fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Nalewek to czas

W każdym porządnym, szlacheckim dworze w spiżarni stać musiały gąsiory, w których macerowały się różne składniki. Lato dotknęło nas w tym roku mocno, temperatury takie jak na Madagaskarze. Chciałbym Ci zatem dziś, Szanowny Czytelniku, zaproponować na to remedium w postaci powrotu do tradycji naszych przodków, słowem: nalewki.

Lato dotknęło nas mocno, temperatury takie jak na Madagaskarze. Oczywiście urlopowiczów to cieszy, siedzą nad jeziorami, „Chałupy welcome to” też, bo tekstylia w te gorączki mogą uwierać. Mamy tu teraz tropiki, istny żar z nieba. Toteż przenosząc stamtąd obyczaje, możemy sobie zafundować szklaneczkę czegoś mocniejszego z parasolką, taki wakacyjny drink, czyli kieliszeczek trunku mocniejszego. Do tego kilka kostek lodu, plaster cytryny i listek mięty. Żarty jednak na bok, chciałbym Ci, Szanowny Czytelniku zaproponować powrót do tradycji naszych przodków, słowem: nalewki.

W każdym porządnym, szlacheckim dworze w spiżarni stać musiały gąsiory, w których macerowały się różne składniki. Nieprawdą bowiem jest, że do przyrządzania tych specjałów używano wyłącznie owoców. Sławną na całą przedwojenną Polskę była ziołowa nalewka Mistrza Wańkowicza, do której doczepił on tajemniczą nazwę Trisz Divinis. W jej składzie znajdowało się 13 tajemniczych, litewskich ziół. Miała mieć ona również i dziwne właściwości. Przy zachowaniu jasności głowy, do pewnego momentu, rzecz jasna, nogi zupełnie odmawiały posłuszeństwa. 

W Wielkopolsce zaś królowała wiśnia. Dla tych, którzy nie wiedzą, przed pierwszą wojną mój Lwówek nazywał się Neue KirschenStadt am Pinne, czyli właśnie wiśniowe miasto. Nazwa z zaborcą zniknęła, sady zostały. Dlatego też pozwolę sobie przekazać kilka tajemnic ze spiżarni moich przodków. Wiśnie dobieramy jedna w drugą, przede wszystkim muszą być pełne soku i słodkie. Połowę z przeznaczonych na nalewkę drylujemy. Nie używamy do tego celu ordynarnej maszynki, która nam owoce rozkwasi ale spinki do włosów. Cóż, jak się robi coś dobrego, trzeba się trochę potrudzić. Do 3-litrowego słoja wkładamy owoce – pół na pół, z pestką i bez. Całość zalewamy miodem, najlepszy jest akacjowy, bo długo zachowuje naturalną płynność i się nie krystalizuje. Kiedy słój jest już pełen, wystawiamy go na słoneczny parapet. Owoce muszą puścić sok i rozcieńczyć miód. Codziennie podchodzimy do słoja i kilkakrotnie przewracamy go o 180t stopni. Cała procedura trwa około miesiąca. Po tym czasie, owoce przysiądą i zrobi się w naczyniu miejsce. Wówczas całość należy zalać spirytusem, tak pod nakrętkę i ponownie odstawić, ale tym razem do ciemnej i chłodnej spiżarni.

Jedno się nie zmienia, codziennie zawartość kilkakrotnie obracany, by owoce wędrowały raz w górę, raz w dół. Kolor cieczy powinien iść w kierunku ciemnego szkarłatu. Po kolejnym miesiącu zabiegów zlewamy zawartość słoja i płyn odstawiamy, owoce zaś zalewamy wódką do pełna. Odstawiamy, teraz nasze mieszanie będzie przypominało wstrząsanie kubańskimi marakasami. Po kolejnym miesiącu zawartość znowu zlewamy do osobnego słoja, a owoce zalewamy czystą, źródlaną wodą, jednak tylko tyle, by je przykryła. I znów nam minie na wstrząsaniu miesiąc. Po tym czasie trzeba przystąpić do kupażowania. Wszystkie uzyskane płyny łączymy ze sobą, rozlewamy do butelek po uprzednim przefiltrowaniu. Teraz tylko nalewka musi dojrzeć. Po raz pierwszy możemy spróbować jej dobroci w Święta Bożego Narodzenia. Pozostałe butelki chowamy skrzętnie przed rodziną i wydajemy tylko z okazji ważnych uroczystości. Nalewka bowiem, zwłaszcza wiśniowa, im starsza, tym lepsza.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0