fot. Bartosz Seifert

Muzyka w studni, czyli jak Polihymnia na Wildę zawędrowała

Tegoroczna, trzecia już odsłona festiwalu „Muzyka w studni” dowiodła, że muzyka dawna znakomicie trafia do słuchaczy, którzy obcują z nią po raz pierwszy.

Wildeckie podwórka, pełne swoistego klimatu i uroku, stały się przestrzenią koncertową, w której muzycy spotkali się nie tylko z wyrobionymi melomanami, ale również z mieszkańcami okalających podwórza kamienic, uczestniczącymi w wydarzeniach czasem przez przypadek, słuchającymi koncertów także ze swoich okien.

„Muzyka w studni” wydaje się znakomitą formą propagowania i muzyki dawnej, i Wildy – zwłaszcza w momencie, gdy dokonują się tam istotne przeobrażenia demograficzne, architektoniczne i kulturowe.

 

PIOTR URBAŃSKI: Przed chwilą (rozmawiamy w niedzielę 15 września) skończył się drugi i ostatni koncert tegorocznej, trzeciej edycji festiwalu. Słuchaliśmy muzyki barokowej granej na instrumentach historycznych. Przyznam, że pomysł wyjścia z muzyką dawną w przestrzeń wildeckich podwórek wydaje się bardzo oryginalny. Łączycie przecież repertuar, który przez wielu uważany jest za wyjątkowo wymagający, z przestrzenią kojarzącą się z najzwyklejszą codziennością i odległą od tej, w której zwykle rozbrzmiewa muzyka renesansu i baroku. Skąd pomysł na takie nieszablonowe zestawienia?

SŁAWOMIRA RACZYŃSKA: Pomysłodawcą cyklu był Bartek, który od kilku lat spaceruje po Wildzie i jako fotograf szuka różnych ciekawych przestrzeni.

BARTOSZ SEIFERT: Punktem wyjścia był projekt fotograficzny. Chodziłem po cichych, odizolowanych od ulicznego gwaru podwórkach – tym, co mnie w nich ujęło, była właśnie cisza i specyficzny klimat.

Głosy codziennego życia niosły się bardzo mocno, co skłoniło mnie do zorganizowania koncertów, na których będą wykorzystywane instrumenty akustyczne, bez elektronicznego wzmocnienia. Ta idea ukierunkowała mnie w stronę muzyki dawnej, której jestem miłośnikiem. Uznałem ją za najbardziej stosowną do zaprezentowania w starych kamienicach, aby przez to nieco odmienić Wildę.

Chciałem więc wykorzystać tę niezwykłą akustykę i niewzmacniane instrumenty. A także wyjść z muzyką do mieszkańców, dać szansę posłuchania muzyki dawnej nie w salach koncertowych czy kościołach, ale w naturalnych środowiskach życia codziennego. Stąd łatwym wyborem była muzyka dawna, mająca często i formy, i treści łatwo przyswajalne dla słuchaczy, pewnie mniej skomplikowane niż w muzyce późniejszej.

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

Sławka przyjęła ten pomysł i to ona jest kierownikiem artystycznym projektu. Spotykałem się jednak z różnymi reakcjami – od milczenia i negacji do entuzjazmu.

SR: Jako duet organizacyjny stworzyliśmy ramy projektu. Przyznam, że przekonałam się do pomysłu, gdy Bartek zaprosił mnie na podwórze. Nie znałam Wildy zupełnie. Gdy weszłam na podwórza, zauważyłam, że gdy się pokona magiczną barierę bramy, wchodzi się do bardzo ciekawej akustyki, która łączy stłumione przez mury dźwięki uliczne z odgłosami codzienności, dochodzącymi przez otwarte okna: rozmowy, płacz dzieci… To trochę tworzy muzyczne tło.

Jestem wielką fanką przybliżania słuchaczom muzyki dawnej i klasycznej, pokonywania uprzedzeń, które ludzie wynoszą ze szkoły, że jest to muzyka zamknięta w salach koncertowych, dla nich niedostępna. Dlatego bardzo się cieszymy, że na koncerty przychodzą nie tylko wyrobieni melomani i nasi znajomi, ale przede wszystkim mieszkańcy wildeckich kamienic.

