fot. M. Lapis, na zdjęciu Michał Grudziński

Dalej niż bliżej: Michał Grudziński

Pięć obrazków. Z Michałem Grudzińskim rozmawia Anna Kochnowicz-Kann.

Michał Grudziński tak często udziela wywiadów, że wydawać by się mogło, iż opowiedział o sobie już wszystko.

Mówi bez oporów, sam dba o dramaturgię, ma na podorędziu mnóstwo anegdot, zatem nic dziwnego, że chętnych do słuchania zawsze jest wielu, a w ubiegłym sezonie okoliczności szczególnie takim spotkaniom sprzyjały, bo świętował – przesuwane przez pandemię – pięćdziesięciolecie pracy artystycznej.

Co ciekawe: niemal całe życie zawodowe związał z jednym teatrem, Teatrem Nowym w Poznaniu.

 

Państwową Wyższą Szkołę Teatralną ukończył w 1970 r. w Warszawie, pod kierunkiem Jana Świderskiego, i to on mu podpowiedział Poznań. Ale Poznań miał być tylko na sezon, na chwilę, a potem powrót do stolicy, gdzie czekało na niego miejsce w Teatrze Ateneum i  asystentura u „Świdra”. Stało się inaczej. Rodzinna poznańskość go wciągnęła. Najpierw Teatr Polski, potem Nowy. Izabella Cywińska tworzyła zespół. Było to na tyle ważne, że odrzucał propozycje filmowe. Cywińska po latach nazwała go „budowniczym teatru”.

Spotkaliśmy się, kiedy jubileuszowa wrzawa opadła – w Kiekrzu, w domu, w którym mieszka, na strychu pełnym wspomnień – by uzupełnić jego portret o mniej znane szczegóły, bardziej z życia człowieka niż artysty.

 

Wejście na strych jest utajnione: trzeba otworzyć klapę w suficie, ściągnąć drabinkowe schody i wspiąć się na górę, stawiając ostrożnie stopy na wąskich stopniach. I wtedy wkracza się do innego świata. Pełno w nim rekwizytów i pamiątek. Piętrzą się, mnożą, na pierwszy rzut oka tworząc chaos, ale nie – gospodarz doskonale pamięta, gdzie co odłożył, czym przykrył.

 

„Tu każdy przedmiot ma swoją opowieść – tłumaczy. – To moja historia. Popatrz: tam stoi maszyna do szycia mojej mamy, a tu przedwojenna maszyna do pisania ojca i teczki z jego artykułami, tu laski – kilka kupiłem na pchlim targu i wykorzystałem na scenie, ale ta jest mojej mamy, a tamte babki i dziadka – bardzo ciekawa, tak zwana „obronna”, giętka… Kolekcja zegarków nad twoją głową to moja słabość, dwa są rodzinne.”

 

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Tam meksykański kapelusz, a obok maska z Wenecji, karnawałowa. Ten hełm z rogami to z wyjazdu do Szwecji z Zenkiem Laskowikiem. A tu afisze premierowe, zdjęcia… Poznajesz, kto to? Tak, to Jan Świderski, mój Mistrz. W głębi są kostiumy teatralne. Zachowałem kilka, oczywiście za zgodą dyrekcji. Na przykład mundur oficera carskiego z „Trzech sióstr” Czechowa. Reżyserował Janusz Nyczak.

„Lubię to miejsce. Kiedyś tu przygotowywałem swoje role. Teraz już rzadziej, bo też i mniej gram. Ale ciągle lubię usiąść w fotelu pod oknem, włączyć muzykę, podumać.”

 

„Tak, to cały mój świat… Nie umiem rozstać się z żadnym przedmiotem. Ten stosik z prawej – wskazuje palcem, tym charakterystycznym, trzecim, podpatrzonym kiedyś u Świdra – to moje kieszonkowe kalendarze. Mam tu zapisane wszystkie próby, spektakle, spotkania… Tyle wspomnień!”

 

No to porozmawiajmy o tym świecie – proponuję – o tych przedmiotach i o tym, co przywołują… I tak powstał pomysł na ten wywiad.

 

Obrazek 1: POŻÓŁKŁA KARTKA I LOCZEK

 

Z brązowej skrzyneczki – starej, zamykanej na kluczyk – wyciąga pożółkłą, złożoną na pół kartkę. Pasek szeroki na jakieś dwanaście centymetrów, długi może na dwadzieścia pięć. Kładzie przede mną. A obok maleńkie drewniane pudełeczko wielkości wizytownika, z misterną intarsją: z jednej strony centralnie umieszczono herb rodzinny, z drugiej – ozdobne „G” jak Grudziński. W środku skręcony jasny pukiel włosów.

