie Żydzi zasymilowani. Współtworzą wciąż polską kulturę. To też świadectwo wielowiekowej asymilacji Żydów z Polakami we Lwowie.

 

MK: Jaki był rezonans twojej książki? Wspominałaś wcześniej o tych listach pisanych w różnym tonie, które dostajesz.

AG: Środowisko lemologów w Polsce jest miernikiem w tym przypadku i mogę powiedzieć, że została przyjęta dobrze. Brałam udział w spotkaniach przy okazji wydania biografii Lema pióra Wojciecha Orlińskiego i innych. Jeśli pojawiały się głosy krytyczne - a te zwykle zapamiętuje się najlepiej - to dotyczyły mojej interpretacji groteskowych utworów Lema, z cyklu „Dzienników gwiazdowych”. Uznawano, że to nieprzekonujące, że nie mam poczucia humoru, że na siłę wtłaczam je w jakiś schemat interpretacyjny, że czytam je z już założoną tezą.

Tymczasem w nich, wydaje mi się, Lem znalazł sposób, by powiedzieć to, co wydaje się niemożliwe do opowiedzenia. Mamy trudność w mówieniu o naprawdę tragicznych wydarzeniach, na przykład o śmierci dzieci.

 

 

Agnieszka Gajewska, fot. Agnieszka Zdziabek

Agnieszka Gajewska, fot. Agnieszka Zdziabek

Wielu ludzi, którzy przeżyli Zagładę, nie było w stanie nic o tym fragmencie własnej biografii powiedzieć, inni mówili o tym wciąż - czy ktoś chciał słuchać, czy nie.

Rzadko było tak, że zrobili coś podobnego jak Lem, czyli opowiedzieli tę historię w taki sposób, że wydaje się możliwa do zaakceptowania, oprócz tego, że jest nie do przyjęcia.

W latach siedemdziesiątych Lem pisał, że chodzi mu o literaturę, która działa, która ma performatywną moc oddziaływania. I jeśli gdzieś mu się to udało, to w moim odczuciu właśnie w tych groteskowych tekstach. Na tych interpretacjach musiałam skończyć pisanie, bo to było zbyt wyczerpujące i obciążające. Nie chodziło mi zresztą o to, żeby pokazać, że ta przeszłość przeziera wszędzie, z każdego utworu. Kryterium wyboru utworów, które interpretowałam, było to, co mnie najbardziej poruszyło, co było dla mnie najbardziej czytelne. Napisał do mnie pewien badacz z Niemiec, że odnalazł tego rodzaju wątki w innych utworach i co ja na to. Zapraszam, chętnie przeczytam.

 

MK: Ale teraz kończysz już kolejną książkę o Lemie. Tym razem biografię. Czy to pisanie jest tak samo wyczerpujące?

AG: Rzeczywiście już po napisaniu „Zagłady i gwiazd”, zanim jeszcze tom się ukazał, zostałam zaproszona przez Wydawnictwo Literackie do napisania biografii Stanisława Lema. W którymś momencie spostrzegłam, że zgromadzonych materiałów mam tak dużo, że coś z tym trzeba zrobić.

 

Chciałam napisać tę biografię ze względu na ojca Lema, którego postać fascynuje mnie od lat. Ale świat nie czeka na biografię Samuela Lema, a być może część czytelników czeka na kolejną biografię jego syna Stanisława, bo przecież Wojciech Orliński napisał już taką wcześniej.

Wydawnictwo, w ramach przygotowań do setnej rocznicy urodzin Lema, zaproponowało mi napisanie biografii. Byłam wprawdzie wyczerpana pisaniem, sama zakładałam, że będę pisała tę biografię pięć, sześć lat, spodziewałam się, że właśnie tyle zajmie porządne uporządkowanie i opracowanie dokumentów, ale podjęłam to wyzwanie, zachęcona też sposobem opieki, którą zapewniło mi wydawnictwo i mój wydział. Ta praca szła szybciej, bo wiedziałam, czego i gdzie szukać. Pisało mi się też lepiej, zwłaszcza do okresu okupacji. Nawet wkroczenie Armii Czerwonej i pierwszy rok studiów Lema nie by taki trudny do opisania. Być może też z tego względu, że przyjęłam metodę drobiazgowego badania detali. Obserwacji tej biografii z bardzo bliska i umieszczania jej w kontekście wydarzeń historycznych.