 

I słuchają również przez okno…

SR: Co więcej, przynoszą własne krzesła, koce, karimaty – po prostu siadają i słuchają. Zawsze zadziwia nas niezwykła atmosfera koncertów. Z jednej strony mieszkańcy cieszą się, że muzyka, z którą nie mieli do tej pory do czynienia, jest dla nich dostępna i zrozumiała oraz że ich porusza. Z drugiej, ważny jest stosunek wykonawców zafascynowanych niesamowitym klimatem, wynikającym z bardzo bliskiego kontaktu ze słuchaczami.

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

Tworzy to relacje pozbawione tremy, stresu, otoczki sztuczności koncertowej. To tak, jakby przyjść w odwiedziny do znajomych czy sąsiadów i zagrać dla nich muzykę.

 

To, co mówicie, jest dosyć zaskakujące. Z jednej strony Wilda, która jeszcze niedawno miała opinię „gorszej dzielnicy”, dziś staje się coraz bardziej modna. Z drugiej – wasze nieoczywiste dla wielu – przekonanie o dostępności muzyki dawnej, wbrew mitowi jej „elitarności”. Podejrzewam, że spora część słuchaczy „Muzyki w studni” mogła nigdy nie być na koncercie tak zwanej muzyki poważnej.

BS: Myślę, że są to pewne stereotypy. Sam odczuwam, że muzyka dawna ze względu na swoją formę i strukturę jest bardziej przyswajalna niż późniejsza. A przede wszystkim jest mniej osłuchana.

Zależało mi na zaprezentowaniu muzyki bardziej kameralnej, ze względu na liczbę głosów czy instrumentów łatwiejszej do analitycznego śledzenia, a przy tym frapującej swą odmiennością – instrumentów, ich stroju, strun, siłą brzmienia oraz tworzonym przez to klimatem.

Ona świetnie się mieści w takiej stosunkowo niewielkiej i delikatnej przestrzeni. Koncert w takiej przestrzeni jest też swego rodzaju wyzwaniem i dla muzyków, i dla słuchaczy, i dla samych właścicieli podwórek.

SR: Trochę próbujemy też kontynuować ideę koncertów domowych (oczywiście w nieco innych warunkach niż w XVI czy XVII wieku), z małym składem wykonawców. Nie jest to muzyka na przykład oratoryjna, ale niewielkie formy, przystępne tematy, niewymagające specjalistycznej wiedzy o choćby retoryce muzycznej.

Przychodzimy z muzyką, która od ponad pół wieku ze względu na cechujący ją porządek, intymność oraz subtelne emocje niesie ludziom to, czego im bardzo dziś brakuje – dążenie do piękna.

 

Próbujecie też o tej muzyce nieco opowiedzieć, przybliżyć ją przez krótki komentarz.

SR: Nie są to koncerty stricte edukacyjne. Staramy się tak organizować koncerty, by były one ciekawe, miały interesującą dramaturgię, różnorodność, dawały też słuchaczom szansę oddechu.

Poza tym łączymy muzykę z recytacjami poezji, całkiem zresztą współczesnej, dostosowanej do charakteru i emocji muzyki. Są to wiersze bliższe naszym odbiorcom: Herbert, Szymborska, Pawlikowska-Jasnorzewska. Teksty są dobierane przez samych recytatorów i znakomicie łączą się z muzyką.

 

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wykonawcy grający na instrumentach historycznych są bardzo skłonni do bliskiego kontaktu z publicznością, zaprezentowania jej instrumentów, opowiedzenia o nich po koncercie.

SR: To wychodzi w sposób zupełnie naturalny. Po koncercie nie mamy gdzie się schować, jesteśmy wciąż w tej samej przestrzeni co słuchacze, co jeszcze bardziej nas zbliża, a rozmowy zaczynają się w sposób zupełnie spontaniczny.

To publiczność decyduje o tym, czy i kiedy wychodzi. Ludzie często pierwszy raz dowiadują się o istnieniu klawesynu czy szpinetu, chętnie więc pytają – także o różnice w stosunku do znanych im instrumentów.