 

„To moje loczki – wyjaśnia. – Obciął mi je Jacuś, kuzyn, kiedy miałem niecałe dwa latka i siedziałem na nocniku. Mama je przechowała. A to pudełeczko zrobił jej brat jeszcze w oflagu. Użył, jak widzisz, różnych kawałków drewna. Tu są, zobacz, kościane zawiasy, zamknięcie było takie samo, ale gdzieś się zgubiło. A to – rozkłada kartkę wyjętą wcześniej  – wyciąg z mojego aktu urodzenia: Grzymała-Grudziński Michał, syn Romana i Tomiry Marii – czyta. – Znalazłem go niedawno.”

 

Anna Kochnowicz-Kann: Urodziłeś się 8 lutego 1944 roku.

Michał Grudziński: We wtorek. Podobno tego dnia przychodzą na świat urodziwe dzieci.

 

AKK: Twój tata był dziennikarzem, tak?

MG: Dziennikarzem i pisarzem. Wydał kilka książek.

 

AKK: Masz je? Czytałeś?

MG: Tak, tam gdzieś leżą.

 

AKK: Dobre?

MG: Przyprawiają o rumieńce. To romanse. Były odważne jak na tamte czasy. Myślę, że opisywał w nich swoje pierwsze małżeństwo, z którego zresztą miałem przyrodnią siostrę, Ewunię, szesnaście lat starszą ode mnie. Krysia Feldman opowiadała, że czytała te jego powieści pod ławką, kiedy chodziła do szkoły. Z wypiekami na twarzy. Bo pisał o… prezerwatywach.

 

AKK: Twoja mama poznała go w muzeum.

MG: I tak, i nie. Któregoś razu, na początku wojny, zjawił się w jej rodzinnym domu; dziadek go przyprowadził i zakomunikował, że tu zamieszka. Dlaczego tak się stało, nie wiem. Chciał mu oddać pokój jednego z synów – obaj akurat byli na froncie – ale mama temu się sprzeciwiła i ulokowała w służbówce.

Po jakimś czasie skojarzyła, że zna go z Muzeum Narodowego – że widziała jego portret, namalowany przez profesora Piotra Chmurę, na wystawie w 1939 roku, i nawet się go przestraszyła, bo wisiał tuż za drzwiami, bardzo nisko, wyłaniał się trochę znienacka, a obraz był ogromny, siedząca postać, niemal jeden do jednego… Zajmuje teraz kawał ściany w salonie. Tak go ciągnę ze sobą po różnych miejscach przez całe życie.

 

AKK: Z powodu portretu przyjęła oświadczyny?

MG: Mama akurat rozstała się z baronem Reinhardtem. Dała mu kosza, bo – jak to mówiła – „się puścił”, ale kochała go chyba do końca życia i nawet pojechała do niego już w wieku dojrzałym. Po wojnie mieszkał pod Paryżem…

A ojciec, można tak powiedzieć, zjawił się w odpowiednim momencie. Ślub brali w Warszawie. A potem ja się urodziłem. I dwa razy uratowałem ojcu życie. Tak mi się wydaje. Raz, kiedy przewoził granaty w moim wózeczku pod materacykiem, na którym leżałem i drugi raz w Zakopanem, już po powstaniu.

 

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

W Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu, zatrzymał go esesman, mogło się to źle skończyć, na szczęście tak się mną zachwycił – byłem taki śliczny „nordischer Typ” – że nie sprawdził, czy mam coś pod pupą, a w Zakopanem Niemcy zabierali mężczyzn z domów do kopania rowów, czy jakichś innych prac, ojciec udawał umierającego, mama coś opowiadała nienaganną niemczyzną, ja mocno płakałem, czym przyciągnąłem uwagę i ojca zostawili.

AKK: Bardziej byłeś zżyty z mamą niż z ojcem.

MG: No, ojciec jakoś był obok. Że tak powiem: nie świecił mi przykładem mężczyzny… On był takim trochę bon vivantem, pisywał wiersze do zeszytów i nic nie wydawał, ciągle jeździł do sanatorium, nieustannie oszczędzał…

Kiedyś kupił mi rower. Marzyłem o nim, miałem wtedy szesnaście lat. Pamiętam, kosztował 1222 zł. Po pewnym czasie powiedział:

 

„Mireczko, wiesz, ja oszczędzam, to…”.

 

No i mama mu oddała pieniądze. Taki był mój tata… Dom utrzymywała mama.