Zadawałam sobie też pytania: a co, jeśli się pomylił o dzień, o dwa lata i opowiada o zupełnie innym zdarzeniu? Kiedy opowiadał o czymś w latach osiemdziesiątych, łatwo było o pomyłkę. I w kontekście tego wszystkiego, co dzieje się obecnie w szkolnictwie wyższym, muszę powiedzieć, że bez niewielkich opracowań historyków, dotyczących drobiazgów, wydarzeń jednego dnia, szczegółowej rekonstrukcji dokumentów – czyli bez takich tekstów, na które świat anglojęzyczny nie czeka, ale które wyjaśniają nam, co się wydarzyło w naszej historii powojennej – być może nie potrafiłabym zrekonstruować szeregu dni z życia Lema, o których on już w latach osiemdziesiątych nie pamiętał. Dzięki ich pracy można wypełnić luki niepamięci albo niewiedzy, która była wtedy, kiedy się te wydarzenia działy.

 

Dla mnie więc, ten drugi rok, który spędzam na pisaniu, bez urlopów i wakacji, jest przygodą z historią dwudziestego wieku. Oglądaną trochę z boku przez zasymilowanego Żyda, ale też próbą wyobrażenia sobie codzienności tamtego okresu.

Teraz, kończąc tę biografię, mierzę się z życiem Lema w pomarcowej Polsce. Z tą tragedią, jaka dotknęła nas, zamieszkujących ten kraj, czyli rozkładem wspólnoty po 1968 roku. Uderzyło to w Lema. Tak bardzo, że stracił nadzieję, że jest w stanie pisaniem cokolwiek zmienić, wywrzeć jakiś wpływ. Czuł się zgnębiony, przestał pisać. W jego korespondencji z tamtego czasu jest dużo zniechęcenia i depresji. Nie jest łatwo o tym czytać.

 

 

To, czego staram się uniknąć, to powtarzanie anegdot, które wszyscy już znamy. Udało mi się odnaleźć na przykład parę korespondentek Lema, przeczytać ich listy, w czym oczywiście pomogli mi i Tomasz Lem i Wojciech Zemek, jego sekretarz. Czyli będzie tam więcej kobiet, niż zazwyczaj przy omawianiu Lema się pojawia.

Osobą, którą też chciałabym wydobyć z cienia Lema, jest jego żona, Barbara. Dzięki rodzinie udaje mi się zrekonstruować jej historię i historię ich związku. Można zobaczyć Lema na przecięciu więzi emocjonalnych, ale też dostrzec, jak niewielkie jest to środowisko. To też smutne doświadczenie Lema: poruszanie się w kręgu osób najbardziej zaufanych, niewychodzenie z domu. Doświadczenie odludka, samotnika. Kogoś, kto zajmuje się pisaniem, ale stara się nie utrzymywać kontaktów ze światem.

 

MK: Czyli twoja biografia, a jedna już przecież jest, będzie bliższa prawdy?

AG: Nie, dokumentu. Z Wojciechem Orlińskim wspieramy się w swoich poszukiwaniach, mamy do siebie zaufanie. Przeczytałam jego biografię z dużą przyjemnością, ale teraz już do niej nie sięgam, żeby nie zostać uwiedzioną sposobem pisania kogoś, kto jest zafascynowany od dzieciństwa Lemem.

Moja droga do Lema była inna. Nie czytywałam fantastyki w młodości. Dotarłam do Lema poprzez filozofię nauki. Poza tym Wojciech Orliński jest dziennikarzem z  temperamentem, ja jestem badaczką historii literatury.

 

I w związku z tym staram się wykreślać swoje interpretacje, staram się osiągnąć równowagę pomiędzy życiem pisarza, a historią. Pokazać, że wybory Lema były ograniczone okolicznościami zewnętrznymi.

W latach czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i później musiał podjąć różne trudne decyzje dlatego, że były takie a nie inne warunki polityczne. Nie mógł ich zignorować, gdyby to zrobił, zagroziłby bezpieczeństwu swojej rodziny. Chcę zachować równowagę między biograficznymi wydarzeniami a historią i tym, co było dla niego najważniejsze, czyli twórczością.

Ciekawe jest jego zdanie na temat tego, która z jego powieści jest najlepsza. Gdy napisał „Pamiętnik znaleziony w wannie”, uważał, że jest lepszy od „Solaris”. Później wszystko już było lepsze od „Solaris”... Pomyślałbyś, że najlepsza jest „Wielkość urojona"? On tak myślał, przynajmniej przez jakiś czas. Docieram do wielu materiałów, które nie były jeszcze wykorzystane. Do korespondencji z Herbertem i Słonimskim, a także z pisarkami science fiction.

 

MK: Czyli te biografie będą się uzupełniały.

AG: Tak. W Polsce utarł się pewien sposób mówienia o Lemie. Wiele osób, które zetknęły się z Lemem, ma w pamięci anegdoty z nim związane. I dla tych młodych ludzi, którzy dzisiaj są niekiedy uznanymi profesorami, takie spotkanie z osobą niezwykle inteligentną, mającą dużo polotu i poczucia humoru musiało być znaczące. Moja droga do Lema, jak wspomniałam, była inna. Moja biografia będzie zakłócać ten sposób mówienia o Lemie.