 

Za każdym razem jest to inne podwórko (w tym roku przy ul. Fabrycznej AB oraz ul. Sikorskiego 6 A) mieszczące różną liczbę słuchaczy, pewnie co najmniej stu pięćdziesięciu, nie licząc tych, którzy przysłuchują się z własnych mieszkań.

BS: W ubiegłym roku przestrzenią koncertową była też duża brama ze świetną akustyką. Niektórzy się nie zmieścili, słuchali po prostu, stojąc na chodniku. Ludzie, co ciekawe, przychodzą, zatrzymują się na chwilę, nie muszą uczestniczyć w całym wydarzeniu. Pojawiają się dzieci, psy, rowery – to ma być muzyka w życiu codziennym.

 

Jakie są te wildeckie podwórza?

BS: One są specyficzne. Wilda też się zmienia od kilku lat. Budynki i podwórka są remontowane. Jest to więc ostatni czas, by wykorzystać podwórka, które wraz z remontem zmieniają swój klimat. Chciałem, by były klimatyczne, naznaczone zębem czasu. One są nieduże, kamienice mają niezbyt rozbudowane klatki schodowe. Stąd ograniczona liczba miejsc, w których mogą się odbywać nasze koncerty.

Bardzo ważna jest też chęć właścicieli na realizację takiego projektu. Muszą być to podwórka zamknięte, mające właściwą akustykę.

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

SR: Na Wildzie bardzo wyraźne są kontrasty. Ze starego, zniszczonego podwórka jest prześwit, w którym widać nowo postawiony blok. To, co jest jednoczące – zarówno w starych, jak i nowych oknach widać słuchaczy. Zauważamy też nowych mieszkańców, Wilda staje się bardzo modna jak poprzednio Jeżyce.

BS: Nasz projekt się rozwija, ale jest bardzo elastyczny. Staramy się przygotowywać każdy koncert w innym miejscu, na niektóre podwórka warto jednak wracać.

SR: Musimy podkreślić gościnność administratorów, którzy nas chętnie wpuszczają: tydzień temu Fabryczna 13 AB (to świeżo wyremontowane podwórko), a dziś Sikorskiego 6 A.

Bardzo się też cieszymy z gościnności mieszkańców, którzy użyczają nam swoich mieszkań na przebranie się, schowanie instrumentów. Mamy też świadomość, że nie wszyscy muszą być zachwyceni faktem, że na ich podwórzu nagle znajduje się niemal dwieście osób.

Czasem pojawia się wracająca z zakupów rodzina, pomiędzy wykonawcami a słuchaczami, która jest i czuje się zupełnie u siebie. I tak być powinno.

 

Wykonawcy zresztą są bardzo interesujący, związani z Poznaniem choćby przez swą edukację, a dziś pracujący w innych ośrodkach krajowych i zagranicznych. 8 września słyszeliśmy utalentowanego poznańskiego klawesynistę i budowniczego instrumentów Maksymiliana Święcha (laureata stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego), działającą w Wiedniu znakomitą sopranistkę Ewelinę Jurgę, wracającego po raz kolejny do naszego miasta, a mieszkającego w Katowicach świetnego gambistę Piotra Młynarczyka.

SR: Maksymilian i Ewelina zaprezentowali też swoją świeżo nagraną płytę z muzyką Giulia Cacciniego, który był jednym z twórców monodii akompaniowanej. Program arcyciekawy, w Polsce nigdy niewykonywany.

Giulio Caccini, „Le nuove musiche”, sopran: Ewelina Jurga, klawesyn: Maksymilian Święch, Chordis 2019

To cykl „Le nuove musiche”, który ma obrazować reformę dokonaną przez florencką Cameratę, idącą w kierunku podporządkowania muzyki poezji, słowu. Nie jest to muzyka łatwa, oczywiście, ze względu na intensywne zespolenie słowa i muzyki, stąd nam niekiedy trudno wyczuć wszystkie jej niuanse. Natomiast w połączeniu z recytacjami, ekspresyjną sopranistką i basso continuo, udało się stworzyć atmosferę, w której ludzie chłonęli emocje. Cieszymy się, że ci muzycy chcą wracać do Poznania.