 

AKK: Skończyła Sorbonę…

MG: Ekonomię i historię sztuki. Miała przejąć po babce Dom Mody przy placu Wolności w Poznaniu. Ale wojna wszystko zmieniła. Po wojnie pracowała w Cepelii, przez chwilę projektowała kostiumy do opery, a potem kapelusze. I bardzo dobrze jej to wychodziło. Modystki z całej Polski zjeżdżały do niej. W końcu postanowiła, że sama będzie też je szyć. Pamiętam ją ciągle przy maszynie. Od rana do wieczora.

 

Obrazek 2: TORBA

 

Na strychu są jeszcze miejsca dodatkowo utajnione. Zza sekretnych drzwi Michał wyciąga torbę. Nic specjalnego: czarna, niewielka, z dwoma uszami, zamykana na błyskawiczny zamek. Dziś byśmy ją nazwali „weekendowa”, bo pomieści najwyżej dwie zmiany odzieży.

 

„To torba mojej mamy – tłumaczy. – Miała ją w szpitalu. Nie otworzyłem jej ani razu od trzydziestu dwóch lat, odkąd umarła. Nie potrafię. Do końca nie wiem, co jest w środku… Pewnego dnia przyszedłem ją odwiedzić, jak codziennie, a jej już nie było. „Jest torba, niech pan ją weźmie…” – powiedzieli. I to wszystko. Co jakiś czas chcę zajrzeć do środka, ale nie potrafię się przełamać. To przykra historia. Zaraz pojawia się obraz mamy z tych ostatnich dni przed śmiercią.”

 

AKK: Mama wróciła do Poznania pod koniec życia. Przywiozłeś ją z Katowic.

MG: Opiekowałem się nią dosyć krótko, kilka lat zaledwie, bo mogłem ją sprowadzić dopiero wtedy, kiedy dostałem większe mieszkanie, w teatralnej willi. Wcześniej zajmowałem malutki pokoik.

 

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Miała już kłopoty z pamięcią, chyba początki Alzheimera, czasami uciekała z domu. Bardzo żałuję, że nie mogłem jej przywieźć wcześniej. Jeździłem do niej, kiedy tylko mogłem. Całe dnie czekała na telefon ode mnie. Jej opiekunka o tym mi opowiadała. No, nie są to zbyt miłe wspomnienia.

AKK: Wróćmy do czasów wcześniejszych… Cieszyła się, że zostałeś aktorem?

MG: Tak, bardzo! Wiesz, jak już zamieszkała ze mną, to bardzo często prosiła, bym ją zabrał do teatru. Siadała w pierwszym rzędzie – świetnie słyszała, ale bardzo źle widziała – i z takim uśmiechem prowadziła głowę, jakby śledziła mój ruch na scenie; nic nie było ważne, inni aktorzy, mama całą uwagę skupiała na mnie.

 

A jak coś mówiłem, uśmiech jeszcze bardziej rozkwitał. Cały czas wodziła za mną prawie nic niewidzącym wzrokiem… Mama… Kochała mnie nad życie…

Prawdę mówiąc, ta jej wielka miłość trochę mnie w życiu poturbowała: musiałem się nauczyć, że ludzie nie zawsze są dobrzy, że nie wszyscy są jak ona. W sumie naiwności nie pozbyłem się do dziś… Wiesz, jak klęła, kiedy była doprowadzona do ostateczności? „Cholewcia!”. Właśnie tak… To był cudowny człowiek. Czuły, wrażliwy, pracowity, po prostu… ideał.

 

Obrazek 3: MORUS

 

Zdejmuję ze ściany stare zdjęcie w brązowej ramce. Portret psa. Szczęśliwego. Wywalony język, uśmiechnięte oczy. Patrzy prosto w obiektyw. Zdjęcie czarno-białe, ale pies też był czarny, jak się okazało. Przypomina nieco owczarka niemieckiego – neue deutsche schefer.

 

„Przywiozłem go z NRD – wspomina Michał. ­– Był ostatni z miotu, z opadającym uchem. Nie planowałem wtedy psa, ale Morus został ze mną. Przeżyliśmy razem prawie szesnaście lat. To był ostatni Morus w rodzinie. W dzieciństwie miałem same Ciapki, a potem, od czasów szkockiego terriera, właśnie Morusy, i każdy czarny.”

 

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Żaden nie był jednak jak ten ostatni. Mój wielki przyjaciel. Niby pies, ale ten potrafił rozmawiać ze mną. Rozumiał mnie, chwalił mi się różnymi swoimi dokonaniami, na przykład jak pokonał innego psa, starego wilka, na placu za teatrem. Psi filozof. Strasznie kochał wolność. Mój charakter. Miał dużo taktu. Czasami jego nadmiar mu przeszkadzał. Ja też nieraz chętnie zareagowałbym mocniej. On mnie rozumiał, wyczuwał moje nastroje, po swojemu pocieszał, kiedy tego potrzebowałem, współczuł. Wszędzie go zabierałem.