 

A jeśli chodzi o dzisiejszy koncert, warto zauważyć niecodzienne zestawienie instrumentów, o zupełnie odmiennym wolumenie: flet prosty i róg naturalny (grające fragmenty koncertu Telemanna), które zabrzmiały w tej przestrzeni bardzo frapująco i bez kłopotu znalazły właściwe proporcje brzmieniowe. Pięć instrumentów pokazanych w kilku konfiguracjach i utworach różnych kompozytorów.

BS: Dodajmy, że koncerty możliwe są dzięki wsparciu finansowemu Rady Osiedla Wilda, już od pierwszej edycji, za co serdecznie dziękujemy. Rada wspiera nasz projekt także mentalnie. A projekt za to przyczynia się do zmiany obrazu Wildy. Zmiany i przestrzeni, i mentalności.

Wilda jest w moim przekonaniu gotowa na takie działania. Promujemy projekt przez Facebook, a także plakaty w zaprzyjaźnionych kawiarniach, by nie tonęły w powodzi innych.

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

Festiwal „Muzyka w studni”, Wilda, Poznań. Fot. Bartosz Seifert

SR: Przy pierwszej edycji nie mieliśmy pojęcia, ile osób zaprosić, jaki będzie odbiór. Teraz już mniej więcej wiemy, ilu słuchaczy możemy się spodziewać – i wildzian, i melomanów z innych części Poznania.

BS: Co ważne, są to osoby, które są zainteresowane proponowaną przez nas formułą koncertów, nie tylko muzyką dawną jako taką.

 

Spotykamy się niewątpliwie za rok, na czwartej edycji „Muzyki w studni”. Czy już coś możecie zdradzić na jej temat?

BS: Na razie szukamy dobrego, nowego podwórka, ale właściciele dwóch już chcieliby nas zaprosić powtórnie. Projekt jest dosyć elastyczny i ze względu na miejsce, i na finanse.

 

Pozostaje tylko życzyć, by następne edycje udawały się tak znakomicie jak tegoroczna. No i żeby inne dzielnice, jak na przykład Jeżyce, pozazdrościły Wildzie i poprosiły was o swoją odsłonę projektu.

BS: Już miałem takie propozycje, ale chcę ograniczyć się na razie do Wildy, bo każda dzielnica ma swoje przedsięwzięcia.

SŁAWOMIRA RACZYŃSKA – ukończyła z wyróżnieniem Akademią Muzyczną im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu w klasie oboju barokowego i dyrygentury chóralnej. Jest wykładowcą macierzystej uczelni, pełni w niej również funkcję asystenta dyrygenta Chóru Kameralnego. Pracuje jako nauczyciel chóru i zespołów wokalnych w Poznańskiej Szkole Chóralnej Jerzego Kurczewskiego. W roku 2010 założyła Zespół Wokalny Minimus, w którym pełni funkcję kierownika artystycznego i dyrygenta. Z prowadzonymi zespołami zdobyła wiele nagród na ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach chóralnych. Jako oboistka współpracowała z orkiestrami barokowym w całej Polsce.

BARTOSZ SEIFERT – jest artystą fotografem, zajmującym się głównie fotografią koncertową muzyki klasycznej i jazzowej. Zwraca szczególną uwagę na oddanie emocji i ekspresji na scenie. Współpracuje z wieloma muzykami, organizatorami koncertów, instytucjami kultury, m.in. z Akademią Muzyczną w Poznaniu, Poznańskim Chórem Kameralnym Bartosza Michałowskiego, Chórem Dziewczęcym „Skowronki”, Erą Jazzu. W swoich projektach skupia się także na dokumentowaniu przemian starej dzielnicy Poznania – Wildy. Brał udział w kilkunastu wystawach indywidualnych i zbiorowych.

CZYTAJ TAKŻE: Z poznańskiej płytoteki: Maksymilian Święch

CZYTAJ TAKŻE: Nowa stara Prowincja Poznańska

CZYTAJ TAKŻE: Barok, „de Lyublyn”, niepodległość i trudy młodego artysty