„Miał swoje miejsce w samochodzie. Jeśli nad morzem go spuściłem ze smyczy i w porę zawołałem, to wracał – niechętnie, ale jednak; jeśli z komendą się spóźniłem, a on zdążył przekroczyć ustanowioną przez siebie granicę posłuszeństwa, po swojemu przepraszał i uciekał. Wiedziałem, że za jakieś pół godziny będzie przy mnie… No, musiał się wyszaleć czasami. Ale raz wypuścił się tak daleko, że ledwo doczołgał się z powrotem. A potem cichutko przepraszał. Długo mógłbym o nim opowiadać. Dopóki go nie poznałem, nie wiedziałem, że zwierzęta mogą być tak inteligentne.”

 

Obrazek 4: TRZECIA CZĘŚĆ NOCY

 

Plakat w kolorze ochry. Białą kreską, konturowo wyrysowana twarz bez oczu, z krwawą raną na policzku. Na środku tytuł ułożony w pionie: „Trzecia część nocy”, z lewej strony informacja, że reżyserem jest Andrzej Żuławski, a autorem zdjęć Witold Sobociński. Z prawej dwa nazwiska aktorów: Małgorzata Braunek i Lech Teleszyński. Rok 1971.

 

„A wiesz, że to ja miałem grać główną rolę? – Michał się zamyśla na moment. – To Wajda zdecydował inaczej; był opiekunem artystycznym filmu i wskazał na Leszka. No, nie miałem urody amanta, nadawałem się bardziej do ról charakterystycznych.”

 

AKK: To był pierwszy film Żuławskiego – chciał ciebie i później. Zagrałeś we wszystkim, co zrealizował w Polsce. Film jednak ciebie nie porwał…

MG: Ja zawsze powtarzałem, że nie ruszałem się z Poznania, bo bałem się, by ktoś nie odkrył, że się jąkam.

 

AKK: A tak naprawdę?

MG: Byłem bardzo nieśmiały. Budowałem swój obraz inaczej, rzecz jasna, że taki „hej do przodu”, bawidamek, nawet się napiję… Nieprawda! Na imprezach powygłupiałem się pół godziny i zwiewałem. Zawsze uciekałem od tłumu. Od dziecka.

A z Żuławskim udało się chyba dzięki Małgosi Braunek, która była na moim roku w szkole teatralnej i zaprosiła go na nasz dyplom. Wtedy zaproponował mi rolę. I powiem ci, że jak po latach ten film oglądam, to za dwie sceny wcale się nie wstydzę. Zwłaszcza, że przecież byłem dopiero co po szkole. Potem dostawałem inne propozycje, mówiłem o tym Izie Cywińskiej, a ona ciągle powtarzała:

 

„Chrzanić kino – my tu Teatr robimy!”…

 

No i robiliśmy cudowny teatr.

 

AKK: Dobre usprawiedliwienie…

MG: Prawdę mówisz. Ale – wiesz – ja też specjalnie nie paliłem się do filmu. Teatr dla aktora to kwintesencja zawodu. Tu masz czas, żeby przygotować się do roli, zbudować ją, omówić z reżyserem. W serialu dostajesz tekst dwa dni wcześniej, żadnej próby, tylko ustalamy, kto co mówi i kiedy. W filmie bardzo często się obsadza „po warunkach”. W teatrze masz wyzwania.

 

AKK: A ty lubisz budować role linearnie, po kolei… zgodnie z przebiegiem akcji?

MG: Tak, w teatrze masz przyjemność „stawiania” postaci. To najwspanialsza rzecz w tej pracy. No i granie! Oby nie „na stempel”, jak ja mówię, czyli zgodnie z tym, co wymyśliło się w domu, a nie na scenie, a po premierze powtarza stworzoną matrycę. Wtedy to granie jest coraz mniejsze, coraz bardziej sztuczne. Ja to zaburzam nieustannie, codziennie coś w swoich rolach zmieniam. Partnerzy muszą reagować, być czujni. Ale wtedy to jest żywe.

 

AKK: A tego film nie daje.

MG: No nie daje. Ale jeśli reżyser mi proponuje interesującą rolę, nie odmawiam. Nie jeżdżę tylko na castingi. Kilka lat temu byłem i nigdy więcej. Zapytano mnie, czy jestem… zawodowym aktorem, a potem poproszono, bym pokazał zęby. Trzasnąłem drzwiami i tyle mnie widzieli.

 

AKK: Któregoś razu odezwał się Xawery Żuławski, syn Andrzeja. Zagrałeś u niego w „Mowie ptaków”. Pojawiła się refleksja, że jednak szkoda, że to, co tak pięknie się zapowiadało, nie spełniło się do końca? Kto wie, co by było, gdyby film „Na srebrnym globie” został ukończony…

MG: Z Andrzejem miałem dobry kontakt. On wymagał od aktora specyficznej emocji, a ja nie miałem z tym kłopotu. Lubiliśmy się i chyba było między nami bardzo dobre porozumienie. On mi mówił zaledwie kilka zdań i był zadowolony z tego, co robiłem. Tylko raz stało się inaczej.

 

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Na planie „Diabła” pijany pirotechnik za dużo rozlał w dworku napalmu, podpalił, a ja miałem iść ścieżką i płonąć, otworzyć drzwi drutem tak, żeby to było niewidoczne w kadrze… Miałem zabezpieczenie – otwarte z boku okienko, przez które mogłem uciec w razie czego. Płomienie buchają wysoko, wszystko idzie dobrze, czuje się napięcie na planie, Andrzej zadowolony, wstrzymuje oddech za kamerą, ale ja nie dałem rady: w pewnym momencie się przestraszyłem, że zginę, i zwiałem. Żuławski się wkurzył.

Scena była powtórzona, oczywiście, ale już bez tego pierwszego efektu…

Za pierwszym razem miałem autentyczny strach w oczach. Dziś, po latach, myślę, że szkoda – pewnie dużo bym u niego zagrał, gdyby jego historia potoczyła się inaczej. Wyjechał do Francji, kontakt się urwał. Dostałem nawet od kogoś jego telefon, kiedy zamieszkał pod Warszawą, ale jakoś nie udało się porozmawiać. A potem umarł.

 

Obrazek 5: GLORIA ARTIS

 

Poza strychem jest jeszcze jedno miejsce osobliwe: gabinet Michała.

 

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

Michał Grudziński, fot. M. Lapis

 

„Pod oknem stoi sofa, z której korzystała mama, z prawej strony małe biureczko, całkowicie zastawione bibelotami – wśród nich upiorny budzik z dzieciństwa, przerywający sen wszystkim wokół o czwartej rano, choć tylko ojciec musiał wstawać o tej porze do pracy; centralne miejsce na ścianie zajmuje duża rama z czerwonym filcem zamiast obrazu. Na nim odznaczenia i wstęgi, na środku: „Gloria Artis”. Złota. Dwa lata czekała na to miejsce.”

 

AKK: Czym jest dla ciebie ten medal?

MG: A bo ja wiem? Przemianowałem go na Virtuti Militari… że walczyłem przez ponad pięćdziesiąt lat w tym zawodzie. Wiesz, jakoś nigdy nie myślałem o nagrodach czy medalach… Oczywiście, jak je dostawałem, bardzo się cieszyłem, bo to miłe, ale przecież nie dlatego gra się w teatrze. Kocham to, co robię i tyle.

 

AKK: Bez grania nie mógłbyś żyć.

MG: To prawda. Niektórym się wydaje, że może powinienem już odpocząć, a ja wtedy bym się wykończył psychicznie. Nawet w życiu codziennym prowokuję różne teatralne sytuacje, odgrywam jakieś role. W sklepie, w aptece, na ulicy. To mnie bawi, ale i daje energię do dalszego działania. Teatrem się otaczam – mam go tu, na strychu, i w swoim pokoju. To jest moja historia i właśnie mój świat.

 

AKK: I ja ci bardzo dziękuję, że mnie wpuściłeś do niego na chwilę…

 

 

MICHAŁ GRUDZIŃSKI – ur. 8.02.1944 w Warszawie. W 1970 roku ukończył warszawską PWST, w latach 1970–1973 występował na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu, od 1973 do chwili obecnej jest związany z poznańskim Teatrem Nowym. W maju 2022 obchodził jubileusz 50-lecia pracy artystycznej (przekładany dwukrotnie z powodu pandemii); z tej okazji wystąpił w roli Firsa w „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa w reż. I. Cywińskiej. Jest też aktorem estradowym i filmowym; ostatnio można go było oglądać w serialu „Rodzinka.pl” oraz „Mowie ptaków” X. Żuławskiego, a na premierę czeka kryminał „Święty” S. Buttnego z jego udziałem (produkcja z 2022 r.).

 

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
12
Świetne
Świetne
24
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
2